Adrian Hyrsz: Leksykon muzyki rozrywkowej. B – Biesiada po Polsku

 Początek lat dziewięćdziesiątych, tych kilka pierwszych wiosen tuż po odzyskaniu niepodległości, były czasem totalnego braku umiaru i przesadnego rozpasania formy. Prawie wszystko, co przychodzi do głowy, każdy niemal duperel, który wcześniej nie mógł zaistnieć w oficjalnym obiegu, usiłował zaznaczyć swą obecność praktycznie na każdym kroku. Przy czym moda na to, co do niedawna stanowiło tabu, zawładnęła w największym bodaj stopniu sztuką użytkową. Na etykietach butelek, przeróżnych opakowaniach, okładkach czasopism i kaset magnetofonowych rozpanoszyła się niczym nieskrępowana golizna. Tanie owocowe wina nazywano imionami kobiet, których roznegliżowane wizerunki miały być wystarczającym powodem, by konsument skusił się na zakazany owoc wprost ze zroszonego świeżymi sokami łona Sandry czy Samanty, a nie na źle kojarzącą się w tym kontekście Nalewkę Babuni. Jednakże dla niektórych, mnożących się niby grzyby po deszczu, nowopowstałych trendów, niekiedy trudno było znaleźć jakieś logiczne uzasadnienie. Bo oto w kraju o dość mocno zakorzenionym wśród ludu antysemickim światopoglądzie, nagle stało się pożądane nazywanie wszelkiego jadła i picia koszernym, zaś doskonałą ilustrację dla tych produktów spożywczych stanowić mieli pejsaci rabini (czasami uwieczniani na etykietach z Talmudem w dłoni), symboliczne gwiazdy Dawida i siedmioramienne świeczniki. I właśnie w takich, delikatnie rzecz ujmując pokiełbaszonych realiach, kiedy ludzie niczym wygłodzony kundel rzucali się na każdy kęs wolności, w realiach wyzutych z najmniejszej cenzury, ogarniętych niedającym się poskromić żywiołem swawoli, muzyczną scenę suwerennej Polski opanowali discopolowi chałturnicy. To prawda, nurt ten świetnie wpisał się w ówczesną kiczowato-anarchizującą rzeczywistość. W całkowite pomieszanie z poplątaniem. Bezkrytyczne stawianie na jednym piedestale arcydzieła z bohomazem. Albowiem zaburzona wskutek nadmiaru nowych bodźców percepcja, nieumiejętność odróżnienia rzeczy mikroskopijnych od monstrualnych, sprawiała, że Małą Apokalipsę Konwickiego, dzieło najwyższych literackich lotów, po blisko dziesięciu latach wydane w końcu w pierwszym obiegu, wykupywano na pniu wraz z bestsellerem ze znacznie niższej półki – erotycznymi wynurzeniami Fanny Hill. Bo to właśnie w tamtym okresie wykształcił się specyficzny typ czytelnika – polującego na każdy, do niedawna zakazany tekst, i bez względu na jego treść oraz artystyczne walory, czytającego go z jednakowymi wypiekami na twarzy. Ponieważ zaś nakazy i zakazy, szablony i kanony, nie zdążyły jeszcze na powrót dobrać się rzeczywistości do dupy, toteż cisi zwolennicy teorii dokręconej śruby nawet nie próbowali łamać sobie głowy tym, by w tych okolicznościach przyrody coś komuś narzucić, lub czegoś zabronić. Tym sposobem kultura chodnika i bulwaru podążała równolegle, czasem nawet w tym samym kierunku, co kultura czerwonego dywanika i salonowych korytarzy. Podążała nierzadko do tego samego odbiorcy, który choćby i był personą ze środowisk bliższych salonowi, wcale nie musiał się ukrywać ze swym umiłowaniem dla chodnikowego kiczu i tandety. I mimo iż w pierwszych latach wolnej Polski telewizja i prasa zdawały się ignorować istnienie tej plebejskiej ścieżki kultury, to ta i tak zataczała coraz szersze kręgi. Rozrastała się w iście imponującym tempie, docierając już nie tylko do strzechą krytych chałup wiejskich, ale i do wielkomiejskich blokowisk, zamieszkałych przez konglomerat mieszczańskiego proletariatu i inteligencji. Cóż, uporczywe milczenie bywa zwykle odbierane jako ciche przyzwolenie. I dopiero 29 lutego 1992 roku, kiedy było już dawno po ptakach, kiedy ta dziecinnie prosta muzyka dobywała się już z co drugiego jamnika, taszczonego przez wcale nienominalnego discopolomelomana do parku, na skwer, na plażę, bez najmniejszego skrępowania, bez żenady, a nawet – niczym niegdyś radia tranzystorowe – z dojmującym poczuciem szpanerskiej satysfakcji, otóż dopiero wtedy sternicy z lekka chybocącej się łajby – naszej oficjalnej kultury, która gdzie jak gdzie, ale w kapitalizmie winna kierować się misją czerpania zysków pełnymi garściami, i korzystając ze sprzyjającej koniunktury dla byle szmiry promować ją jako wysoce reprezentatywny dla naszego słowiańskiego kręgu kulturowego gatunek muzyczny, oparty na wielowiekowej tradycji uwypuklania w sferze tekstu elementów ludycznych, zaś w materii stricte muzycznej wykorzystujący bogactwo dźwięków charakterystycznych polskich instrumentów ludowych: syntezatorów Casio, Roland, Yamaha lub Korg, dopiero więc 29 lutego 1992 roku, kiedy impresariat nad discopolowymi artystami od ładnych paru lat obejmował pewien prywatny przedsiębiorca z Żyrardowa, dopiero wtedy te zakute pały zorientowały się, że dalsze ignorowanie wszechobecnej discopolomanii to zwyczajne frajerstwo i brak biznesowej smykałki. I tak oto data 29 lutego 1992 roku zapisała się złotymi zgłoskami w krótkiej historii niezależnej i swobodnej Telewizji Polskiej, bowiem właśnie tego dnia, do spółki ze Stołeczną Estradą, zorganizowała ona Galę Piosenki Popularnej i Chodnikowej, nazwaną później pierwszą galą, dla odróżnienia od gali drugiej, trzeciej i kolejnych, gdyż sukces tej pierwszej, w zamierzeniu niecyklicznej imprezy, sprawił, że niebawem powstały kolejne jej odcinki. Wpierw jednak było pamiętne lato 1991 roku, kiedy to artyści kojarzeni do tej pory z oficjalną, dotowaną przez państwo sceną, mianowicie aktor Marek Kondrat i piosenkarka Marlena Drozdowska, nagrali kasetę, która w sposób oczywisty parodiowała muzykę chodnika. Tymczasem prosty naród raczej się w tym wszystkim nie połapał, raczej nie wychwycił dominującej w tym wybryku artystycznym nuty kpiny (a nawet jeżeli się połapał i nawet jeżeli wychwycił, to nijak nie dał tego po sobie znać), zaś piosenka „Mydełko Fa”, od której zaczerpnęła tytuł cała kaseta, w okamgnieniu stała się największym przebojem owego pamiętnego lata. Tak, nie ulega wątpliwości, że tamto lato trwale zapisało się w zbiorowej pamięci naszego świeżo oswobodzonego z okowów narodu. Bo oto nasz znamienity rodak, Papa della Chiesa Cattolica – Papież Katolickiego Kościoła, dwukrotnie w tamtym lecie nawiedza tą, właśnie zmieniającą swe oblicze ziemię. Bo w ciągle budzącej u nas trwogę Moskwie, tysiące do niedawna zaszczutych grażdan tworzy żywy pierścień, powstrzymując swymi ciałami tanki, które bezskutecznie usiłują sforsować gmach Rady Ministrów ZSRR i zwieńczyć tym samym przejęcie władzy przez samozwańczy GKCzP*.   Jednak  jeśli  chodzi  o mnie,   to ja   –  podówczas  typowy

_________

okaz szczeniackiej ignorancji, najlepiej zachowałem w swej pamięci (którą w końcu udało mi się odzyskać, ale póki co – sza…) nie pielgrzymkę Ojca Świętego do Polski i nie heroizm mieszkańców Moskwy, a w żaden sposób nielicujące z wagą tamtych wydarzeń wspomnienie ze szkolnej wycieczki do Szklarskiej Poręby, gdy będąc uczniem szóstej klasy podstawówki przekroczyłem pierwszy z przeklętych progów dorosłości, kiedy urżnąłem się do nieprzytomności mieszaniną gorzały i siary, przy czym do tej swoistej inicjacji w niemałym stopniu przyczyniło się – a jakżeby inaczej – „Mydełko Fa”.

Było tak:

 Autokar podjeżdża pod szkołę  STOP Walki na łokcie o zajęcie jak najlepszych strategicznie miejsc  STOPAutokar rusza  STOP

Nuda  STOP

Nuda i kurewsko ponura cisza  STOP

 

; by używając telegraficznego skrótu zrelacjonować sam początek wojażu.

 Na szczęście po mniej więcej trzydziestu kilometrach towarzycho ździebko drgnęło – ktoś nagle wyczarował z rękawa jakieś karty, ktoś inny próbował bajerować panny na grę we flirty, dały się słyszeć z początku stłumione, później coraz śmielsze śmichy-chichy, i narastające wprost proporcjonalnie do nich połajanki wychowawczyni. Po następnej trzydziestce zrobił się z tego wszystkiego już taki harmider, że kierowca (wyraźnie rozjuszony) zaproponował żebyśmy zamiast drzeć mordy, zaśpiewali lepiej jakiś smęt wyuczony na lekcjach muzyki. Propozycja skwitowana została w sposób jak najbardziej adekwatny do naszego ówczesnego pojmowania świata – buczenie i piski, czyli gówniarskie artykułowanie dezaprobaty. W odpowiedzi kierowca wyprowadził kontratak, usiłując przy pomocy autobusowego kasetowca zagłuszyć nasz wrzask, a broń, jakiej użył wobec nas, okazała się tyleż konwencjonalna, co skuteczna, bowiem bronią tą była kaseta z największym przebojem tego lata. I kiedy tylko zabrzmiały pierwsze akordy tej idiotycznej melodii, niektórzy z nas całkowicie skapitulowali – śpiewali ochoczo, wtórując za Kondratem i Drozdowską, refren piosenki, zaś najgłośniej czyniła to nasza wychowawczyni, nauczycielka chemii. Tak, ona z pewnością potrafiłaby rozłożyć mydło na czynniki pierwsze, nie posiłkując się przy tym widocznym na opakowaniu składem chemicznym. Natomiast dokonanie tej samej operacji na jednoznacznie parodystycznym utworze muzycznym, mimo iż doskonale znała przecież jego słowa, wykraczało poza analityczne możliwości jej mózgownicy. Wyrzucała więc z siebie bezwiednie: „Sza-ba-da, ty i ja, ty i ja…”, całkowicie zaabsorbowana tą czynnością, podczas gdy ja i pozostali klasowi odszczepieńcy, korzystając z chwili jej nieuwagi, przeprowadzaliśmy na tylnich siedzeniach eksperymenty, wlewając w siebie naprzemiennie, to CH3OH, to H2SO4. A potem już jeno tańce, hulanki, swawole, od których autobusem kołysało na wszystkie strony, jak gdyby to nie był autobus, tylko rozbujany na fali statek wycieczkowy, i nieodłączny lejtmotyw tej podróży: stale powracająca melodia, nieustannie odtwarzana przez szofera-kapitana-didżeja trzy w jednym, bez mydlenia oczu, za to z mydleniem uszu, największy przebój tego lata, na pohybel wszelkim detergentom, ku czci i pamięci natomiast poczciwego szarego mydła, pieśń nad pieśniami – „Mydełko Fa”.

————-

* mowa o puczu mającym udaremnić planowane na 20 sierpnia 1991 roku podpisanie traktatu przyznającego suwerenność republikom radzieckim. GKCzP (Gosudarstwiennyj Komitiet po Czriezwyczajnomu Położeniu – Państwowy Komitet do spraw Stanu Wyjątkowego), twór powołany przez członków kierownictwa Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i szefów resortów siłowych, miał na celu odsunąć od władzy Michaiła Gorbaczowa i zapobiec rozpadowi ZSRR. W nocy z dwudziestego na dwudziesty pierwszy sierpnia wojskowe czołgi, działając na mocy rozkazu ministra obrony Jazowa, szturmują budynek rady ministrów ZSRR, nazwany później Białym domem, napotykając na barykady utworzone z przewróconych trolejbusów i opór ludzi, którzy broniąc dostępu do gmachu uciekają się nawet do heroicznych prób zastępowania drogi czołgom. W wyniku tej bohaterskiej obrony śmierć ponoszą trzy osoby, zaś datę 21 sierpnia 1991 roku przyjmuje się traktować jako cezurę wyznaczającą ostateczny kres istnienia imperium ZSRR.

Jakub Lepiorz: Światło

– Dorosłam tu, dojrzałam… dojrzałam jakoś tak nie wiem, od środka, wewnętrznie…– tak mówi teraz do milionów wlepionych oczu w ekrany, co żują telewizyjną gumę do żucia dla oczu każdego niedzielnego wieczora. Od telewizora idą kolorowe rozbłyski na blade, spracowane pyski, prosto pod opadające od zmęczenia, popuchnięte od pracy powieki wciskają się figurne panie i fikuśni panowie. Fiku miku, jakże uroczo i niepostrzeżenie się wciskają. Jak lewatywa, bez mydła, tam gdzie trzeba, prosto przed oczy nasze, przyodziani w pantofle i tiule, koronki i postronki, porwani na części pierwsze i drugie i trzecie przez objęcia rytmu, wirujący seks przed 23, dzieci też na to patrzą, no przecież się nie domyślają jeszcze, co między nimi wiruje i dobrze, niech widzą tylko to piękno, tą sztukę kochania, ars amandi na parkiecie miłe dzieci, skażone w nadfiolecie pod czerwonymi stringami.

W każdym razie dorosła właśnie tutaj i teraz w takiej atmosferze, dojrzała…tak mówi  kobieta dojrzała już zupełnie, licząc na to, że inni tego nie dojrzą, a nawet jeśli dojrzą, to mogą się przeliczyć, licząc na jej porażkę i licząc jej kolejne wiosny. Kolejne wiosny niezmywalnymi koleinami przejechały się bowiem po jej ciele, ale od czego są kolejne zimy, spędzane w malutkich przytulnych jednoosobowych izolatkach-klatkach, gdzie się zapomina o latkach i żegna niezbyt czule z żółcią plików nowych polskich dwusetek. Zorganizowała to wszystko dobrze, w swoim życiu chce mieć same wesela, wyklucza opcję pogrzeb. Pogrzebała trochę we flakach, przemieściła tłuszczowe priorytety i już stanęła do boju w tej nowej konkurencji, tańczy teraz, teraz wszyscy tańczą, śpiewają, publicznie tresują własne niedowłady mięśniowo-umysłowe, to co? Ona niby gorsza? Cyborg na posyłki XXI wieku nie mógł być gorszy, cyborg musiał wziąć udział w wyścigu, dzisiaj tacy ludzie jak ona nie mają czasu na urlopy; urlopy automatycznie wciskają w ich życiu przycisk CANCEL, kasują ich pracowicie wypracowane nicnierobienie medialne, same bycie medialne po prostu. No chyba, że na tych urlopach się przebiera w chłopach jak w ulęgałkach, chyba, że się ulega ich urokom nazbyt często niezbyt kuszącym aczkolwiek trzeba, trzeba. No żyć trzeba.

– Czuję się zupełnie inaczej, niż się przedtem czułam, to jest nie do opisania zupełnie to uczucie, każdemu życzę takiej przygody, moje życie ulega właśnie cudownej przemianie .. – gada jak najęta, jak wynajęta, telewidzom do mętnych mózgów, zszarzałych jak szynka za komuny, do tych, co się nigdy tak nie poczują, gdzież by tam im telewizja dała taką możliwość, chyba tylko po to, żeby się trochę pośmiać z kontrastu między ich przeszłością a cudownym odwróceniem kolei losu, na chwilę, na taki powiedzmy 25 minutowy program – przerywka obyczajowo-społeczna pomiędzy reklamami. Teraz, o proszę, pokazują krótki materiał filmowy, jak to ona (Ona, ona, nie jacyś tam szarzy spawacze z pianą z piwa w ust kącikach) prawdziwie się poci, kiedy sztucznie się uśmiecha wywijając bolesne kozły przed lustrem ze szkła i lustrem z młodszego pokolenia. Odbija się w tym pierwszym, jak odbija jej na punkcie tego drugiego; nie, nie tego kamera nie pokazała, dobrze, bo akurat nie chciała, krwiożercza bestia bez imienia, skrupułów i czasu. Od czasu wakacji w 74-tym nie pokazuje, jak jej zależy, wtedy nie wiedziała, pokazała i zabolało przed publicznością z całej koloni, przed wychowawcami płci obojga i nawet przed rolnikiem, który akurat nawiózł im świeżego siana do gier i zabaw pomiędzy szarością namiotów. W szarości namiotów ją zwiodło własne serce (gorące jeszcze wtedy), każąc sprostać zadaniu dwuosobowemu, jednak zawiodło przy wyjściu z progu, przed niecierpliwym wejściem do jej wnętrza zawyła wewnętrzna syrena i ona wyjąc jak syrena wybiegła z chrzęstem polowym sprężyn na poranną śniadaniową zbiórkę, wprost z męskich chudych, spoconych ramion na bezlitosne słońce, podświetlające niczym aureolę jej wzburzone kołtuny i zaślinione policzki. Rozpiętością bluzki i wygnieceniem spódniczki wypełniła ciszą jak dzwon tak przedtem gwarne półkole z twarzy rozmaitych, pyzatych, wychudłych, bladych i spalonych, teraz jednak spojonym jak klamrą zaskoczeniem dziecięcym, ukrywanym nieumiejętnie, a raczej umiejętnie nieukrywanym. Spłonęła wtedy po raz pierwszy i ostatni doszczętnie od słońca i wewnętrznego ognia, co się okazał wrogiem jej samej. Stała tam tak, sama już pewnie dzisiaj nie pamięta jak długo, słońce na wskroś odsłaniało po kolei, sumiennie jak nigdy, jej wszystkie chcenia, poskręcane z brudu myśli, nieprzyzwoite ruchy i zupełnie niedziecięcy rumieniec. Naturalny reflektor reflektował na jej upokorzenie, wyłażąc akurat na środek nieba i na sam środek sceny ją wynosząc, roznosząc po wszystkim widzach sprawiedliwie refleksje świetlne z jej łez, w których sam diabeł się wtedy przeglądał; sam diabeł, co ją pokusił do tego czynu, do serca na dłoni i dłoni tego jedynego na jej sercu, a najpierw na piersiach, bo od razu do serca się jej wybranek nie dokopał, choć jego ręce pracowite były a czoło wysiłkiem zroszone perliście. Spłynęła w tym słońcu kaskadami swojego wstydu mokrymi, płonąć i tonąc w tym samym momencie, nie wiedząc już, jak jej imię brzmi i jak imię wyjątkowego tym bardziej, tym bardziej że właśnie przed chwilą okazał się taki jak wszyscy inni i doprowadził do takiej sytuacji, że ona (właśnie Ona) stała się na ponad tydzień pośmiewiskiem wszystkich, od najmłodszych (nie rozumiejących do końca, skąd ona taka gorąca) po najstarszych; nawet u opiekuna jej ulubionego Igora, o tyle przecież starszego i tak przystojnego dostrzegła nie raz, nie dwa, jakby taką drwinę minimalną pomiędzy nosem a górną wargą, drgania znaczące skóry czoła na jej widok samotny z książką pod drzewem iglastym. Odtąd siadała już tylko tyłem do nich wszystkim, przodem wystawiona ku własnym marzeniom, przyszłym lśnieniom własnej wielkości i wyjątkowości jedynej; tak, tak było o wiele lepiej myśleć, o wiele łatwiej przetrwać przezwiska chłopców (puszczaaaaaalska, wskoczyła mi do łóżka, mięciutka jak poduuuuszka) i chichoty dziewcząt, które podczas wspólnej kąpieli przy miednicy z wodą rozprawiały piskliwie o jej miednicy ciekawskiej, co chciała koniecznie poznać smak drugiej płci, ale nie wiedziała, że zamówiła z przystawką także drugie, główne danie wieczoru, do którego konsumpcji dąży każdy męski, 15-letni koneser. Nigdy więcej nie było takich sytuacji, żeby ona stała się łakomym kąskiem i nigdy więcej nie było takich słońc, raczej już potrafiła sama świecić własnym blaskiem nawet w cienistych pomieszczeniach, raczej już nigdy nie pokazywała, że czegoś chce i nie dostaje przed okrutną publicznością. Świeciła własnym światłem, nie chciała niczego, to raczej od niej już zawsze chciano.

Teraz ona nie myśli o takich zamierzchłych czasach; kiedy to było, oj kiedy, kiedy, dzisiaj 2010 rok i jej posuwisty, pewny siebie krok, nie jeszcze nie – zaraz ruszy do finalnego boju, zaraz zatańczy, fiksuje cała na niby za kurtynką, ciężką od potu i łez poprzedników, cała przyklejona dzięki błogosławionej konwencji do jakże przyciągającego ramienia partnera, biały podkoszulek uwydatnia jego niepodobieństwo do niczego, czego by się spodziewała u swojego męża, czego może by i się doszukała, gdyby tylko była chirurgiem z prężnie działającym ssakiem na tłuszcz, liposukcją chodzącą ze zbiornikiem bez dna. DNA by swoje chętniej oddała temu tutaj obok, tancerzowi jak się patrzy (jak się patrzy, to aż oczu nie można oderwać) młoda krew, młoda krew, aż się gotuje jej stara krew, to natury zew czy ostatni dzwonek, kto to ma wiedzieć, jeśli nie genialni prowadzący – on i ona cali w błonach nieprzejrzystych żartów i gagów właśnie zapowiadają występ.

Mąż ukryty w bezpiecznym mroku widowni obgryza pazury, flak bury, jakby się wsłuchała usłyszałaby chrupanie i gruchotanie jego pozostałości po chitynowych płytkach przodków, jak ze świstem tną powietrze, przynajmniej tyle sobie mąż potnie, nie musi tak zaraz podcinać żył patrząc, jak jego kiedyś wyśniona teraz śni swój sen na jawie z młodszym o 20 lat i 20 kilogramów don żuanem w rozpiętej po pas koszuli. W jego szczupły pas się tuli, luli luli laj, graj im orkiestro graj a ty im kobieto medialna, daj! Daj popalić konkurencji, pokaż jak się tyłkiem kręci, jak celullit znika z ud, taki cud!

Patrzaj, mężu! Łupnęła łuna gęstego, mlecznego światła prosto na jej upudrowaną i umalowaną część twarzową, łupnęły trąbki i flety, gorąca melodia samby podgrzała parkiet do konsystencji zupy. W tej zupie brnie teraz po kostki i już uwolnić się nie zdoła. Błyska wybielanymi niedawno zębami jak wampirzyca. Mąż zerka jakby od niechcenia, jednak widzi, że ona uwolnić się wcale nie chce, że ona te dwie minuty z tym żółtodziobem nieopierzonym rozciągnęła by na dwie dekady a może i więcej; mąż nie chce tego widzieć, bo to jest coś, czego nie kontroluje swoimi pieniędzmi, mężowe pieniądze nie pozwalają mu jeszcze odsysać takich ilości starości ze steranych kości, młodszym już nie będzie, chociaż co środę gra w tenisa i wylewa hektolitry żółtego potu za idealnie białą koszulę ze znanym, łukowatym znaczkiem. Młodszym już nawet być nie wypada, nie na jego stanowisku.

Przy tej tanecznej, znakomitej okazji mąż rozważać zaczyna paradoksy życia swojego i chyba nawet życia ogólnie. Oni wywijają botafogosy mu przed nosem i przed nosem ten młody, ten… nie będzie się mąż wyrażał, sprzed nosa zabiera mu żonę, choć to on harował całe życie, żeby się mogła stroić w drogocenne piórka, to on zamieniał noce biurowe na noce domowe, ciepłą miękkość domowej pościeli na skórzastą i zimną napiętość materii pikowaną kanapy w gabinecie, żeby jej było lepiej na tym świecie; on znosił humory i nie raz za okno wyrzucił honory, kiedy mu przyszło kajać się przed jej ojcem, uznawać jego słowo za jedyne właściwe, żeby rodzina zgodną była i szczęśliwą.. To on! Całe życie mu przelatuje przed oczami (tamci trzeci raz okrążają salę prezentując całkiem naturalnie wyćwiczony baunsing bioder), był przecież taki sam ja ten tutaj, nawet szczuplejszy, z żebrami bardziej na wierzchu i nie nosił trzewiczków na obcasach takich, ale tak samo go pożerano wzrokiem jak tego tutaj dzisiaj pożerają stare matrony a również młode siksy, tak samo chodził z głową podniesioną do góry, wyginając plecy w łuk, z pośladkami spiętymi zszywaczem pewności siebie, świadomy atrakcyjności opakowania ze swego ciała, co mu matka natura dała; wtedy go ona właśnie pokochała…Bez kasy nawet! Bez grosza przy duszy, za to z marzeniami naokoło duszy, podtrzymującymi całą duszę, nierealnymi na tamte realia, z firmą całą w głowie rozpracowaną aż po najmniejszy szczegół, po dress-code sprzątaczek i zabawne hasła na firmowych długopisach; tak jej o tym wszystkim opowiadał z pasją i ogniem i mieczem, że uwierzyła może trochę, w każdym razie została przy nim, bo przystojnym był, a ona miała nie lada wygórowane ambicje, wiele wymyśliła sobie wtedy na obozie, siedząc pod tym drzewem, patrząc odważnie prosto w słońce i wszystko z tego miała zamiar krok po kroku zrealizować. Przystojny i obrotny życiowo mąż był punktem numer dwa w jej chytrym planie na wygodne bytowanie, zaraz po prestiżowej uczelni, której ukończenie miało zadać kłam wszelkim plotkom o jej płytkości i oddawaniu się jedynie cielesnym, namiotowym przyjemnościom. Męża zrealizowała więc trochę w ciemno, bo bez grosza przy duszy pięknisiem był, aczkolwiek intuicja jej nie zawiodła; zawiodła go do ołtarza, by już po roku stać się panią prezesową prężnej firemki produkującej piaskowe foremki w kształcie tak niespotykanym, że aż rozchwytywanym w skali kraju a w przyszłości być może nawet Europy. Nie był taki, jak inne chłopy.

- Nie jestem i nie byłem jak inne chłopy – myśli mąż a refleksje własne przysłaniają mu gorszące sceny z parkietu i bardzo dobrze, bo właśnie jedna z części sukienki, co i tak zakrywała o wiele za mało, odleciała z furkotem w ciemną nicość pozaparkietową, by odsłonić jeszcze więcej jego żony przed ciekawskimi oczami całego kraju (ciekawe jak jej zatuszowali ten cellulit, na pewno ma już TAM cellulit). Nie jestem taki, bo chciałem jej cały świat do stóp darować a inni chcieli raczej całego świata u swoich stóp; opasłe rekiny finansjery, z jakimi się stykał, rzadko wspominały o własnych żonach, traktowane były one raczej jak oddychające marionetki na nadętych przyjęciach, damskie ozdoby przy męskim ramieniu, coś, jak złoty zegarek, ale bez potrzeby wymiany baterii, samowystarczalny gadżet do rodzenia dzieci i robienia.. dobrego wrażenia. Rekiny finansjery nie miały żon o imionach, miały małżonki; słowo „małżonka” kojarzyło się mu z małymi małżami czy też małżowinami usznymi w najlepszym wypadku, z bezosobowymi tworami pełzającymi gdzieś na marginesie prawdziwego, męskiego życia. On był więc rekinem nietypowym, bo nie zapomniał, jak się jego żona nazywa, nie zapominał nawet o jej urodzinach, urodzinach dzieci, rocznicach ich pierwszego spojrzenia w oczy i pierwszego pocałunku. Innym rekinom się nie przyznawał, nie chciał odstawać zbytnio, przystając w pędzie życia zbyt długo przy żonie, nie chciał sprawiać wrażenia staromodnego pryka, który wypadnie z gry przy pierwszej możliwej okazji, bo akurat kupował żonie tulipany w maleńkiej kwiaciarni na rogu. Tulipany więc kupował i rekinom nic do tego, a ona brała i się uśmiechała, urozmaicał jej trochę tymi kwiecistymi zabiegami cały skrupulatny plan, aż takiego chłopa nie planowała mieć, wystarczały jej jego konta rozliczne a na nich sumy magiczne, no ale jak już taki był, to brała, co miała nie brać. Głupia nie była przecież.

Głupia nie była, ale teraz trochę głupiała, przyznać to musiała przed samą sobą, siebie się nie oszuka, że się serca w gardle szuka a teraz trochę musiała poszukać. Te wszystkie dźwięki wwiercające się do głowy, do najgłębszych warstw mózgu, sprawiły, że w jej głowie też te wszystkie kolorowe światła zaczęły świecić, zapaliła się też największa, czerwona lampka z napisem ALARM KRYTYCZNY; krytycznym okiem nie umiała bowiem od minut dwóch spoglądać na swojego męskiego partnera, zupełnie bezkrytycznie wyszarpnął ją, małą dziewczynkę oślepioną słońcem z kobiecego planu na nieskazitelne życie; zabolało jakby na początku, to coś jak poród, trzeba się przebić przez latami narosłą błonę, ona nie chce tak łatwo puścić, dobrze jej było na niej i dookoła, była taka rozpieszczana i dokarmiana luksusowo; nie wiadomo dokładnie kiedy to się stało, ale zaczęło się od rąk, za ręce ją wyciągnął z harmonogramu ruchów i spojrzeń, a ona, przyzwyczajona, że w tańcu to on prowadzi, przyzwyczajona powierzać się w ręce profesjonalistów, nie stawiała oporu; zapatrzała się tylko jakoś w to wszystko naokoło niewidzącym spojrzeniem, szukając spotkanie z jego oczami, rękami wywijając w powietrze, głodnymi jego rąk. To wszystko ramach tańca, to wszystko w ramach figur, bezpieczne, estetyczne i piękne; takie już gotowe do opakowania i sprzedaży w medialnej skorupce, opatrzone gotowymi nagłówkami w szmatławcach, zaszytymi gdzieś pomiędzy nimi; więc ona tutaj, przy okazji zapatrzała się na niego całkiem nie medialnie i bynajmniej nie prowokując kolejny skandal – normalnie tak z wewnętrznego głosu i przymusu, nie z parcia na szkło tylko na jego oczy. Jak dawno już tak nie czuła, aż musiała rozprostować pozaginane gdzieś w głębi czaszki prawdziwe i szczere odczucia, aż chrupnęło siarczyście i soczyście; ciurkiem zaczęły się sączyć po niej, jakoś tak od mostka ciążyły ku ziemi, pełzły po jej zabalsamowanej skórze jak stado mrówek-samobójczyń. Samobójczo nie powstrzymywała ich, ponieważ fala ta wzbierała na sile z każdym jej oddechem i każdym jego oddechem w jej stronę, a oddychali szybciej i częściej, jak to w męczącej sambie, pośród kołysań bioder, wyrzutów ramion i wyrzutów sumienia – tak, właśnie się pojawiły! Tego też nie czuła tak dawno – ta mumia ze sztucznym sercem – musiała przypomnieć sobie powoli (w tym pędzie szalonym i dzikim), jak na nie reagować, nawet nie zdążyła sobie uświadomić, co właśnie poczuła (że chce, że chce!) a już musiała za to pokutować tymi wyrzutami.

A mąż na to wszystko: niemożliwe. Nie, nie, on by nie uwierzył, że ją coś obudziło ze snu, siedzi teraz nadal będąc wielkim nieobecnym tego szaleństwa. Widzi i nie widzi, co z jego żoną się dzieje. Jego wybranka lat młodości odlatuje na oczach milionów. Nie, on tego teraz nie widzi, bo właśnie przykuło jego uwagę coś zupełnie odmiennego od tej tam, do której już tak długo jest przyzwyczajony, że się czasem zastanawia, czy istniało cokolwiek w jego życiu zanim ją poznał; oto teraz urzekła go postać przed nim siedząca, której zupełnie niespotykany wcześniej przez niego profil tak cudownie ogranicza mu właśnie pole widzenia. Nie widzi na razie nic poza czarnym obrysem, mrocznym konturem, ale wystarczy mu to, żeby się oderwać po raz kolejny od cierpkiej rzeczywistości, wywijającej żony – tym razem nie ucieka w rozmyślania o przeszłości, tym razem zostaje pochłonięty przez zupełne tu i teraz. Tu i teraz z przechyloną lekko ku dołowi głową z uwagą śledzi ruchy tamtej pary. Tamta para właśnie skończyła wraz z ostatnim taktem wybębnionym przez orkiestrę. Podbiegają żwawo w stronę stolika jury; tuż za stolikiem siedzi piękny kontur twarzy, tuż za konturem znajduje się mąż. Kontur wpatrzony w parę z nietypową intensywnością, bardziej chyba w jej część męską, mąż pojmuje po chwili tą konfigurację, ale jest już za późno, żeby przestać się wpatrywać i doszukiwać coraz trafniejszych określeń tego cudownego kształtu nosa, tych ust rozchylonych bezradnie (budzi się w mężu ratownik medyczny, taki specjalnie do ust rozchylonych szkolony). Jury wydaje swoje wyroki, a kontur przysuwa się coraz mocniej do nich, jakby chciał ich przeniknąć i tam na parkiecie się znaleźć, mąż z trudem powstrzymuje swoje ręce, które by przytrzymały tą twarz, bliżej jego twarzy, tak mu się marzy… Jury już kończy, gdy mąż w napięciu jak struna drga wewnętrznie najpiękniejsze melodie swojej młodości. Prezenter jak zawsze dowcipny, zapowiada przerwę na reklamę, która okazuje się wcale nie być żartem, nie, już tancerze mogą zejść ze sceny, co ochoczo robią, w podskokach niemal żona jego, tancerka nie wyżyta, biegnie za kulisy; zrywa się piękna twarz mężowi z pola widzenia, także biegnie za nimi, więc mąż też nie ma wyjścia, dawno się już tak nie poderwał, zaskoczone mięśnie i ścięgna aż skrzypnęły w swoich posadach. Biegnie, wnikając pomiędzy mroczny, ciasny tłumek pachnący drogimi zapachami.

Nawet nie usłyszała opinii jury, nawet nie zobaczyła, kiedy zaświecili więcej świateł i na nią skierowali – snop światła tym razem ją ominął, zobaczyła zbyt wiele światła w tych młodych oczach, które choć patrzały w inną stronę, wciąż ją trzymały w objęciach, trzymały ją w potrzasku. Ramię faliste od mięśni drgało tuż przy jej ramieniu w oczekiwaniu na werdykt jury, ona już tylko w oczekiwaniu na zejście ze sceny. Sekundy porozciągały się nieznośnie, gdy tkwili tam niepotrzebnie zupełnie, ktoś jej powiedział na wizji, że rozmazany makijaż, nie zrozumiała, dlaczego powinno być to dla niej istotne, ten ktoś także nie zrozumiał jej niezrozumienia, przykrywając je niezręcznym śmiechem, który brzmiał jak krótki kaszel. Tylko prezenter wymówił słowo reklama, tak to było to, na co czekała; ciach i polecieli sprintem ze sceny jak kukiełki z papieru gnane podmuchem sprężonego powietrza; ciach i nagle byli zupełnie za kulisami, za tą ciężką kotarą, w której krew, pot i łzy. Teraz oni w tą kotarę zamotani, on zdecydowanie bardziej zamotany, bo ona nad nim rozpostarła swe uroki niemłode – nie przypuszczał, że aż tak zadziała kilka uśmiechów, kilka minut wytańczonych, ale w sumie może i dobrze – kalkuluje szybko i ekonomicznie, jak go na uczelni wyuczyli, to się opłaci – ten wysiłek przyniesie zysk; czy ten pan i pani są w sobie zakochani? Nie, ale ta pani tego pana chce, a ten pan chce poznać panie i panów, których zna ta pani i na ich plecach wspiąć się o wiele wyżej, niż teraz jest. Więc ten młody pan, który istotnie miał za jakiś czas stać się właśnie młodym panem, panem młodym – teraz szykuje się do awansu innego typu, inną ścieżką, składając usta w dzióbek dotyka wstępnie swoich marzeń – jej usta nawet nie są takie złe, nawet, nawet, nie jest to wszystko takie złe, nie wiadomo czego tak się obawiał w tej jednej tysięcznej sekundy, gdy się wahał; dziecinne obawy, infantylne podejście, do normalnych, życiowych spraw. Mroki kurtyny pomagają jej nie pamiętać, ile ma lat, ile ma za sobą dat i wyrwanych kartek z kalendarza. Zwariowała tutaj sobie po cichu, dyskretnie, w programie o oglądalności liczonej w milionach, ciekawe, czy ktoś zauważył, czy którekolwiek z kilku milionów oczu widzów wychwyciło w jej oczach błysk szaleństwa. Zwariowała, nogi i ręce są nie jej, głowa jest nie jej no i przede wszystkim usta, one to już sobie zdecydowanie pozwalają na wszystko, co chcą – całują się z tym młodym tancerzem, którego zna trzeci tydzień…

Mąż myśli: jak ta twarz dobrze biega. Mąż nie biega już tak dobrze, kiedy gra w tenisa, nie musi tyle biec w jednym kawałku, robi sobie krótkie biegi i długie odpoczynki. W końcu twarz mu znika za jakimś materiałem.

Twarz: Gdzie on jest, musze mu powiedzieć, pokazać, wziąć jego rękę przytknąć do… Co to ma znaczyć, co to za kobieta?! Mówi jej się to, choć myślała, że tylko to pomyślała:  o to do cholery ma być!! Co tobie się wydaje, że co!! Ty gnoju ty, gnoju jeden…ty !!!!!!

Światłolubna na to: wtargnęła tam jakaś młoda w ciąży z brzuchem jak piłka lekarska, zatrzymała ruchy jego warg na jej wargach, jak ona śmie, wrzeszczy coś jak opętana, o gnoju, co ze wsi przyjechała – nie odbierajcie mi go!! Nie teraz, kiedy mnie otworzył! No gdzie on biegnie za nią, co to ma być! To dla niej miał być prezent, znowu jej zabierają, jak wtedy na obozie, znowu nie tak się miało skończyć, i co to znowu to światło tak oślepia… no jasne, znowu on, cielak jeden, co on tu robi, mąż niezawodny, w każdej sytuacji z nią uczestniczyć chce, czy co! I co on tak patrzy z jakimś smutkiem, jakby nie wcale za nią tu przybiegł?

Rozbłysły światła, nikt nie zauważył, że właśnie jej przed chwilą zależało; tym razem było zupełnie inaczej, tym razem to nie ona uciekła. Tym razem się zupełnie nie liczy, bo ona przecież od początku liczyła się z porażką, ona się w ogóle nie zaangażowała tak, jakby mogła, gdyby chciała, phi, to wszystkie nieważna błahostka, którą trzeba zmiąć w ręce jak ja kartkę i schować do kieszeni, bo znów za ciężką kurtyną bije jej dzwon i bije jej po oczach reflektor, gdzieś w żołądku jeszcze bije (z rozmachu) jej obudzone serce. Ale jednak coraz wolniej, spokojniej, wszystko wraca na swoje miejsce. The show must go on, gdzie jesteś mężu, o jesteś, rozchmurz się, co ci jest, podprowadź mnie na scenę. Na MOJĄ scenę.

Marcin Szylko: Kolacja

Światło żarówki zalewa siedzących przy stole. Spływa po leniwych powiekach, kapie na kamienne policzki i zsuwa się cicho po wyblakłych ubraniach. Twarze pozostają nieruchome, jedynie żuchwy równomiernie mielą znajdujący się na talerzach posiłek. Światło niekiedy przygasa, ich twarze nigdy się nie rozjaśniają. Bo nie ma pieniędzy.
Jej ręce szybko wędrują od talerza do ust. I od ust w kierunku talerza. Wcześniej wyjmowały garnki z kredensu i obierały kartofle. Przestawiały też słoiki w piwnicy, ale tam zamiast podłogi jest gruba warstwa szlamu po powodzi. Nikt tego nie sprząta. Na remont i tak nie ma pieniędzy. Jej ręce znają wszystkie zakamarki tego domu. Chowają w nich różne przedmioty i z nich wyciągają w zależności od potrzeb. A kiedy nikt nie patrzy, zastanawia się, czy oni sobie poradzą, gdyby jej zabrakło.
Jego ręce są zniszczone i starsze niż nieruchoma twarz. Niektóre palce bardziej żółte od pozostałych, oprócz papierosów trzymają w ciągu dnia maszynkę do golenia, narzędzia, długopis oraz łyżkę. Czasem na chwilę wyjmują z kieszeni pieniądze, które już tam nie wracają, choć przez całe życie jego ręce starają się, aby pieniądze wędrowały w odwrotnym kierunku. Palce odliczają dziesiątki, dwudziestki oraz setki, przekazują je w zamian za prąd, gaz, wodę i mieszkanie. Kiedy nikt nie patrzy, zapalają kolejnego papierosa w oknie i próbują odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego inni mają lepiej.
Ręce dziewczyny, która jest ich córką, mają pomalowane paznokcie i skórki obgryzione niemal do krwi. Prawa wędruje od talerza do ust i z powrotem, lewa nie rozstaje się ani na moment z telefonem. W ciągu dnia wielokrotnie piszą te same słowa na urzędowym papierze i wkładają je do różnych kopert. Potem na poczcie odliczają dziesiątki na znaczki i żegnają koperty znikające w czerwonej skrzynce. Dopóki nie będzie pieniędzy, tak musi być dzień po dniu. Telefon milczy podczas posiłku. Ręce dziewczyny pozostają spokojne pomimo poobgryzanych skórek. A kiedy nikt nie patrzy w nocy, zapalają światło w łazience i długo trzymają lustro przed nieruchomymi oczami. Przesuwają lustro niżej wzdłuż ciała, czasem rozchylają brzegi nocnej koszuli, unoszą lekko obie piersi i zatrzymują lustro na kilka minut. Wtedy nie myślą o życiu, gdzie nie ma pieniędzy i zastanawiają się, czy oni sobie bez niej poradzą.
Jej usta milczą. On nie lubi wysłuchiwać skarg, a nic innego nie przychodzi jej do głowy. Gdyby przynosił do domu coraz mniej pieniędzy, na pewno jej usta zadałyby pytanie, potem następne. Lub gdyby przyniósł nagle znacznie więcej niż normalnie. A tak nie muszą pytać o nic. Lecz, kiedy nikt nie patrzy, jej usta wędrują wraz z ciałem do kuchni i odczytują szeptem jedyny list, jaki chowa w jednej z szafek pod ceratą. Czasem jej ręce wycierają wtedy powieki.
Jego usta napchane jedzeniem nie za bardzo wiedzą, co mogłyby powiedzieć. Gdyby jedzenie okazało się gorsze niż zwykle, może odezwałyby się, lub gdyby uznały, że jedzenie jest wyjątkowo dobre. Jedzenie jednak napotyka na wielkie trudności, aby po trzydziestu latach być wyjątkowe. Zresztą na wyjątkowe jedzenie po prostu nie ma pieniędzy. Jego usta mogłyby poskarżyć się, że nie ma jak naprawić dachu, uszkodzonego przez wichurę i że podczas burzy woda zalewa poddasze, ale milczą wytrwale, gdyż jej usta nie wspominają nic o powodziowym szlamie w piwnicy. Kiedy nikt nie widzi, jego usta zaciągają się kolejnym papierosem, a choć mają wtedy szansę, nie potrafią zebrać się na słowa.
Usta dziewczyny mówią nocą do lustra w łazience. Pozostawiają na nim modlitwy, od których jest im lżej. Mówią do szyby w oknie samotnego pokoju i do każdej wysyłanej koperty, mówią wszystko to, czego nie słychać od nich w czasie posiłku. Mogłyby wyrzucić z siebie jedno, drugie i trzecie, ale szkoda, bo jak oni sobie z tym poradzą. I tak nie ma pieniędzy. Kolacja nie jest od mówienia. Światło żarówki zalewa siedzących przy stole, przygasa jedynie, gdy pod lampą przelatują marzenia. Wspólna kolacja spaja i cementuje rodzinę cementową formą w cementowej kuchni.

Krzysztof Kuik: Sztuczne kwiaty

Babę poznałem krótko po przyjściu na świat. Podobno, bo nic nie pamiętam z tamtego okresu. Mama mówi, że po urodzeniu mnie musiała wrócić do pracy. Poszukała więc niani, która będzie się opiekować jej synkiem w czasie, gdy ona będzie w biurze. Baba była starszą kobietą, nie pracowała już i miała własne wnuki. Opiekowała się mną przez rok. Potem jej serce zaczęło żyć własnym rytmem i musiała go posłuchać, ograniczając codzienne życie do swojego mieszkania. Jednak ta magiczna więź, która zawiązała się wówczas między nami, była czymś więcej niż tylko relacją biznesową, jak to się dzisiaj mówi. Baba została przyjacielem domu. Przez lata odwiedzaliśmy się, mimo iż krótko po tym, jak została moją nianią, przeprowadziliśmy się na drugi kraniec miasta. Chociaż bez zdjęcia nie rozpoznałbym jej na ulicy, do dziś pamiętam wzbierające uczucie bezgranicznej radości i szczęścia, gdy zbliżał się czas jej odwiedzin. Od rana nie mogłem myśleć o niczym innym. A po południu, gdy rodzice wróciwszy z pracy, nakrywali uroczyście stół na wspólną kawę, biegałem bez przerwy między pokojem a korytarzem. Wdrapując się na ryczkę patrzyłem przez judasza czy już idzie. Ciemno na klatce schodowej, czyli nie idzie, potem jasno, ale to sąsiadka. W końcu dzwonek. Biegnę do drzwi, otwieram, zawsze jestem pierwszy, przed rodzicami. Wczepiam się w nią, wtulam się w płaszcz, sukienkę, sweter; nieważne, byleby mieć kontakt z nią, byleby być blisko czegokolwiek, co nią pachnie, co się z nią wiąże.
Kiedy podrosłem, poszedłem do zerówki. Tam pani uczyła nas rysować szlaczki, lepić z plasteliny, rozmawiała z nami o różnych rzeczach. Pewnego razu zapytała o osoby, które są nam szczególnie bliskie, oczywiście poza rodzicami. Powiedziałem, że „Baba”.  Pani i dzieci ryczały ze śmiechu. Nie rozumiałem, dlaczego się śmieją. Ze mnie, z Baby?
–A kto to jest „Baba” – spytała, ciągle jeszcze ze śmiechem na ustach, pani.
Ciężko było mi to wytłumaczyć, zwłaszcza, że poczułem się, jakby wszyscy byli przeciwko mnie i Babie.
– Baba – odpowiedziałem – przychodzi do nas i ja do niej też.
– A czemu na nią mówisz „Baba” – spytała – to nieładne słowo.
Nigdy nie myślałem, że Baba to brzydkie słowo. Nie znałem brzydkiego słowa, które brzmiało „baba”. Dla mnie to było najwspanialsze słowo na świecie. Dlaczego inni tak nie myślą? I ja, i rodzice zawsze na Babę mówiliśmy Baba. Milczałem.
– Spytaj rodziców, jak Baba ma na imię i jutro nam powiesz – zakończyła sprawę pani, biorąc na spytki kolejne dziecko.
Czułem, jakby mój świat miał runąć. Dzieci wyśmiały moją Babę, baba to brzydkie słowo, Baba ma imię. W domu rozpłakałem się przy rodzicach. Opowiedziałem, co mnie spotkało. Wtedy wyjaśnili mi, że „Baba” wzięła się stąd, że gdy zacząłem mówić, długo nie potrafiłem powiedzieć babcia, wychodziło ba-ba. Tak zostało. Baba nie była moją prawdziwą babcią, zresztą już wtedy obie prawdziwe nie żyły. Dlatego Baba, ni to babcia ni to imię. Słowo z kluczem, które tak się wszystkim spodobało, że nigdy już tego nie zmieniono w naszym domu. Owego popołudnia dowiedziałem się też, co znaczy słowo „baba” oraz że Baba ma na imię Maria. Następnego dnia pani nie wróciła już do tematu Baby, z czego bardzo się ucieszyłem.
Tamtego lata, po zerówce, Baba spędziła razem z nami wakacje. Wynajęliśmy domek i pojechaliśmy nad morze wszyscy razem – mama, tata, Baba, moja siostra i ja. Tyle dni razem z Babą. Pamiętam, że raz poszedłem z nią na spacer i zobaczyłem w kiosku sztuczne, plastikowe  kwiaty, które wyglądały jak prawdziwe. Stwierdziłem, że chciałbym jednego kupić i jej podarować. Przytuliła mnie i powiedziała, że bardzo chciałaby dostawać ode mnie kwiaty. Marzy o tym, że gdy podrosnę będę ją odwiedzał i przynosił bukiecik. Ale nie znosi sztucznych kwiatów i nigdy nie chciałby ich dostać. Zapamiętałem to. Wyobraziłem sobie, jak za kilka lat wsiadam samodzielnie do tramwaju i z bukietem w dłoni dzwonię do jej drzwi, a ona wita mnie z tym uśmiechem co zawsze i dumą, że tak urosłem. Wakacje minęły szybko. Zacząłem chodzić do pierwszej klasy.
Pewnego dnia rodzice, gdy wrócili do domu domyśliłem się po ich twarzach, że stało się coś naprawdę złego.
– Baba umarła – mówi mama, zakrywając dłonią twarz, ale łzy przedzierają się przez tamę jej palców i dwoma stróżkami ześlizgują po policzkach ku ziemi.
Umarła myślę. No a kiedy się z nią zobaczę?
Wtedy dowiedziałem się, co to jest śmierć i zrozumiałem, że wszystko się skończyło, że nie będzie już mnie i Baby. Że moje życie będzie trwać, ale Baby już w nim więcej nie spotkam. Mama mówi, że byłem na pogrzebie, lecz tego nie pamiętam. Potem nigdy nie pojechałem na jej grób, mimo iż moja mama co roku w dzień imienin odwiedza cmentarz. Próbowała mnie wyciągać, ale mówiłem, że to tylko grób, Baby tam nie spotkam, nigdzie jej już nie ma. Wtedy, mając siedem lat, pochowałem ją głęboko w swojej niepamięci, żeby móc dalej żyć. I tylko, gdy gdzieś zobaczę sztuczne kwiaty, przemyka mi przez myśl niejasne wrażenie, że był ktoś, kogo nazywałem Babą.

Bogumiła Hyla: Miejsce, gdzie nic nie ma

Tego roku zima była mroźna. Ta zima była diabelnie mroźna. Nie pamiętam tak lodowatej zimy.
Tak powinno brzmieć jedno z pierwszych zdań tego opowiadania, sprawozdania, wynurzenia czy jakkolwiek to nazwać. A mimo to, nie mogę zacząć go w żaden z proponowanych sobie sposobów, ponieważ ta zima była potwornie gorąca, niczym klimakterium pastwiące się nad kobietą przed 50.
Stopka. Zatrzymaj się i zastanów się nad spacją. Kochana, spacje są po to aby ich używać, przypatrywać się im, odczuwać z całą mocą, gryźć się nimi, wkładając do pustej głowy, zapraszać je do siebie i proponować kawę.
Spacja to nic nie znacząca przerwa pomiędzy jednym a drugim oddechem, czy może pomiędzy jednym a drugim zastanowieniem się nad moralnością, egzystencją, bytem i niebytem. Odstęp, który nic nie kosztuje.
Tak, zastosujmy spację. Zasłońmy się nią. Powiedzmy głośno, pora na kilkusekundową przerwę, a zanim zdążymy dojść do końca zdania, przerwa ulotni się i opadnie razem z kurzem na drodze.

Tego roku zima była kapryśna. Leniwa i kapryśna jak kobieta w ciąży. Wyłączmy klimakterium, musi je poprzedzać ciąża. Wyłączmy również okresy przejściowe i przyjściowe. Zamknijmy rozdział zwany dojrzewaniem. I spalmy kłaniającą się starość, podpierającą się drewnianą laską. Najlepiej omińmy również zaawansowaną ciążę, czy rozpoczętą ciążę. Żaden z powyższych stanów nie istnieje.
W ten sposób znaleźliśmy się w niebycie, w jałowej ziemi, pozbawionej pługu i radła. Stoimy na środku pola my, ja, jako człowiek, na środku czarnych grud ziemi.
Co z nami zrobią? Jesteśmy wszak kłoskiem jakiegoś bliżej nie określonego zielska. Wyrwą nas z korzeniami, zaorzą, zerwą do bukietu, spryskają środkiem ochrony roślin.
Którą śmierć wybierzemy?
Nie, nie. Śmierć również nie istnieje.
Unosimy się na podobieństwo leciutkiego powietrza, lawirując pomiędzy niebem i ziemią. Przezroczyści.
Tego roku zima dała nam nieźle w kość. Gdzie się podziało klimakterium?
Tego roku zima zamroziła każdy stan w jakim może znaleźć się istota ludzka.
 
Tego roku… czyjaś ręka pokroiła mnie na kawałki i poukładała na talerzu, udekorowała sałatą oraz pomidorami. Pomyślałam: Cholera, jestem jedzeniem.    Jestem jedzeniem, jestem czymś, co się je. Stanowię element, do którego należy bierne poddanie się spożyciu. Moje ciało wraz z kośćmi zostanie dokładnie obejrzane i rozpatrzone. Powiększone za pomocą lupy albo mikroskopu. Czyjeś oczy zauważą najmniejszą niedoskonałość i z obrzydzeniem odłożą na bok to, co niesmaczne. Poddam się bez opamiętania. Przecież jestem jadalna. Mięso się je i kości się je. Krew się pije i wodę się pije.
Co dziś na obiad? A może to już kolacja? 18. dawno minęła? Więc co dziś na kolację?

Tego roku stałam się drewnem. Za chwilę zetną mnie blisko ziemi i upadnę z głuchym trzaskiem nikogo nie przygniatając. Potną na kawałki piłą mechaniczną. Porąbią siekierą. Wysuszą. Będą nosili do kominka i palili moje poszczególne kliny. Nie poskarżę się, ponieważ stanowię drzewo.

Tego roku byłam wodą. Przelewałam się między dłońmi, aż powoli dzień po dniu temperatura raczyła mnie swoją niechęcią i zamrażała iskierka za iskierką.  Czyjeś odbicie przejrzało się w moim wnętrzu, wdarło bez zaproszenia i gapiło się na ryby pływające wewnątrz.
Ustalmy jedno.
Spacja dawno minęła.
A tego roku byłam rzeczą, ludzie brali mnie w dłonie, żeby obejrzeć, pooglądać, dotknąć, rzucić w kąt, podnieść i położyć na półkę. Dotykało mnie milion rąk. Jedne niecierpliwe, inne delikatne i poszukujące w nieskończoność nie tego, co chciałyby znaleźć. Odgadujące moje kształty za pomocą wielkich okularów. Zastanawiające się z marsową miną nad pożytecznością przedmiotu, który przyszło im trzymać w dłoniach. Miałam dość miętoszenia. Jestem przedmiotem, ale nie dla każdego. Uszanujcie moje istnienie jako rzeczy. Patrzcie, rzecz nie może nic czuć. Jest absolutnie bezosobowa. Nawet jeśli przypisać jej rodzaj żeński lub męski.
Zima tego roku zawaliła miasta śniegiem.
Tego roku zamieniłam się w ogień. Tak dobrze jest ogrzać zmarzniętych, dać im nieco ciepła. Ale oni pragnęli więcej i więcej. Bo temperatura wciąż spadała, a ja jak słaby ogienek, nie potrafiłam rozpalić się w piecu do należytego stopnia. Przeklinali mnie, że nie umiem się palić.
 Spaliłam się od środka.
 Postawny spację. Wezmę sobie chwilkę wytchnienia. Przecież należy mi się chwila odpoczynku! Zostawcie mnie, nie ważcie się do mnie odzywać, nie zadawajcie pytań i nie żądajcie odpowiedzi! Nie pukajcie do moich drzwi i odłóżcie te nieznośne słuchawki telefonów. Nie patrzcie na mnie i ja nie będę patrzyła na was. Nie milczcie ze mną i nie oczekujcie czegokolwiek z mojej strony. Nie dotykajcie mnie, nie podawajcie ręki na dzień dobry i na do widzenia.  
Nie ważcie się przechodzić blisko mnie i zauważać.
Mam spację.
Zobaczcie. Dobrze zobaczcie.
Spacja to taki stan… taki stan w którym nic się nie znajduje. Całkowita idealna próżnia.
Teraz jestem Namibią, tą z języka Buszmenów. Ponieważ nic nie ma zamiast mnie.
Spójrzcie!!! Mnie tu nie ma! Jestem Namibią. Nazwijcie mnie Namibią! Nadałam sobie nowe imię.
 Kilka sekund temu spacja minęła. Kiedyś musiała. Domagałam się kolejnej i następnej, aż nieistnienie urosło do niewyobrażalnych granic.
Kim jest człowiek?
Kim jest człowiek?
Powiedzcie mi, kim jest człowiek.

 Czy to ten który zgadza się na ból i krzyk? Tonie zamrażany jak mała, nic nie znacząca rybka? Tli się na kaganku woskowej świeczki, niezdolny do wołania o pomoc… Pozwala zadawać sobie ciosy, oceniać, krzywdzić… Nie umie powiedzieć dość. Dni przeciekają mu między palcami? Czy to ten, który chce dokądś biec, po ratunek…, a może na ratunek, dając z siebie wszystko. Albo to ten, który pozwala zabierać sobie życie?? Czy to ten, który nie umie zawołać NIE, a zamiast tego, wije się i zachłystuje, próbując dać spragnionym ustom łyk wody? Nie nauczono go jak istnieć, aby nie stać się tylko i wyłącznie tłumem.
Spacja?
 Teraz siedzi i zadaje sobie pytanie, jaka była zima.
 I nie potrafi napisać jakiejkolwiek litery, ułożyć wyrazu albo zdania, żadnego prócz spacji.
 Tego roku zima go poniżyła. Jesteś taki mały, szepnęła, z łatwością cię zdepczę. Jeden palec już ci obmarzł. Myślisz, że to stan przejściowy? Mylisz się. Jestem skuteczna. Zmrożę cię tak bardzo, jak uczyniłam to z innymi.
Jesteś słaby. Wierzysz we wszystko co słyszysz i powtarzasz wszystko co ci powiedzą. Uczynisz to, co pozostali, nie przeciwstawiając się im.

 Tego roku zima była nieludzka.

 A ja… ciągle jeszcze pozwalam sobie wegetować jako Namibia.

                                               ***
wyjaśnienie:
Namibia – słowo pochodzące od pustyni Namib. Namib w języku Buszmenów oznacza : “miejsce gdzie nic nie ma”.

Aleksandra Kukuła: Klej dla prawdziwego mężczyzny

Kiedy popsuły się drzwi harmonijkowe od sypialni rodziców, tato wymontował je z futryny i postawił pod ścianą. Bo jak się człowiek bierze za naprawianie drzwi, to że pierwszym krokiem będzie wyjęcie ich z ościeżnicy – o tym wiedział nawet tato, który do robót ręcznych nie miał zupełnie ani serca, ani głowy. Ani przede wszystkim rąk. Przysparzało mu to niemało kłopotów, albowiem zarówno w jego rodzinie, jak i w rodzinie mamy, męskość mierzyło się metrami kwadratowymi pomalowanych ścian, kilogramami przybitych gwoździ, czy liczbą udrożnionych syfonów. We wszystkich tych dyscyplinach tato miał na koncie zero punktów.

Poza tym na męskości mu nie zbywało – dzieci robił ochoczo i na swoje podobieństwo, miał włochatą klatkę piersiową i wąsy, chodził po domu w samych majtkach, no i był najmądrzejszy – nie było takiego tematu, gdzie nie czułby się na siłach nie zgodzić się z przedmówcą. – Zaraz, zaraz, zaraz!… – zwykł wchodzić w słowo każdemu, kto zbyt pewnie wypowiadał się o czymkolwiek. I potem już tylko od siły nerwów interlokutora zależało, czy pozwolił tacie zatriumfować, czy też wolał, żeby tato się – i jego – obraził. Jeśli pozwolił się pokonać, tato puszył grzywę i piękniał jak lew w słońcu (bo tato jest spod znaku Lwa, a jego opiekuńczym ciałem niebieskim jest, a jakże, Słońce!). Mruczał pod wąsem i przyjaźnie porykiwał potem do mamy: – Widziałaś, jak go zupełnie zbiłem z tropu? Ale mu było łyso! Znalazł się uczony jeden!… – a mama głaskała go po grzywie i wąsach, i wesoło pukała papierosem o popielniczkę, strząsając popiół.

Jednakże na kogo tato mógł sobie porykiwać, to mógł, ale na pewno nie na swoją teściową. Babcia Krystyna za misję życiową miała zaprowadzenie na świecie takiego porządku, w którym każdy marny grzesznik wiedziałby raz na zawsze, gdzie jego miejsce. Siebie samą umiejscawiała na drugiej od góry pozycji, czyli zaraz za Papieżem. Papieżykiem jej ukochanym, któremu to jedynemu byłaby skłonna ustąpić, gdyby akurat znalazł się gdzieś w pobliżu. A tato… – siłą rzeczy było lepiej, kiedy przy babci za bardzo się nie mądrzył. Czasem jednak zapominał się i wtedy babcia jednym zdaniem sprowadzała go na ziemię: – Zdzisiu, a czy ty nie powinieneś lepiej zająć się podklejeniem tej tapety koło lampy, bo ci zaraz w talerz spadnie i co wtedy, chłopie, poczniesz?!… A w łazience płytki się poluzowały, to może tam byś skierował swoją uwagę, bo ci w końcu zleci, chłopie, kafelek na łeb, jak znów się zaczytasz w wannie?!

W takich chwilach tato milkł, wzruszał ramionami, czasem tylko rzucił spode łba: – …no i bardzo dobrze!… – a zawstydzona mama zaciągała się raz po raz papierosem przez zaciśnięte wargi, bo to przecież ona tego zarozumiałego niedorajdę ściągnęła rodzinie na kark. Bywało, że swoje dokładał jeszcze ośmielony perorą babci Krystyny własny taty ojciec czyli dziadek Józek: – Jiiiii tam, Krystyna, Zdzisiek nie przyklei płytek! On niczego nie przyklei! Od małego ma dwie lewe ręce. I mędrkować tylko umie. O, mędrkować to on umie! Raz w szkole jak jeszcze był, to przeczytał, proszę ja ciebie, profesorowi z zeszytu wypracowanie, a wcale go wcześniej nie napisał! I potem, rozumiesz, ten profesor chciał mu piątkę w zeszycie postawić i wydało się wszystko. Dwóję dostał! O, gadane to on ma. Ale jak coś zrobić, to fujara! Tylko by rozmyślał o niebieskich migdałach! Od małego taki!

Chyba dlatego tato postanowił jednak naprawić te drzwi. Sam. Ułożył je sobie w dużym pokoju na dywanie, obstawił się wszystkimi posiadanymi skrzynkami z narzędziami, z których w swoim czasie każda po kolei miała uczynić zeń faceta uzbrojonego po zęby do boju z przeciwnościami losu. Podrapał się po głowie, popatrzył na to towarzystwo jak kura w gnat i po dłuższej chwili namysłu poszedł poszukać – kleju.

Dwuskładnikowy klej epoksydowy marki Distal był jego wielką namiętnością, gdyż dało się nim skleić praktycznie wszystko! Tato urywał kawałek gazety, wyciskał trochę z jednej tubki, potem tyle samo z drugiej, mieszał obie masy zapałką, a następnie za pomocą tej samej zapałki nakładał na „uprzednio dokładnie oczyszczone” powierzchnie tego czegoś, co akurat zamierzał ocalić przed rozpadem.

Dlaczego i drzwi miałyby nie dać się skleić? Tato poszedł do kuchni, wziął stamtąd taboret, stanął na nim na palcach i otworzył drzwiczki pawlacza.
– Czego tam szukasz? – zasyczała czujnie mama, wychylając głowę przez kuchenne drzwi.
– Niczego – odpowiedział tato.
– No bo chyba nie szukasz distalu, prawda, kochanie? – ciągnęła.
– A czy ja się ciebie pytam, co ty wsypujesz do zupy?! – odkrzyknął już lekko podirytowany tato, dalej nerwowo i trochę na oślep przerzucając graty na pawlaczu. Wtedy mama wyszła z kuchni – w prawej ręce trzymając papierosa, w lewej popielniczkę – i stanęła obok niego, spoglądając znacząco w górę.
– Kobieto, czego ty się czepiasz? Czego tu stoisz?! Chcesz, żebym naprawił te drzwi, czy nie? Jak mi będziesz patrzyć na ręce, to…
– Stać mi też nie wolno, chłopie?!
– A sama sobie naprawiaj do cholery te drzwi! Albo niech przyjdzie najlepiej twoja matka i je naprawi!
– I pewnie by sobie poradziła lepiej od ciebie!
– No i bardzo dobrze! – tato z furią zatrzasnął drzwiczki pawlacza, zeskoczył ze stołka i ruszył do pokoju. Mama stała znacząco w przejściu i dmuchała mu powoli dymem w twarz.
– Czego tu stoisz, kobieto? Przepuść mnie do cholery!
¬– A co masz w łapce, kochanie?
– Co mam?! Nic nie mam! – ale mama miała bystry wzrok!
–…no, co tam masz w lewej łapce? A może ty masz obie lewe?!
– A weź się ode mnie w końcu odczep! – krzyknął tato i cisnął o podłogę biało-zielonym pudełeczkiem z distalem. – Jeszcze dziś wyprowadzam się z tego domu! I więcej mnie nie zobaczysz! – odgrażał się mamie.
– Obiecanki cacanki! – krzyczała ona z kolei: – Od piętnastu lat mi to obiecujesz!
– No to teraz w końcu spełnią się twoje marzenia! – wrzeszczał.
– Mam taką nadzieję! I żebyś mi tu za pół godziny nie wrócił, jak zwykle!!!
– O, nie! Nie wrócę na pewno! Nie wyobrażaj sobie, że jesteś jedna na świecie???
– A myślisz, że ty jesteś jeden???…

…i tak przewalał się ten kłąb wzajemnych wyzwisk, pretensji i żalów – tym razem dokładnie tak samo, jak wszystkimi innymi razami. Tato znów wszedł na stołek – po walizkę. Mama przyniosła mu z sypialni naręcze ubrań i demonstracyjnie rozsypała na podłodze w przedpokoju. A potem pociągała papierosa i rytmie zaciągania się i wypuszczania dymu czubkiem stopy wrzucała mu jedną po drugiej koszule do bagażu, a on je z furią udeptywał. Wreszcie z trzaskiem zamknął walizkę, a mama jednym celnym kopniakiem posłała ją pod drzwi. Tato założył spodnie, sięgnął do kieszeni – nie było portfela! Jak zwykle. Mama mu ten portfel, jak zwykle, gdzieś znalazła, po czym rzuciła przez okno z okrzykiem: – Będziesz miał mniej ciężarów do znoszenia po schodach, kochanie!
– Ty jesteś nie-nor-mal-na! – zaryczał tato i pobiegł po portfel na dwór. Za chwilę wrócił…

W tym czasie budowaliśmy z bratem w jego pokoju na podłodze domek z klocków lego i pozornie obojętnie przyglądaliśmy się tej scenie.
– Ewka, a jak on nie wróci?… – dopytywał szeptem zaniepokojony Piotrek. – Byłoby bardzo fajnie – odpowiedziałam, szukając miejsca dla kolejnego klocka. – Ja bym wolał, żeby wrócił… – usta Piotrka ułożyły się w podkówkę. Przewróciłam oczami. – Wróci, wróci, zawsze wraca – wzruszyłam ramionami. – Ale żeby wrócić, to najpierw musi wyjść.

Piotrek przerwał układanie i wielkimi niebieskimi oczyma wpatrywał się w miotającego się po przedpokoju tatę.
– Tato, a mieliśmy w sobotę jechać na grzyby?… – Tato przystanął. – I pójdziemy synku, nic się nie martw. Tatuś po ciebie przyjedzie.
– Zamek może być już zmieniony, weź taką ewentualność pod uwagę! – wykrzyczała mu zza pleców mama. Ale tato już się trochę uspokoił i układał sobie metodycznie rzeczy do zabrania. Torba, walizka… Nagle coś sobie przypomniał i wrócił do pokoju. Drzwi przecież! Szybko zamknął skrzynkę z narzędziami i też przestawił ją do przedpokoju. Zrolowane drzwi włożył sobie pod pachę, torbę przerzucił przez ramię, lewą ręką chwycił walizkę (bo tato naprawdę jest trochę leworęczny, choć lewą rękę ma oczywiście tylko jedną!) a w prawą skrzynkę. – Piotruś, czy możesz mi otworzyć drzwi? – poprosił brata, który już na całego rozszlochany nacisnął klamkę.
– Tak, synku, patrz, patrz!!! – przemawiała mama – Patrz i ucz się! Ucz się, jak wyprowadza się z domu prawdziwy mężczyzna!!! – Tato spojrzał na nią z wyższością. – Patrz, synku, co prawdziwy facet zabiera, jak się wyprowadza od żony i dzieci! – ciągnęła mama – Walizkę, skrzynkę z narzędziami i oczywiście – drzwi od sypialni!!!
Tato wzruszył ramionami i wyszedł, nogą zatrzaskując drzwi od mieszkania. Mama jednym ruchem odstawiła popielniczkę z dymiącym papierosem na podłogę i z furią wybiegła za ojcem. Na odchodne cisnęła za nim jeszcze obrączką, która z brzękiem poleciała po schodach.
– Wariatka! – krzyknął wesoło tato z parteru.
– Wariatka?! – piszczała mama – wariatka?!
Wbiegła do mieszkania i nerwowo czegoś szukała. Jest! Otworzyła okno w kuchni i wrzasnęła: – Jeszcze czegoś zapomniałeś! – i w kierunku wychodzącego z klatki schodowej taty poleciał kartonik z distalem.
***
Tato wrócił jeszcze tego samego wieczoru. Z obrączką. I z klejem. Walizka powędrowała na pawlacz, a portfel znowu się zgubił. Sklejone distalem drzwi od sypialni po paru dniach się urwały i dziadek Józek musiał je w końcu skręcić drutem. Dziadek wszystko do wszystkiego mocował na drut. – Bo dziadek to taki paprok – mawiała babcia, zapewne mając na myśli swój mezalians sprzed lat, kiedy ona – córka rzeźnika i kułaka postanowiła wydać się za dworusa bez ziemi. – Pracowity to on jest, prawda, ale co by nie robił, to byle jak. Tak nie po gospodarsku. Wszystko na druta!…

Marta Kucharska: Festiwal Radzieckiej Poezji Śpiewanej

81.
W parku Józia, jak mówili złośliwi, Stalina, tuż obok jego zasranego popiersia, które przynajmniej raz w tygodniu służby sprzątające miasteczko musiały dokładnie myć, by nie mieć ewentualnej przyjemności bycia aresztowanym czy spędzenia paru zimowych miesięcy w głębi Rosji, więc w parku Józia Stalina wybudowano muszlę. Szarą, betonową, przed którą ustawiono kilka rzędów pomalowanych na niebiesko ławek. Tak właśnie powstała pierwsza w miasteczku scena na wolnym powietrzu, na której czy to z okazji święta pracy, czy dnia kobiet, odbywały się występy jak nie orkiestry strażackiej, to zespołu tęgawych babin, który powstał przy kole gospodyń wiejskich, i przeważnie nazywał się jak nie „Czerwony Aster” to „Czerwone Goździki”, istniał też swego czasu zespół „Polne Maki”, ale ze względu na wchodzący do powszechniejszego użycia kompot, musiał zostać rozwiązany. Jakkolwiek się działo, organizowano konkursy między szkołami czy festiwale radzieckiej poezji śpiewanej, podczas których wzruszone nastolatki piskliwym głosem śpiewały o nowych mieszkaniach dla ludu pracującego, nowych fabrykach i węglu kamiennym, podczas gdy chłopcy stali na baczność z chorągwią, a czerwony odcień na ich twarzach zdradzał, że duszą się ze śmiechu. Potem, ale to potem, ktoś z urzędu miasta, nadzwyczaj lubiący muzykę, podczas jednego z pobytów w sanatorium, zauważył, że może być też inaczej, i wprowadził w miesiącach letnich, cosobotnie spotkania z muzyką klasyczną. Rozklekotaną nyską przyjeżdżali wówczas do parku uczniowie szkół muzycznych, na dwu- trzygodzinne występy, w czasie których na rozstrojonym pianinie, wiolonczeli czy kilku parach lśniących, drewnianych skrzypiec, prezentowali zebranym Chopina, Prokofiewa albo Strawińskiego. A zebrani patrzyli ze wzruszeniem, jak chudy, pryszczaty chłopiec dmie w trąbkę i mało się przy tym nie przewróci, albo jak niemiłosiernie blada, czarnowłosa wiolonczelistka, z włosami do pasa, delikatnie uderza w mieniące się srebrno struny, a nieraz to i na włosach zagra.

82.
I występujący artyści, taki Jaś Pompka czy Klara Trumienko, publiczność też nie była byle jaka. Wielu współczesnych muzyków, gdyby miało przed taką występować, niejednokrotnie zapomniałoby w pośpiechu zabrać swoje instrumenty i co sił umykałoby najbliższym pociągiem wyjeżdżającym z miasteczka. Ale wtedy było inaczej i jakoś mniej przerażało, że połowę widowni stanowili wojskowi, agenci i służby zwiadowcze, gotowe za drobną pomyłkę w repertuarze czy przypadkowe pierdnięcie w wierszu o Józiu, zabrać wykonawcę czarną wołgą na przesłuchania, i to wcale nie radiowe. Za to po drugiej stronie, oddzieleni wąskim pasem trawy, siedzieli w ramach resocjalizacji więźniowie oraz ich kumple – tymczasowo byli więźniowie, drobni złodzieje kieszonkowi i żulernia, rumiana nie tyle od przygrzewającego słońca, co denaturatu, i, zdawałoby się, patrząc na twarze, całkiem dobrze odżywiona, choć jej pokazywane ze względu na tatuaże ręce, były tak chude, że wydawały się przyczepione od innego ciała. Między nimi wszystkimi biegały umorusane dzieci, w pieluchach tetrowych a czasem zupełnie nagie. Te, przeważnie cygańskie, miały na szyi zawieszone pudełeczka z dziurką, kubeczki czy puszki i uczyły się pierwszego zarobku. Uczyły się też pierwszego wydawania pieniędzy, gdyż między rozsiadłymi na ławkach widzami, krążył z dużym pudłem przyczepionym do paska od spodni i podobnych rozmiarów butlą zawieszoną na plecach chudy chłopiec sprzedający lody i lemoniadę. Lodów były dwa rodzaje, śmietankowe i śmietankowo czekoladowe w kształcie pandy, oba na patykach, lemoniada natomiast cytrynowa i mocno gazowana, tak że pijąc, czuło się, jak bąbelki wciskają się do nosa i zbiera się na kichanie. Więc lody były lekko roztopione, lemoniada bardzo słodka, ale prawdziwym problemem był brak kubków i naczynek, w które chłopiec mógłby lać przez gumowy wężyk nienaturalnie żółty płyn. Do paska od spodni miał bowiem zaczepione na metalowym łańcuszku tylko dwa blaszane garnuszki, które niedbale płukał po którymś z kolei kliencie w wiadrze z wodą i wycierał ściereczką. Dlatego po jakimś czasie wybierający się na koncerty do parku brali własne naczynia i łatwo było, idąc wieczorem przez miasteczko, rozpoznać, kto rzeczywiście jest melomanem, kto słuchał przed chwilą Liszta, a kto wraca z cukierni czy piwiarni. Inaczej bowiem niż w innych częściach świata, prawdziwych wielbicieli muzyki poważnej rozpoznawano nie po niebieskich beretach, niedbale przerzuconych czerwonych szalikach czy wyróżniających się, jaskrawych skarpetkach, ale po tych kubeczkach czy garnuszkach, z którymi z błogim uśmiechem wracali do swoich ciemnych już mieszkań, w zamyśleniu potykając się co chwilę o kocie łby, pochyleni nieco, jakby noc się materializowała na ich karkach i zaczynała przygniatać swoim ciężarem.

83.
Czasami Miron brał ze sobą swoją siostrę, zezowatą Jagódkę, o dużych, granatowych oczach, i rzadkich, szarych włoskach związanych w kitkę (należałoby napisać koński ogon, ale co to za koński, skoro włosów, gdyby się je zebrało, może starczyłoby na dwa mysie ogonki). Jagódka przybiegała za Mironem w kolorowym fartuszku, jaki uszyła jej babka Nela, i w zamian za przyjemność ciągłego jedzenia lodów oraz picia do woli słodkiej lemoniady, pomagała bratu w sprzedaży, a to zbierając puste kubeczki, a to płucząc je w wiadrze z wodą, czy zanosząc klientom wypełnione po brzegi lepkim sokiem. Choć z tym dostarczaniem napoju były nieraz problemy, nawet dochodziło do awantur, o jakie, zważywszy na przekrój społeczny słuchaczy, wcale nie było trudno. Bo Jagódka nie dość, że była trochę niezdarna, toteż zanosząc kubeczek soku jakiejś eleganckiej pani w środku rzędu, rozchlapywała słodkie plamy na spodnie, koszule i spódnice wszystkim, których po drodze musiała minąć, to ze względu na swoją przypadłość – jedno oko patrzyło na wprost, czyli jak u każdego człowieka, a drugie zawsze na bok, jak u kury, to nieraz, zamiast podać kubeczek lemoniady dowódcy brygady, dawała go siedzącemu dwa miejsca dalej więzionemu dezerterowi czy zadowolonej z owej pomyłki żulerce, którą właśnie męczył przeraźliwy kac. Miron musiał wówczas przepraszać za siostrę i nalewać ponownie, gdyż wręczonego źle napoju przeważnie nie dało się odzyskać, obdarowana nim błędnie osoba miała bowiem świadomość, że takie szczęście nie może trwać za długo, i wypijała lemoniadę pospiesznie, brudząc sobie przy tym brodę i kołnierz koszuli, jeżeli taki posiadała, i gdy czerwony z gniewu Miron zdążył podbiec, krzycząc, „proszę nie pić, to nie pana, czy nie pani”, pokazywała mu, robiąc przy tym niewinne i maślane oczy, blaszane dno garnuszka, lekko nadżarte przez rdzę.

84.
A raz przyjechał na koncert w parku imienia Józia Stalina prawdziwy fotograf ze stolicy, w surducie i wysokim czarnym kapeluszu, i zrobił zdjęcie widowni do jakiegoś popularnego dziennika. Zdjęcie o pokarbowanych brzegach i w kolorze sepii, do którego dorobiona została cała ideologia: że tak ludzi potrafi zjednoczyć tylko socjalizm, i żaden inny system czy religia. A na zdjęciu mundurowi w przepoconych koszulach i roznegliżowana żulernia, i umorusane dzieciaki na kolanach wytatuowanych przestępców, między którymi siedzi w bawełnianym golfie i marynarce jakiś profesor historii sztuki czy doktor nauk przyrodniczych. A wszyscy jak jeden mąż z roztopionymi na pół lodami albo obszczerbionymi kubkami, w których nagrzewa się lemoniada, a na pierwszym planie Jagódka z czarnym, kudłatym psem, jednym okiem patrząca w obiektyw, a drugim gdzieś poza siebie, w dal, w ołowiany błękit, z którego sypią się ciemne, klonowe liście i której, porównując pozostałe twarze, jako jedynej zdaje się została udostępniona jakaś tajemnica, ta przeznaczona przez Pismo tylko dzieciom i prostaczkom.

85.
Co naprawdę było między Jasiem Pompką i Klarą Trumienko, do końca nie wie nikt. Jasio był dosyć niefrasobliwym chłopakiem, z dużymi, owalnymi rumieńcami na policzkach, lubiącym a to nadmuchać żabę, a to zabić z procy wróbla, ale wszystkie te małe cierpienia zadawane zwierzętom, zadawane jakb nieświadomie i niecelowo, stąd nigdy nie odczuwał jakichś większych wyrzutów sumienia, a jedynie radość, że ma tak dobrego cela, że strącił ptaszka w locie z wysokości kilku metrów, a nawet zachwyt nad możliwościami przyrody, gdy korpus dżdżownicy potrafił się odtworzyć i z jednej dżdżownicy robiły się dwie. Co innego natomiast Klara Trumienko, kilkunastoletnia szatynka o cerze białej jak kreda, i długich, rozpuszczonych włosach sięgających jej niemal do pasa. Z zabaw z ptaszkami i żabami już dawno wyrosła, stąd jej niespotykany pociąg do śmierci wydawał się tym bardziej niezrozumiały i straszniejszy. Chodziła po miasteczku w długich, czarnych sukniach i z tak samo czarną, niewielką i półprzezroczystą parasolką, na szyi i palcach miała biżuterię zrobioną z ciemnozielonych szkielecików owadów, mówiono, że w pokoju trzyma czaszkę i chodzi do ciasnej i wykafelkowanej sali, znajdującej się na piętrze katedry patomorfologii i medycyny sądowej, na sekcje zwłok. Że niby hoduje czarne róże, ma w pokoju szczura, który gnieździ się zresztą w owej czaszce, i chodzi na seanse spirytystyczne, a cała ta gra na wiolonczeli w szkole muzycznej i fascynacja Bachem to całkiem wyrafinowana przykrywka jej niecnych i bezbożnych zabaw. Wszystko to jednak były przeważnie plotki, którymi kobiety siedzące w kawiarni okraszały sobie niby kandyzowanymi wiśniami czekoladowe ciastka, czy którymi umilali sobie czas mieszkańcy czekający z talonami w niemożliwie długich kolejkach po buty czy kiełbasę. Bo nikt, prócz Jasia Pompki nie miał dostępu do tajemnicy tej dziewczyny z wioski, istoty obdarzonej niepospolitym słuchem i długimi, delikatnymi palcami, która mieszkała w najbardziej oddalonym pokoju w internacie, na drugim piętrze, z oknem wychodzącym na podwórko i w połowie zarośniętym gęstymi pędami winorośli.

86.
Jasiu Pompka chodził do tej samej klasy co Klara, ale był o głowę niższy i jak to chłopcy w tym wieku, znacznie mniej od niej dojrzały. Dlatego Klara nigdy nie patrzyła na niego jak na chłopaka, z którym można by chodzić za ręce w pachnące maciejką i rozgwieżdżone wieczory, i traktowała go jedynie jak dobrego kumpla czy młodszego brata, którego zresztą dwa lata temu straciła w wypadku, ćwiczyła z nim gamy i rozmawiała o Mozarcie. Dziwna to była zresztą przyjaźń chłopca śmiejącego się jak młody warchlak i lubiącego opowiadać zbereźne dowcipy, i milczącej, bladej dziewczyny, w każdej sytuacji poważnej, zawsze nad wyraz dorosłej i wodzącej po świecie szarym, nieobecnym spojrzeniem, wyglądającej, jakby całe jej ciało mówiło, że nie jest stąd. Ale podobno to Klara pierwsza pocałowała w usta Jasia, a on odwzajemnił się jej długim, zaślinionym pocałunkiem, jakie widywał tylko na hollywoodzkich filmach, podczas którego ona omal się nie udusiła. I to ona pierwsza wzięła go za rękę, i położyła jego pulchne, różowe palce na swojej białej piersi. Później mówiono, że w ten sposób wołała ratunku, że to była jej pierwsza i ostatnia tak heroiczna próba, by wlać w swoje puste naczynia jakieś życie, by w końcu poczuć, że krew szybciej płynie i uderza do głowy, i słychać, jak serce bije, i czuje się, jak omdlewają nogi. Czy tak się stało, nie wiadomo, bo Jasio nie mógł stwierdzić, czy ciało jej stało się cieplejsze, czy bardziej różowe, gdyż próbowali się kochać przy otwartym oknie, w wyjątkowo zimną jak na sierpień noc, noc, czyli było ciemno, więc nie widział. Podobno chciała czuć zapach maciejek i słyszeć, jak cykają świerszcze, choć tego, czy tak się stało, że czuła i słyszała, też Jasio nie mógł powiedzieć, a jedynie że całą noc głaskał jej pierś, i był cały mokry od potu, i przerażony, jak sobie poradzić, by wyjść na mężczyznę. Powiedział, że zrobił to trzy razy, na co przesłuchujący go policjant powiedział, że chyba w rękę, bo na ciele dziewczyny nigdzie nie ma takich śladów, na co chłopiec w odpowiedzi zarumienił się jak nigdy dotąd a do oczu nabiegły mu łzy. Wracając do Klary, dzień po owej nocy znaleziono ją w pokoju martwą, a przeprowadzający sekcję lekarz stwierdził zawał serca i chorobę krwi. Nie odszukano natomiast w pokoju czaszki ani szczura, który miałby się w niej gnieździć.

Juliusz Łyskawa: Dziennik intymny Pop… Krokodylka

Koty

Ręcznik, kilka skarpetek, pasek frotte od szlafroka – tkam to ze sobą, zaciskam pętelki i wyrzucam przez balkon.
Koty z całego osiedla powoli wspinają się. Wspinają się cicho, z gracją, jeden po drugim. Ześlizgują się z balustrady i stają w rządki. Rudzielec ze sterczącymi uszkami przybył ostatni. Jest najmłodszy; widzę, że czuje się bardzo niepewnie. W jego przypadku, to będzie ten pierwszy raz. Zawsze jest jeden debiutant. Zawsze! Rudzielec zaczyna.
Debiutanci – nie wiem dlaczego, taki widocznie koci rytuał – używają liny. Kilka ruchów i jest już pętla. Inne koty obwiązują mu szyję, mrugają porozumiewawczo i dają znak. Rudzielec przełyka ślinę – za pierwszym razem wszystkie się boją, no bo przecież niewiadomo – wskakuje z powrotem na balustradę, patrzy niepewnie na mnie, na inne koty, na chodnik trzy piętra w dół… Przełamuje się, oddycha głębiej i… Skacze. Nieprzyjemne zgrzytnięcie łamanego kręgosłupa, dzikie miauknięcie. I cisza.
Martwe ciałko dynda na sznurze. Pozostałe koty uśmiechają się. Uśmiechają się tylko chwilę, po czym większość – poza nestorem – na jeden sygnał podrzyna sobie gardła własnymi pazurkami. Straszny bulgot rozchodzi się na całe osiedle, a ciepła krew wsiąka w moje kapcie. Kiedy ostatni kot wyzionie ducha, a obok stoi już tylko najstarszy, ciała zaczynają rozmazywać się – to jest dobre słowo. Obraz ich ciał rozmazuje się, aż w końcu znika. Wciągam z powrotem linę, na której nie ma już rudzielca. To trwa zawsze jakieś pięć minut zanim z dołu dobiegną pierwsze miauknięcia. Już zmartwychwstały, już mają nowe życia.

Najbardziej dumny jest rudzielec. To była jego pierwsza śmierć, jego inicjacja. Wszystkie koty podchodzą do niego i liżą po nosie, a on mruczy dumnie i wygina grzbiet.

Tego momentu najbardziej nie lubię. Ze mną został już tylko nestor. Czasem jest ich dwóch, czasem trzech, czasem jeden. Nigdy więcej niż trzech – nie wiem dlaczego – tak po prostu jest. Ale jeden – to jest najgorzej. Jeden to zawsze tragiczne. Nestor wie, że to właśnie koniec. Swoje przeżył. Swoich dziewięć żyć i osiem śmierci. Podziwiam jego godność. Majestatycznie wskakuje na barierkę; nie patrzy na mnie, nie patrzy w dół; spogląda na księżyc. Ostatnie spojrzenie na księżyc i spada. Zawsze mam nadzieje, że chodnik załatwi sprawę. Jeśli nie, jeśli po upadku nestor jeszcze będzie żył, inne koty rzucą się na niego i rozszarpią. I chociaż wiem, że czyniąc to, tak naprawdę chcą rozerwać śmierć, unicestwić ją, zgładzić – i tak nigdy nie mogę na to patrzeć; nigdy nie patrzę.
Po skoku nestora wracam do mieszkania, robię kawę i czekam kilka minut. Zaraz wrócę na balkon i nie zobaczę kotów. Zapalę papierosa, oprę się o ścianę i wyciągnę nowe krosno.

Muzy

Spacerowałem po parku – może to był balkon – a ponieważ pogoda była wspaniała, to znaczy śnieg nie rzucał się w oczy, ani w nic się nie rzucał, postanowiłem przysiąść i oddać się nikotynowej kontemplacji, rodzajowi dyskretnej zadumy wspaniale oddanemu na obrazie Konni Temkopla Tycjana, perle weneckiego renesansu, batalistyczno-hipokampowym malowidle przedstawiającym szarżę hetyckiej kawalerii palatynów pod dowództwem majordomusa Temkopladesa (723 – 658 r. p.n.e.) podczas odsieczy termopilskiej w wojnie z Trakami. Temat ten za czasów Tiziano Vecelliego podjął Szalony Ariosto w poemacie epickim La grande meditazione con nitem coplatiziana, zaś do rangi teorii ontologicznej podniósł trzysta lat później Schopenhauer, który niczym jardinero, jak mawiają Hiszpanie, poetycko-plastyczny korzeń, jaki w jałową glebę ludzkiego zwątpienia zapuścili włoscy wizjonerzy, przesadził w użyźniony pesymistyczną metafizyką woluntarystyczny grunt za sprawą zgrabnej eseistycznej dykteryjki pt. Die Parkoderbalkontollewetterschnee-nichtindenaugenkonnitemkoplatitziatone (Frankfurt, 1833).
Toteż postanowiwszy przysiąść, poszedłem o krok dalej i przysiadłem. Z razu poczułem nieprzyjemne mlaśnięcie na wysokości niewygodnej do wzmianki. (Aczkolwiek w chwili najsilniejszego wzburzenia nie omieszkam nadmienić.) W tym momencie akrylowy zapaszek wydał się znacznie bardziej zrozumiały. Nie zauważyłem tej pierdolonej karteczki: „Świeżo malowane”. Nie zdążyłem oszacować strat, a już nadbiegł rozgoryczony malarz wrzeszcząc: Panie, kurwa, o Jezu, cały dzień to malowałem, a pan ot tak zniszczyłeś!

Westchnąłem. (Westchnęliśmy.)
– Zniszczyłem od razu – byłem powiedziałem oddając intonacją powątpiewanie.
– Oczywiście, że tak. No niech pan tylko spojrzy!
Spojrzałem.
No cóż.
Naga piękna dupa (kobieta), jak z fotografii, i w miejscu twarzy moja dupa (dupa). (Niniejszym nie omieszkałem nadmienić.)
Milczałem.
– To był hiperrealistyczny akt. Pan mi usiadłeś na obraz! Za przeproszeniem dupa na twarzy?! Zniszczyłeś!!!
Zaniechałem milczenia.
– Drogi panie – rzekłem – to tylko sztuka. Czy zniszczyłem? Nie nam osądzać.
Błysnąłem zębem. Wprawdzie szlag wziął nikotynową kontemplację, ale poczułem się jak Andy Warhol. Pozostawiłem malarza sobie a muzom i poszedłem na zupę.

Błysk

Podczas krótkiego lotu – ręce zablokowane pralką, głowa swobodnie opadająca, opadając zahacza o umywalkę – spowodowanego banalnym poślizgnięciem się w wannie, nie miałem zbyt wiele czasu, aby o czymkolwiek myśleć. Świadomość upadku – a byłem zdecydowanie świadomy tego, co nieuniknione – ubrała się w strój kata i cięła myśli na pół. Gdyby chwila nie była chwilą, a pięcioma sekundami, być może bym myślał. O wannie, o miłości, o literaturze – nie wiem. W każdym razie chwila była tylko chwilą, a po niej był błysk.
Stoję przed łazienką, a mój pies wyje. Stoję, nie leżę, czyli wszystko ok. Mój pies wyje. Zamknij się, błagam cię, zamknij się. Mój pies wyje, a do wycia przyłącza się pies sąsiadów. Psy wyją. Nie mam ochoty na papierosa, nie mam ochoty na kawę. Brak ochoty na kawę i papierosa rozstraja mnie dodatkowo. Nie dość że wanna, to jeszcze negacja mojego małego, bezpiecznego hedonizmu. Pies wyje i biega niespokojnie. Powinna już rozboleć mnie głowa od tego wycia i wanny. Nie wyj, proszę cię. Jestem twoimi panem, proszę nie wyj. Próbuję go strzelić przez ogon, ale wymyka się jakoś dziwnie, przenika mi przez palce, ucieka wyjąc. Niech zdycha, ma szczęście. Pójdę zrobić kawę i zapalę papierosa. Pewnie na skutek upadku – on musiał być – popierdoliło mi się coś w głowie i wydaje mi się, że nie chcę kawy, nie chcę papierosa, wydaje mi się, że nie boli mnie głowa, bo coś się w niej popierdoliło.
Nie mogę złapać czajnika. Z moimi rękoma – wizualnie – wszystko w porządku. Mają palce, palce nie są złamane. Tylko nie zahaczają o kształt czajnika. Nie chwytają, chociaż bez czajnika, w powietrzu, jakby działały. Nie mogę złapać czajnika, nie mogę złapać papierosa. Nie mogę chwytać przedmiotów.
Nie mogę wejść do łazienki, bo nie mogę chwycić klamki. O!
Mogę włożyć rękę przez drzwi. Nie obok drzwi, przez szparę – nie, kurwa – przez drzwi! Moja dłoń przenika przez drzwi. O!
Mogę włożyć głowę przez drzwi. Moja głowa przenika przez drzwi. O… kurwa.
Moja głowa przeniknęła przez drzwi, z nią oczy i reszta – nos, usta – ale ważne tylko oczy. Patrzę. Przenikając przez drzwi łazienki, patrzę. Widzę. Widzę, że leżę.
To jednak prawda, że psy wyją, gdy coś zdechnie.
To nieprawda, że po śmierci nie ma nic.

Białe majteczki

A jeszcze zupełnie, zupełnie inny gość, zupełnie innego wieczora – wieczór był stanowczo późny za pięć trzecia w nocy jak na wieczór to stanowczo przesada, i padało małymi kropelkami na aluminiową folię, do której przywarł spalony tytoń – nie mógł się doczekać, aż wyjdą – zostało ich czworo – wcześniej wyszedł szachowy zwyrodnialec, adresat jego korespondencji, przyjaciel i te sprawy, który w zupełnie niedobrym momencie przeleciał pewną dziewczynę – no więc była u niego jeszcze właśnie ta dziewczyna, ze swoim byłym obecnym marnotrawnym gitarzystą, który wył smutne kawałki Lou Reeda i jeszcze smutniejszy kawałek Johnny’ego Casha, było jeszcze dwóch, jego brat grał w szachy ze stworzonym przez absurd, ku przestrodze normalnych śmiertelników pijakiem, i te wszystkie butelki po dobrej whisky i bardzo złym rumie i normalnej polskiej wódce walały się między jakimiś plastrami wzgardzonej sałaty, zgasłą fajką wodną, książkami, kostkami od gitary, a na tym wszystkim zasyfiony włosami psa stołek od pianina i sam pies czochrający się po całym pokoju – który właściwie był całym mieszkaniem, w którym mieszkał od pół roku ze swoją fortepianową blondwłosą zagwostką – teraz, gdy oni pili te niekończące się rozchodniaki, spała w nowym kostiumie zakupionym w towarzystwie pytań czy na pewno, czy nie za dużo kosztuje, tej ceremonii rozpaczania nad brakiem pieniędzy, kostium spływał po jej nagich ramionach, gdy zobaczył go w przebieralni wiedział, że musi go mieć, że ona musi go mieć, że on musi ją mieć teraz, zaraz, w tym kostiumie przed kamerami wyłapującymi supermarketowych złodziejów przemycających markowe skarpetki w stanikach, teraz leżała, a pod kostiumem te jej drobniutkie majteczki z białą falbanką, każącą mu się czuć jak jakiś pierdolony pedofil rżnący dziewczynkę podczas uroczystego obiadu z okazji jej pierwszej komunii świętej, te przezroczyste białe majteczki – żeby gdy wyjdą otworzyć pełen pedałów, czarnych aniołów i zwykłych lumpów bopowy strumień świadomości Kerouaca, który nie opisywał niczego innego, jak właśnie to, co działo się w tym małym mieszkanku od dobrych paru godzin, w wersji mniej księżycowej, bardziej warszawskiej, mniej jazzowej, bardziej rockowo-rozwydrzonej, bo zdecydowanie bardziej wolał przeczytać ten cały bajzel niż przeżywać.

Michalina Konieczna: To nie jest historia o czapce

Wszystko to zdarzyło się niedawno. Żadna impreza nigdy nie jest dawno. Więc tylko kilka dni temu. Gdzieś w Niemczech. O ile dobrze pamiętam: ulica Knooper Weg. Dom, kamienica, wąskie korytarze.
Było beznadziejnie. Ludzie poprzebierani za cudowne istoty z bajek, ale ja nie. Śnieg już wtedy nie padał, tylko leżał na ulicach i czekał. Szliśmy i czuliśmy zimno. Nikt nikogo nie trzymał za rękę, żadnej pary. Weszliśmy do mieszkania z dużymi pokojami gdzie, ale wszyscy stali na korytarzu. Bardzo wąskim. Mogły co prawda minąć się na nim dwie osoby, ale tylko pod warunkiem, że dotkną się, dajmy na to, ramionami. Mała była też kuchnia, połączona dziwnym zbiegiem okoliczności z łazienką, tam piliśmy, oparci o ściany. Nie wiedziałam gdzie jesteś, ale czułam że daleko. Potem nic się nie zmieniło, nie było słychać żadnej muzyki i światło paliło się cały czas. Rozmawialiśmy w dobrych humorach. Kurtkę położyłam od razu w tym pierwszym pokoju, tak niedbale na innych kurtkach. Tam też rzuciłam torebkę. Potem się o nią martwiłam, choć nic w niej nie było ważnego. Wiesz? Tylko korkociąg. Przeciskałam się jakoś przez korytarz, aby przynieść torebkę, wrócić do kuchni, do znajomych. Oni tam pili, wiesz? Wreszcie zrobiło się za dużo dymu. Za dużo, aby było przyjemnie. Poszłyśmy z B. na korytarz, stałyśmy z istotami z bajek, imitując kolejkę do łazienki. Kolejkę do łazienki, czy ty to rozumiesz? Toalety, bo toalecie była tylko toaleta. Znalazłam się w niej dwa razy. Za pierwszym razem sama. Nic ponadto. Nie było też, niestety, haczyka ni klucza od wewnątrz, dlatego po namyśle wyszłam z niej. Potem spróbowałam jeszcze raz, z obstawą. Czy do ciebie to dociera? Nie chciałabym, aby ktoś myślał, że chodzi o coś więcej ponad to, co mówię. Staliśmy tam długo i nikt się nami nie interesował. Obok cieszył się „łapacz duchów” – też była taka bajka. A ja zamiast przebrania miałam makijaż. Pomalowałam sobie oczy na niebiesko. Zajebisty niebieski to był. Wydawało mi się, że wyglądam ładnie. Koleżanka nałożyła mi grubą warstwę podkładu. I grubo doprawiła ją pudrem. Powiedziałam, choć tak nie myślałam, że jest ok. Ona chyba bardziej się na tym zna niż ja. Myślę, że to dobrze. Zakryć sobie tak mocno, mocno twarz. Gdy wychodziłyśmy, przyszedł Luigi, aby nas pożegnać. Przytulił bardzo po męsku i powiedział ciepłe słowa o imprezach letnich nad morzem, na plaży. Mnie już wtedy tu nie będzie. Poszłyśmy do domu. Zrobiło się jeszcze bardziej zimno, strasznie, mróz, śnieg i przemoknięte buty. Ale byłyśmy trochę pijane. Po drodze śmiałyśmy się z całego świata. Wiesz, muszę już kończyć. To przecież nic szczególnego.
Tam chyba została czapka, którą dała mi mama. Mojej mamie umarł mąż. Mój tata. Była zielona i miała dwie warstwy. Na wierzchu taka w dziurki, a pod spodem druga, cieplejsza. I teraz nie wiem, gdzie ona jest. Nie mogę jej znaleźć. Może wciąż gdzieś leży. Naprawdę ładnie w niej wyglądałam. Była to pierwsza czapka, w której wyglądałam ładnie. Mama na pewno spyta, gdzie ją podziałam. Ale jest jeszcze nadzieja, że ją znajdę. Wierzysz w to? Że jest jeszcze nadzieja?

O pożytku z podróżowania tramwajem

Krzyś przemierzał miasto wsłuchując się w rozbrykane dźwięki tramwaju numer 27.

Szyby wagonu obsypywały gęste krople kwietniowego deszczu. Miasto szczerzyło zęby feerią barw i reklam. Krzyś lubił czasem zanurzyć się w tym świecie. Przynajmniej od czasu, gdy udało mu się odpędzić Dzień Przymusowego Opuszczenia Mieszkania. Przez chwilę przypominał sobie ostatnią wizytę w Ośrodku Pomocy Społecznej.
- Chciałbym złożyć wniosek o dofinansowanie czynszu, bo grozi mi eksmisja.
- Ma już pan wyrok? – czujnie zapytała Urzędniczka.
- Tak, ale właściciel powiedział, że jeśli ureguluję czynsz, to będę mógł dalej mieszkać.
- Nie możemy opłacać pańskiego czynszu – nie jesteśmy do tego powołani. Ośrodek wspiera mieszkańców w najbardziej pilnych potrzebach. Kolejny wniosek o pomoc społeczną proszę złożyć tam, gdzie będzie pan mieszkał.
- Nie będę mieszkał, bo nie mam gdzie mieszkać.
- Jeżeli pan nie mieszka, to nie może pan prosić o pomoc.
- Mogę mieszkać jeżeli pomożecie mi w opłaceniu czynszu. Choć przez miesiąc.
- A wie pan ile rodzin czeka na pomoc?
Krzyś wyczuł aluzję oskarżenia. Oczyma wyobraźni ujrzał ciemne wnętrze sutereny z barłogiem pod ścianą. Przy stole siedział mężczyzna z głową opuszczoną na blacie. Pachniał tanim winem. Przy kuchence rozczochrana kobieta niemrawo kręciła łyżką w saganku. U jej stóp gromadka maluchów patrzyła na nią wyczekująco…

Nie tak wyobrażał sobie XXI wiek – kiedyś, w czasach szkolnych, gdy tonął w lekturach Science Fiction. Tamtego popołudnia wydarzyła się jeszcze rzecz niezrozumiała. Po bez mała trzech latach odezwał się telefon. Sympatyczny głos poinformował go, że galeria sprzedała większość grafik i poprosił o potwierdzenie numeru konta.

Tramwaj zaterkotał wesoło i uchylił drzwi na przystanku „Park”. Przenikliwy chłód kapryśnego popołudnia ogarnął przemoczoną kurtkę Krzysia. Ziiimno. Postanowił zastosować stary trik z „Gry w Klasy”. Tyle że w drugą stronę. Skoro Oliveira walcząc z oblepiającym upałem, potrafił sobie wmówić, że panuje mroźna zima, i to tak skutecznie, że złapał katar…Krzyś uśmiechnął się szeroko. Sądził, że tylko w duchu – już tyle razy wracał do tej sceny.
- No i z czego się pan tak śmieje? – ociekająca deszczówką dziewczyna mówiła z wyraźną pretensją.
Obładowana tubami, teczkami i torbami, najwyraźniej nie mogła sobie poradzić z umoszczeniem się na krzesełku. Nie była śmieszna. Zdecydowanie bardziej interesująca niż śmieszna. Zwłaszcza z tą iskierką złości w ciemnoniebieskiej źrenicy.
- Ależ nie śmieję się. Uśmiecham się do książek.
- Do tych, które noszę w sobie – wyjaśnił widząc, że dziewczyna nie bardzo wie o co mu chodzi.
- Aha – mruknęła.
- Może pomogę z tymi pakunkami – Krzyś wyciągnął rękę w kierunku ogromnej tuby, która aby, aby, a ześliznęłaby się pod kapiące obuwie współpasażerów.
Dziewczyna cofnęła się odruchowo odbierając tubie resztki szans na utrzymanie się w powietrzu.
- Moje grafiki – jęknęła. Usiłując złapać turlającą się własność, wysypała na podłogę pokaźną zawartość torebki.

Krzyś zanurkował pomiędzy nogi, buty, końcówki parasoli i krzesełka. Sprawnie zbierał drobiazgi. Od czasu do czasu wysuwał triumfalnie ku górze rękę ze zdobyczą. Nie zdawał sobie sprawy, że wędrując na czworakach oddala się w głąb wagonu. Kredki, pomadki, pudełka, puzderka, odcinki i wycinki, trzy telefony, klucze, widelec, tubki z farbami, śrubokręt – dziesiątki przedmiotów wędrowało taśmociągiem z dłoni pasażerów do właścicielki. Tylko turlająca się tuba z grafikami umykała podstępnie.
- Ludzie, ludzie, wspomóżcie ślepego – donośny głos rosłego, długowłosego
mężczyzny w długim płaszczu, przedarł się przez szmer rozmów telefonicznych i stukot kół. Szedł pewnie przez środek zatłoczonego wagonu wskazując wymownie na olbrzymią oprawkę okularów zakrywająca większą część twarzy. Jedno szkło było pęknięte, drugie całkowicie zakrywały krzyże z różowego plastra.
- Mam minus trzydzieści sześć dioptrii – zbieram na okulary. Pomóżcie proszę kalece.

Mężczyzna raczej nie wypadł zbyt wiarygodnie, gdyż jakoś nikt nie kwapił się z datkami. Pasażerowie rozstępowali się skwapliwie na boki. Krzyś wykorzystał nagle odzyskaną przestrzeń. Po chwili, zadowolony podawał Dziewczynie pojemnik z grafikami.
- Dziękuję, bardzo panu dziękuję – śmiała się coraz bardziej niepohamowanie.
- Grafiki, to pani grafiki. Też trochę zajmuję się grafiką .Amatorsko. Ale że co? Dlaczego pani się śmieje?
Wyglądało na to, że dziewczyna jest w jakimś szoku. Albo dostała zwyczajnej głupawki.
- Z pana się śmieję, z pana – powtórzyła figlarnie i podała mu małe, okrągłe lusterko
z kopią Giocondy na odwrocie.
No tak. Krzyś spojrzał na Krzysia. Wyprawa do Wnętrza Tramwaju pozostawiła na jego policzkach liczne i co tu dużo gadać, zabawne ślady.
- Pani jest artystką? – postanowił zignorować swoje zawstydzenie.
- Skończyłam Akademię, ale czy jestem artystką, to nie wiem. Jeszcze nigdy, nic nie sprzedałam.
- A ja kilka tygodni temu, cudem jakimś, moje amatorskie, za niezłe nawet pieniądze… Jestem Krzysztof. Krzyś może – jak kto woli. Ale to chyba ten bliższy ktoś… jak woli – plątał się
- Musisz mi opowiedzieć o tych swoich grafikach. Uzbieraj na dwie kawy w miłej knajpce i napisz mejla. Tutaj wysiadam. I mój adres w necie – Dziewczyna podała Krzysiowi zmięty i pachnący kartonik.
Znowu został sam.

- Mam uzbierać na kawę… ale dlaczego mam zbierać? Może to wyznawczyni zasady per aspera ad astra? Do gwiazd… banalne i wytarte, ale ładne. Radosne.
Tramwaj łagodnie lądował na przystanku Krzysia. Zrezygnowany deszcz kapał już tylko od niechcenia.

Mariusz Filip-Raniszewski

Ilustracje: Ilona Filip

Anna Wyrwik: Na tym rentgenie nie widać nawet nic

 

 

Nie wiem, czy jechał tam w konkretnym celu zatankowania samochodu, kupienia papierosów lub czegoś, czy może po prostu podróżował sobie ot tak, pusta droga, dla samego siebie, zadowolenia własnych myśli chcących, połechtania prawej nogi uwielbiającej naciskać na gaz. W każdym razie jechał, co było w owej chwili dla niego najważniejsze. Jechał wystukując palcami rytm muzyki, strzepując dym za drzwi w rytmie gitary muzyką wibrującej w nim od koniuszków palców po zniszczone końcówki niezadbanej fryzury, skręcał się przy tym niemiłosiernie jakby dźwięki saksofonu przechodziły przez jego wnętrzności, przymykając co chwila oczy przy bardziej wysokich nutach bez strachu
o wypadek, bo na tej trasie prócz niego nie było nikogo. Myślał o tym, co zostawił, do czego będzie musiał wrócić, ale z nadzieją, że inaczej. I co jakiś czas wypijał łyk puszkowego piwa nienajlepszej jakości, ale nie o jakość tu chodziło, a o sam fakt posiadania dużej ich ilości, jak zawsze w upale. Natura zmusiła go do szybkiego powrotu w rzeczywistość, upuszczenia papierosa, wywrócenia piwa i wciśnięcia z całej w pedał hamulca. Pies. Najzwyklejszy w świecie, bezdomny, może dziki, pies. Stanął przed maską, spojrzał wesoło, szczeknął i oddalił się, pewnie tam, gdzie one zawsze się oddalają.

Pies – pomyślał – zwykły, mały pies. Ilekroć widzimy zwierzę typu pies czy na przykład niedźwiadek, porównujemy i myślimy jak bardzo wielka różnica jest między takim psem bądź niedźwiadkiem a nami. I myślimy o wojnach, zabójstwach, kradzieżach i, jak to mówią, zbrodniach. I o oddaniu, przyjaźni, braku rzucania krzywdami na prawo i lewo. I wiemy, że przed nami myślało tak już wielu, setki, tysiące ludzi pisało, śpiewało, gadało o tym, że gówno jesteśmy nie zwierzęta, a my widząc takiego psa nie myślimy: acha, zwierzęta ludzie, okej, bo to wszystko już wiemy. Nie, my po raz kolejny, tymi samymi słowami, tymi samymi zdaniami, pewnie nieróżniącymi się od siebie niczym więcej niż parę przecinków i jakieś
a albo e, myślimy o tym samym, myśl po myśli, czyli… czyli może nie wszystko już było? Albo było, ale nie o to chodzi, a o to by przemyśleć sobie to dobrze jeszcze raz i jeszcze raz
o tym napisać, raz jeszcze zaśpiewać i choćby głośno powiedzieć.

Jechał dalej dobijając do dwusetki, bo nie lubił rozmieniać się na drobne. I takim to tokiem myślenia zajechał na stację benzynową. Od pustyni różniła się tylko obecnością budynku
i pojemnika z benzyną plus wąż. Zero żywej duszy, jak to się mawia bez wiedzy
o ewentualnych zaświatach. Zatankował i nie bił się z myślami, czy skoro właściciela brak, zapłacić. Postanowił zrobić to bezwarunkowo. Wszedł do budynku, który okazał się sklepem z paroma lodówkami piwa, wody i napojów, paczkami chipsów niechlujnie powywieszanymi na haczykach przy ścianie, stojakiem z okularami przeciwsłonecznymi o nazwach identycznych z nazwiskami gwiazd Hollywood i ladą, na której stała stara, fiskalna, czarna, a może szara, kasa. Położył przed nią banknot i udał się do wyjścia.

- Reszta! – usłyszał potężny ryk zza otwierających się drzwi toalety. Może byłby w stanie powiedzieć coś więcej o mężczyźnie, który krzyczał, ale był on na tyle duży i w śmierdzącej opiętej na brzuchu koszulce, że nie ryzykował zbyt długiej obserwacji.

Mężczyzna charknął, splunął w dłoń, wytarł zawartość o wnętrze kieszeni i usiadł za ladą.
Z głośników wytarabaniła się dyskotekowa muzyka lat osiemdziesiątych, a z sufitu zleciała papuga, która położyła na ladzie dwie monety reszty, po czym usiadła na ramieniu właściciela.

Stacji.

- Reszta – powiedział spokojniej i łagodniej mężczyzna. Włożył na nos delikatne okulary do czytania, zaślinił palec i przewróciła kartkę w encyklopedii litera G. – Nic więcej?

- Nie, chyba nie, a co mi jeszcze potrzebne?

Mężczyzna i papuga spojrzeli na siebie jak oczami ku niebiosom.

- Jeśli coś na G, to mogę poszperać. – Śmiech nie był jego walorem.

- Garnek, głowa, garbus, guma, cha! cha!, dużo jest rzeczy na G.

- Chodź – mężczyzna mlasnął i wskazał drzwi toalety.

- Do kibla?

- Do jakiego kibla?

- No na drzwiach jest kółko trójkąt, czytaj kibel.

- Czytasz figury geometryczne?

- Nie czytam figur, ale to symbole…

Zetknięcie wzroków papugi i mężczyzny powtórzyło się.

- Nie dzibdziaj się, tylko chodź.

 

Nie wiem, dlaczego zaryzykował, ale była to chyba ta nieodłączna, nierozerwalna i nie do opisania pokusa poznania dobra w sytuacji wyglądającej na nienajlepszą. Istotnie, za drzwiami kibla nie było, chyba że ktoś lubi załatwiać te, czyli fekalno-moczowe sprawy na schodach. Za drzwiami były schody. Ciemne z braku światła i długie z potrzeby dbania
o kondycję może, albo… tak się zastanawiał. Po parunastu schodach mężczyzna wyjął skądś latarkę i rozświetlił trochę sytuację. Trochę na tyle, by widać było głowę po prawej i trochę nie na tyle, by widać było stronę lewą. Rick wzdrygnął się i dalej już nie wiedział, co ma zrobić. Była to głowa dziewiętnastoletniej dziewczyny z południowej Dakoty, uczennicy szkoły tańca, fanatycznej miłośniczki Humphreya Bogarta, ukrywającej pod łóżkiem białe wino i noszącej sztywny czepek w momencie ścięcia.

Włosów.

Mężczyzna powtórzył sztuczkę z charknięciem pośrednio do kieszeni i szedł dalej jakby nigdy nic, a jednak coś, bo podrapał się w kark, na którym z powodu ciemności nie można było dojrzeć tatuażu.

- Ma pan tatuaż może… na karku?

- Pan to nie wiem, ja mam.

- Ładny.

- Ładny to nie wiem, na pewno jest męski.

- Pewnie też.

 

- Jak masz na imię Timothy?

- Rick.

- Nie wiem, co o tym myśleć.

- Ja wolę nie myśleć. Jeszcze wpadłbym w stany depresyjne.

- Tak myślisz?

- Trochę się obawiam.

- Zaryzykuj.

- Eee tam, wolę nie, wiesz jak to jest. Tu niby wszystko gra, a nagle zrobisz mały krok i noga w tartaku.

 

I tak przy pomocy rozmowy Rick nie zdążył obejrzeć się za plakatem nagiego Batmana, dzięki któremu mógłby odgadnąć tożsamość drania, i znalazł się w piwnicy będącej w tym przypadku salą dużą, zapajęczynioną z wysokim sufitem i wypełnioną meblami. Mężczyzna usiadł na fotelu, zapalił lampę i cygaro.

 

- Masz dziewczynę, Rick?

- Taką mam, ładna? – Rick wyjął z kieszeni małą laleczkę z KFC przedstawiającą dziewczęcą postać z kreskówki stworzonej komputerowo przy pomocy najnowszych technologii. Mężczyzna cmoknął, przymrużył oczy i zaczął robić miny tak trochę niepewne, trochę szydzące i pełne rozmyślań, jakby tu naprawić błędy ludzkości.

- A ty masz? – niepewnie spytał.

- Ja? – mężczyzna rozglądnął się po pomieszczeniu, pogłaskał papugę, spojrzał na swój wielki brzuch, podrapał się po kłującej brodzie prawie do krwi, powąchał koszulkę, po czym
z uśmiechem rzekł – Jasne, nawet dwie!

- Widziałem dzisiaj psa.

- Brawo! Dobry był?

- W czym?

- W graniu na kontrabasie…

- Nie wiem. Ale tak sobie pomyślałem, że zwierzęta to jednak…

- O nie, proszę cie! Tylko nie wyjeżdżaj mi z tymi porównaniami. Wystarczająco już się tego nasłuchałem, naczytałem, naoglądałem. Nawet nie chce mi się o tym myśleć. Wszystko jasne, sprawa zamknięta.

- Okej, sorry.

- W porządku, ale pilnuj się na przyszłość.

- Nie muszę, mam wykupione ubezpieczenie.

- Na ile?

- Nie jestem pewien. Jakieś dwieście tysięcy za wypadek podczas jazdy czy lotu i sto pięćdziesiąt za inny.

- Słabe.

- Ale z promocją na telefon i rachunki telefoniczne.

- Dużo dzwonisz?

- Nie.

- Ja też, nie można robić min.

- Można, jak się ma taki telefon specjalny z ekranikiem i…

- Ja to się w to nie chcę mieszać, dobra? Co ty, akwizytor jesteś?

- Nie, muzyk. Mogę ci pokazać, tylko skoczę do auta.

- Nie, no coś ty!

- Co?

- Nie idź do auta!

- Czemu?

- A co ja tu niby będę robił sam? Zwariowałeś chyba! Siadaj lepiej. Nie, nie tam, tam obok.
O właśnie, idealnie.

- Chciałem ci zagrać.

- Nie no bez sensu, nie słuchałbym.

 

Mężczyzna pokazał mu peryskop niczym na podwodnym okręcie, w którym obserwowali młodego obywatela Zimbabwe tankującego starego Pontiaca, zastanawiającego się nad tym, czy zapłacić, czy zwiać, decydującego się na zapłatę, wchodzącego do sklepu, kładącego banknot na ladzie.

 

- Wiesz, mnie się wydaje, że to jest tak, że każdy się na początku zastanawia, no bo wiadomo, niby nikogo nie ma, może można zaoszczędzić, może płacić bez sensu, ale potem, po tych kilometrach w samotności, myśli sobie, że może jednak ktoś tu jest i warto…

- Nie, no błagam cię, przestań!

- O co ci chodzi?

- No o nic, to jest oczywiste! Po co o tym mówisz?

- Tak chciałem się podzielić.

- Podziel się tym, że lampa świeci albo, że jest środa, jedno i to samo.

- Jest wtorek.

- To samo.

- Ja po prostu czasem mam potrzebę…

- Podoba ci się moja papuga?

- Jest ładna.

- Znasz jakiś inny przymiotnik niż ładna?

- Tak.

- Ok. Nie ma imienia.

- Kto?

- Papuga.

- W sumie po co jej imię.

- No pewnie, niepotrzebne.

- Nie dałeś temu facetowi reszty.

- Nie należała się, dał akurat.

 

Rick rozglądnął się po pomieszczeniu. Raz, drugi się rozglądnął, a za trzecim zauważył powieszoną na ścianie ludzką nogę ubraną w różową skarpetkę bez palców, z wymalowanymi w kolory tęczy paznokciami.

 

- Gdy widzę takie kolory to…

- Jasne, że zginął z marszu.

- Tak?

- Pewnie.

 

Nad drzwiami wisiał zielony garnek w pozycji poziomej, z którego bulgotało, a on bał się zapytać, a spojrzeć jeszcze bardziej, choć może to była zwykła potrawa, ale może też flaczki albo co gorsza zupa szczawiowa.

 

- Czy to są może flaczki albo co gorsza zupa szczawiowa? – zebrał się na odwagę.

- Spokojna głowa.

- Coś w stylu tej w czepku?

- Nie, bardziej spokojna, taka trochę w stylu kadeta marines po szkółce niedzielnej, z ojcem chowającym pod łóżkiem karty z gołymi parkami.

- Ja to nie lubię takich klimatów. Wtedy wszystko wygląda jakby umarło. Wielka pustka i śnieg. Wolę, kiedy wszystko kwitnie, jest zielone…

- Tylko mi się tu nie rozczulaj nad przyrodą. Nieważne i już.

- Wiesz, no ja czasem lubię posłuchać śpiewu ptaków, popatrzeć na malutkie żabki skaczące w stawie, czy tulipany…

- A ty muzyk jesteś czy ekolog?

- Muzyk.

- No to się tego trzymaj i nie gadaj bzdur jak nikczemnik.

- Postaram się. Coś bym jednak zapuścił, bo tak cicho…

- Zapuść brodę.

- Nie, dziewczyny tego nie lubią, ponoć kłuje.

- Tak się tylko mówi. To jedna z tych gadek w stylu „masz za małe stopy”, „nie zgadzamy się charakterologicznie”, „nigdy nie mogłabym być z chłopakiem czytającym do poduszki Demokryta” , „twoja matka uprawia rodzinny mobbing” i tak dalej.

- Może masz racje, ale małych stóp to mi nikt nie może zarzucić – wyciągnął z butów czterdziestki siódemki jak się patrzy, a jak odwraca, to cień jeszcze większy.

 

W tym momencie Ricka ogarnęła melancholia. Przypomniał sobie, że chce wrócić do domu, bo przecież każdy ma swój dom i on też ma takie miejsce na ziemi, które może nazwać domem,  i do którego pewnie nie wróci już ten sam, jak po każdym wyjściu, ale wróci i znów będzie mógł zagrać na trąbce skręcając się od tworzonych przez siebie samego dźwięków
i dając chwile radości ludziom zgromadzonym w knajpach i przydrożnych barach, którzy po całym dniu ciężkiej pracy, spierania się ze współpartnerami, wysłuchiwania w jedynej stacji radiowej tyrad polityków, mają tę jedną chwilę radości, tę jakże małą wobec wieczności godzinę wytchnienia, gdy słuchają muzyki wydobywającej się z trąbki Ricka. Łzy popłynęły mu z oczu, gdy tak myślał o pięknie tego świata, o kwitnących kwiatach, liściach zielonych od szczęścia dobierających się w pary orłów bielików, pieskach przechodzących przez jezdnię po pasach, by choć trochę ułatwić żywot mieszkańcom miast, wiewiórkach cichuteńko
w cieniu parków zajadających orzechy, miłosnych uniesieniach doprowadzających do czynów miłosiernych i szlachetnych, i o tych okropnych czynach współziomków siejących nienawiść
i zniszczenie, wojny i cynizm, przede wszystkim cynizm niepozwalający ujrzeć.

Nie pozwalający.

 

- Ricky – mlasnął mężczyzna. – A co ty tak się rozmarzyłeś, ee? Znowu ci jakieś głupoty
w głowie? Co, źle ci, tak? Źle na świecie? Ludzie źli? Niewrażliwi, tak? Niemili, nieczuli.  Rany, błagam cię, daj już temu spokój! Mażesz się jak stara betoniarka po deszczu nad rozlanym półtoraprocentowym. Aż mi się kieszeń z nożem otwiera, a wiesz co tam jest.

- Dobra, dobra, tak, wiem, już nie będę.

 

Tak siedzieli rozmyślając dobre dwie godziny, patrząc po sobie, na siebie i wokół, drapiąc się po włosach i nie żeby im to wzajemne milczenie jakkolwiek przeszkadzało.

 

- Tak siedzimy rozmyślając już dobre dwie godziny, patrzymy po sobie, na siebie
i wokół, drapiemy się po włosach i nie żeby mi to wzajemne milczenie jakkolwiek przeszkadzało, ale my tu gadu gadu, a jam cię niczym nie poczęstował.

- „Tum cię czekał.”

- Miętowa czy truskawkowa?

- Wiesz, zawsze wolałem raczej bezowocnie.

 

O ile on żuł po cichu i prawie niewidocznie, o tyle mężczyzna cmokał, mlaskał i wykonywał miny głośne co niemiara.

 

- A właściwie to jak ty masz na imię?

- No jak to? Timothy.

- Acha, no tak…

 

W tym momencie, choć dokładnie w którym tego zaaferowany poczęstunkiem nie zarejestrował, wszedł do pomieszczenia człowiek niski acz długi. Niski przez małą odległość jaka dzieliła go od podłogi i dużą między nim a sufitem, a wysoki przez długość ciała, które jednak z powodu permanentnego ukłonu uwieńczonego nad normę wygiętymi plecami sprawiało wrażenie bardziej pingpongisty niż koszykarza. Miał na szyi krawat w królicze łapki przymocowane taśmą izolacyjną, kolczyk w lewym uchu i tenisówki z napisem „nie deptać”. Szedł przez pomieszczenie, jakby czynił to codziennie o tej samej porze (na co wskazywały mrugnięcia prawym okiem na sekundę przed uderzeniem pełno-godzinnego zegara) od setek lat (na co wskazywała kronika Galla Anonima pod jego pachą prawą). Usiadł na stole, założył nogę na nogę i rozpoczął deklamację wypowiadając wyraźnie każde słowo, czyniąc pauzę po każdym wersie.

 

 

Odkręcony kran

Pstryknięta zapalniczka

Rozbita donica

Przekłuty balon

Rozpoczyna się

Niewiadomoczysiękończąca

wędrówka

 

 

Następnie wstał, ukłonił się, uderzył parę razy dłonią o dłoń uzyskując poklask, po czym usiadł przy stole i patrzył w okno, jakby czekał.

 

- Nie przejmuj się nim, często to robi w stosunku do obcych. Zaśmieca im głowę wybrykami
i potem tak się gapi godzinami, czekając na komentarz.

- Może więc pokuszę się?

- Nie kuś się, szatan wystarczające spustoszenie sieje na ziemskim padole.

- Myślisz, że w tym… jakby to nazwać… wystąpieniu był zawarty jakiś klucz?

- Nieee tam, klucz jest pod wycieraczką.

- Ale chodziło mi o klucz sens, taka metafora, wiesz…

- Naprawdę? – Mężczyzna spojrzał z papugą w sufit. – Aaa metafora, metafora może i jest, ja tam bym wolał mapę do skarbca, ale tego to mi akurat nie chce pokazać, tylko te krany
i krany.

- Mógłbym spróbować rozwikłać te, jak to mówisz, krany, może to jest swego rodzaju mapa.

- Nie. Popatrz. Ej ty tam! Deklamator! To jest mapa do skarbca?

- Nie.

- A masz mapę do skarbca?

- Tak.

- Pokażesz mi?

- Nie dzisiaj.

- No widzisz. I tak to właśnie wygląda.

- Myślisz, że można mu wierzyć?

- A wiesz, co to jest paradoks kłamcy?

- Wiem.

- Ja też.

- A ostrzałka trójkolista?

- Tak.

- Ja też.

 

W tym czasie deklamator przechadzał się z rękoma założonymi do tyłu, głową schyloną, co nikogo nie powinno dziwić i nie dziwiło, przyglądając się uważnie wszystkim przedmiotom i obwąchując rozmówców.

 

- Tak! – krzyknął w pewnym momencie, jednocześnie wskazując palcem w górę, a zaraz po tym jak obwąchał jego ramię. – Widzisz, co tu jest napisane? – Wskazał na buty.

- Tak, widzę: nie deptać.

- No właśnie. Nigdy nie waż się, ale żeby to nigdy a nigdy mi się nie zdarzyło, żebym zobaczył ciebie lub poczuł, jak depczesz te buty, żeby mi to było jasne, niech cię ręka boska broni, czy to jest jasne?

- Myślę, że tak, chociaż z tą ręką boską… Co, gdy nie wierzę…

- No proszę cie, przestań! Nie wierzysz to nie wierzysz, nie musimy chyba z tego powodu przez parę godzin wysłuchiwać historyjek o argumentach za i przeciw. Twoja sprawa, co
z tym robisz, ale dla nas nieważne. Nie musisz wierzyć w rękę… nieważne. Rozmawiamy
o kompletnych bzdurach a ja mam do ciebie, Rick, jedno podstawowe, fundamentalne, jedyne ważne teraz i zawsze pytanie: czy wierzysz w to, że człowiek może niechcący podczas tankowania wdechnąć benzynę w taki sposób, by przez godzinę być totalnie oszołomionym, wyobrażać sobie bóg wie co bez względu na to czy w niego wierzy, a w rzeczywistości prowadzić samochód, potrącić słuchacza Zetki, wyrzucić piwo do rzeki, wjechać w drzewo, cofnąć, być złapanym przez policję, od razu zgodzić się na mandat i wziąć na stopa Metysa, którego pasją jest jazda na quadzie i który mówi o tym od piętnastu minut i mówić będzie jeszcze przez najbliższe trzysta kilometrów?

- Nie.

- To spójrz za siebie.

Joanna Marat: Mediewistka

 „Czy jesteś Joanną H., tą z Krakowa? Pytam, bo brzmisz znajomo. Jeśli nie, to bardzo chciałbym cię poznać. Jestem o osiem godzin lotu stąd. Pozdrowienia. Xawery Stadnicki.”

Długo czekałam na kogoś takiego. Zmęczonego życiem na emigracji. Zmęczonego życiem w ogóle. Niestety nie jestem Joanną H., tą z Krakowa i na szczęście nie muszę napisać
ci prawdy o sobie. Pewnie nie chciałbyś ze mną rozmawiać. Przyjmijmy, że ja jestem Juana la Loca, dobrze? Na potrzeby naszej korespondencji wyciągnę z zakamarków mojego twardego dysku wspaniały kostium ze słów i z marzeń. Zaprojektowałam go jakiś czas temu. Teraz mogę go założyć i mieć nadzieję, że jeszcze się do mnie odezwiesz. Może wyda ci się, że jestem słodką blondynką o buzi dziecka? Intuicyjnie wyczuwam
w tobie kogoś, kto nie potrafi przejść obojętnie obok takiej blondynki, nieprawdaż? Długonogiej, nieco anorektycznej.

Joanna H., ta z Warszawy, jest posiadaczką nóg niezbyt długich, natomiast jej włosy wpadają w szlachetny odcień miedzi. Całości dopełniają okulary w grubych, rogowych oprawkach. Wybrała je z premedytacją, żeby postawić kropkę nad „i”. Żeby pogrążyć siebie jako kobietę ostatecznie i nieodwołalnie. I żeby nie było żadnych wątpliwości,
że ona nadaje się wyłącznie do celów naukowych. Bowiem Joanna H. oddała się mediewistyce z rozmysłem i po głębokim namyśle. Żeby na nic innego w jej życiu miejsca nie było. Wśród bibliotecznego kurzu przybywało jej lat i dioptrii. Pudełka
z fiszkami z coraz większą pewnością siebie rozpychały się po asystenckim pokoju, gdzie mieszkała od momentu ukończenia studiów historycznych. Z wyróżnieniem i nagrodą rektorską za rozprawę o królewskich itinerariach. W końcu sama musiała ustalić swoje itineraria, jako że w jej pokoju wszystko było nieporządkiem i nadmiarem.

Niewiele z tego nadmiaru wynikło. Zaledwie skończony pierwszy rozdział i zarys dwóch następnych. Pół życia na to poświęciła. I pewnie za to wylali ją z uczelni. Tak po prostu,
z dnia na dzień. Za te pół życia spędzone w bibliotekach. I za cztery dodatkowe dioptrie
i za to, że już nigdy nie będzie młoda i obiecująca.

I wtedy umarł stary H., jej ojciec. Z powodu niewydolności nerek. Całkowitej
i nieodwracalnej. Podobno to u nich rodzinne, ta niewydolność. Niekoniecznie nerek. Chociaż, kto to może wiedzieć, co jest, a co nie jest dziedziczne w rodzinie H.?

Joanna z całą pewnością była niewydolna. Nie rokująca żadnych nadziei na bycie
przy nadziei. Za stara nawet na to. Bez żadnego dorobku naukowego. Nie licząc paru artykułów. Po francusku. Nawet z akademika kazali jej się wynieść. Dobrze, że mogła zamieszkać w kawalerce starego H. Dwadzieścia siedem metrów. Za Żelazną Bramą.
Od świtu jazgot śmieciarek i gonitwy karaluchów. I dzieci. Też jazgot, gonitwy, bluzgi.
I tak do późnej nocy. Gdzieś tam został jej otwarty przewód doktorski o królewskich itinerariach i snach. A ona zamiast dokończyć to, co zaczęła przed laty, wpatruje się
w ekran komputera. Czatuje. Tylko nie wiadomo na co. Na kogo?

Ale tej nocy chyba jej się powiodło. Znalazła go. Ten mężczyzna brzmi ciekawiej,
a w każdym razie inaczej niż całe to stado buraków, cuchnących potem lub tanią wodą
po goleniu. To może jest ON. Ktoś, dla kogo można by oszaleć. A jeśli nie oszaleć
to przynajmniej poudawać, że jest się kimś innym. Nie Joanną H. z krótkimi nogami i bez doktoratu, lecz Joanną H., tą z Krakowa, która może stać się marzeniem każdego mężczyzny. Platynową blondynką. Drobnokościstą, dziewczęcą. Z buzią jak u anioła.
I z anielskimi włosami. A on niech się tego wszystkiego domyśla, niech się gubi
w domysłach. To znakomite zajęcie dla samotnego mężczyzny, który już nie jest młody.

Joanna H. odchodzi od komputera. Zaraz pójdzie do łazienki się umyć. Gdy zapali światło, karaluchy rozbiegną się po katach. Obrzydlistwo. Blokowisko. Późny gomułka, wczesny gierek. A może jedno i drugie. Nie, nie pójdzie do łazienki. Jeszcze nie teraz.
Za wcześnie. Najpierw napije się herbaty. Godzina zero dwadzieścia pięć. Ktoś wrzeszczy na korytarzu. To normalne. Wszak po to są korytarze, żeby wrzeszczeć i budzić niepokój samotnej kobiety. To pewnie jakieś małolaty narąbane. A może kogoś zarzynają? Pijany mąż pijaną żonę, na przykład. Trudno. Żelazną zasadą za Żelazną Bramą jest nie wtykać nosa w nie swoje sprawy. Ojciec nawet czajnika elektrycznego sobie nie kupił. Pewnie
ze skąpstwa. Postawiła wodę na gazie w starym, okopconym czajniku, który pamiętała
z dzieciństwa. Woda oligoceńska. Podobno wcale nie lepsza od tej z kranu.

Jeszcze raz spojrzała na monitor. Chciałby ją poznać. Tak napisał. Wolne żarty! Imię arystokratyczne albo pretensjonalne, albo jedno i drugie. W każdym razie inne. Szlachcic, arystokrata. Jak ci od itinerariów. Sztywni i wyniośli. Pełni pogardy dla motłochu. Właściciele latyfundiów i zamieszkujących tam ludzi. Panowie życia i śmierci. Możnowładcy.

I co z tego, że jesteś? Możesz sobie być i o dwadzieścia godzin lotu stąd, na końcu świata możesz przebywać. Z Aborygenami w Australii tańczyć możesz. Ale imię masz ładne, pasuje do nazwiska. I brzmisz ciekawie. Takiego brzmienia szukałam od dawna, prawdę mówiąc. I chyba znalazłam. U ciebie. Więc odpiszę na tego maila. Chociaż nie jestem pewna, czy powinnam. Bo ja nie mam w zwyczaju rozmawiać z nieznajomymi.
Mam zasady. I w zasadzie ich nie łamię. Zasady są potrzebne i wygodne. Żyć bez nich nie sposób.

Może już pójdzie spać. Dochodzi druga. Miasto uśpione, cisza. I tak o szóstej rano obudzi ją sąsiad, włączając radio na cały regulator. Przed snem powinna się umyć, a w łazience karaluchy. Zresztą wszędzie karaluchy. Przecież w tym bloku więcej jest karaluchów niż ludzi. Znacznie gorszych od karaluchów, trzeba przyznać.

Dość już tego, pora spać. Bez mycia. Żeby nie wchodzić do łazienki. Żeby nie widzieć robactwa. Żeby nie psuć sobie smaku. Karaluchy pod poduchy. Już mnie nie ma. Dobranoc, Książę.

„Bardzo jesteś pełna zasad, widać, że lubisz sobie zadawać trochę bólu w życiu.
Św Bernard z Clairvaux powiedział tak: ecce si vir cecidit per feminam, iam non erigitur nisi per feminam – Szukasz rozmowy z innymi i uciekasz. Nie wszyscy na świecie
są niebezpieczni, rozmowa nic nie znaczy, a czasem może pomóc. Xawery.”

Co chciałeś mi powiedzieć między wierszami, cytując św. Bernarda? Że wykształcony jesteś. To już wiem. I wiem jeszcze, że chcesz, żebym myślała, że szukasz pocieszenia.
W moich słowach, a nawet, kto wie, w ramionach moich. We mnie. Tak mam myśleć, choć przecież Bernardowi niezupełnie o ten rodzaj pocieszenia chodziło. Sentencja jest
o czym innym i tak się składa, że oboje wiemy, o czym. Ale ty chcesz, żebym pomyślała, że jakaś nieczuła kobieta cię skrzywdziła, a teraz ja mam ci pomóc powstać. A przecież dobrze wiesz, że to mnie potrzeba czułości. Męskiego ramienia. I że jestem łatwą zdobyczą. Masz ochotę się zabawić, tylko nie wiesz, czy warto. Prosisz mnie o zdjęcie. Więc dość już tej durnowatej korespondencji! A zdjęcie możesz sobie obejrzeć, jeśli tak
ci na tym zależy. Jest w Internecie, wystarczy dobrze poszukać. Ale odpowiadać na twoje maile nie będę. Farewell Xavier, farewell!

Tak, dość tego. Nie będę się uzależniać od jakiegoś podstarzałego amanta, co siedzi przy komputerze o osiem godzin lotu stąd i pozuje na intelektualistę, marząc o długonogiej blondynce, z którą mógłby się przespać, o ile jeszcze cokolwiek może w tej dziedzinie. Xawery S., lat pięćdziesiąt z hakiem. Możnowładca. Niech sobie popatrzy na jej zdjęcie. W internecie. Zrobione w zeszłym roku, na dorocznym zjeździe mediewistów w Leeds, gdzie była moderatorką jednego z warsztatów. W rogowych okularach, z włosami ostrzyżonymi krótko, na chłopaka. Niech popatrzy w jej ciemne, inteligentne oczy. Niech się domyśli, że nie ma długich nóg, że jest drobna, filigranowa, delikatna. Nie w jego typie.
Niech to wreszcie zobaczy i przestanie odpisywać na jej maile.

Zamiast z nadzieją wgapiać się w monitor, pójdzie teraz do łazienki, stawi czoła karaluchom, wejdzie do pokrytej rdzą wanny, weźmie prysznic. A potem zrobi sobie kawę. I wreszcie popracuje nad CV. I zadzwoni do matki – wariatki. Może nawet się
do niej wybierze, chociaż nie była w mieszkaniu swojej rodzicielki od lat. Ilu? Trudno powiedzieć. Wielu, zbyt wielu. Więc może jednak najpierw ulepszy CV, a potem
w nagrodę za poświęcenie i trud sprawdzi pocztę. Xawery pewnie jeszcze nie odebrał jej maila. I nie zobaczył zdjęcia w Internecie, jeszcze się łudzi, że kobieta, której właśnie zaczął zawracać głowę ma na tej głowie burzę wspaniałych blond loków i najwyżej dwadzieścia cztery lata na liczniku. Jeśli jednak już się obudził i przeczytał jej ostatni pożegnalny komunikat, a co gorsza zajrzał pod wskazany przez nią internetowy adres,
wie już wszystko. Wie, że jego korespondentka, nie jest warta uwagi. Bo nie ma już dwudziestu lat, blond czupryny i niebieskich oczu. Tylko ciemne, pełne powagi
i doświadczenia. To ostatnie najbardziej jej ciążyło. Doświadczenie. Ale także niedoświadczenie w sprawach wiadomych, na których się nie znała z powodów oczywistych. Login, hasło. I oto jest! Odpisał, mimo wszystko. Nie spodziewała się tego.

„Miła Joanno, dziękuję Ci za zaufanie i za zdjęcie – jesteś ładna, skupiona, podobasz
mi się. I nie żegnaj się, bo chciałbym się z Tobą zobaczyć za kilka miesięcy, kiedy będę
w Polsce. Odpisz proszę. Ściskam. Xawery”

Spotkanie za kilka miesięcy. Też coś. Żadnych spotkań nie przewiduję ani teraz,
ani za kilka miesięcy. Zaletą tej znajomości jest dystans, owe osiem godzin lotu, które łatwo zmienić na osiem tysięcy kilometrów, jak w baśniach z tysiąca i jednej nocy. Odległość nie do przebycia, nie do pokonania. I oto właśnie chodzi, żeby nigdy się
nie spotkać! Żadnych marzeń, panie Xawery, żadnych marzeń. A swoją drogą –
i ty mógłbyś jakieś zdjęcie nadesłać, co bym Cię mogła ujrzeć!

„Popatrzyłem jeszcze raz na Twoje zdjęcie dzisiaj – trzymasz głowę jak Primavera Boticellego. Kiedyś znałem kogoś, kto tak przechylał głowę…fajne zdjęcie. pa Xawery.”

Bezsenny zza Oceanu. Pisze, że nie może spać od lat. I jak tu porzucić taką korespondencję? No jak? Po prostu się nie da. Nie da się i już. A przecież powinna!
Z braku lepszego zajęcia napisze do niego kolejnego maila. Po co pisać jakieś bzdurne CV? Po co starać się o pracę w archiwum, po co
w ogóle pracować? Po co dzwonić do matki, która niczego od niej nie oczekuje. A tym bardziej ona od matki. Lepiej korespondować z bezsennym możnowładcą, który już chyba wyzbył się złudzeń w sprawie jej wyglądu.

Tamtego dnia napisała trzy maile pod rząd. Nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Ani słowa. Więc napisała po raz czwarty, pytając wprost i bez ogródek, czy aby jej korespondent,
nie jest trochę zmęczony odpowiadaniem na jej wołania o pomoc.

Nie jestem trochę zmęczony. Pierwszego dnia zawsze jestem bardzo, bardzo zmęczony
i nie jestem do cholery zmęczony odpowiadaniem na Twoje e-maile! Jak będę to Ci to napiszę. Teraz jest dziesiąta rano, spokój w pracy, przestaje mnie łupać w głowie i mogę trochę napisać. Przeuroczy chudeusz jesteś! Śliczny masz uśmiech. Bardziej podobałabyś mi się w długich włosach – nie wiem, to chyba taka atawistyczna macho preferencja. Dziś wieczorem dźwięknę tylko melatonin i zobaczymy, co będzie. Jest też taki trick (sposób number 35 a – urwać się z roboty i wystawiać twarz na słońce aż do spalenia – u nas słońce jest b. ostre), wtedy wydzielanie melatoniny naturalnej cofa się b. mocno
i organizm nie próbuje kompensować za nie wydzieloną noc, a wieczorem jest lepiej. Zrobiły mi się od tych praktyk ciemne plamy na nosie. Muszę przerwać cdn. za 20 minut…..pa”

Najważniejsze, że przysłałeś mi zdjęcie. Nie wyglądasz na swoje lata. Śliczny masz uśmiech, taki słoneczny, rozbrajający. Pewnie nie raz ratował Cię z opresji, ten uśmiech. A do tego włosy w kolorze miedzi. I czoło takie wysokie. To przez te włosy,
które uciekają coraz wyżej i wyżej. Tylko, dlaczego nie możesz się pogodzić z tym,
że łysiejesz? Dlaczego to maskujesz? Zaczesujesz. Robisz pożyczki. Przecież to śmieszne i nie w twoim stylu! A jednak chyba się zakocham. Po raz pierwszy w życiu. Właśnie dlatego, że masz słabości, nie tylko te, o których mówisz otwarcie, ale także te zaczesane. Bardzo mi kogoś przypominasz. Kogoś ważnego…

***

– Jedno jest pewne, to już nie potrwa długo – to banalne stwierdzenie profesora Jerzego Pączka zapadło Joannie w pamięć.

A przecież jeszcze tak niedawno grał w tenisa… Jednak widok małej poduszki
w łososiowej powłoczce w czarny rzucik pod głową ojca, był dla niej sygnałem, że to już naprawdę koniec. Ta powłoczka towarzyszyła mu przez całe życie, od momentu, gdy
w nie do końca jasnych okolicznościach pojawił się w domu Bronisławy Szabli na Woli. Łososiowa powłoczka pochodziła z czasów, które mało kto pamiętał. Była pocerowana
i wytarta, lecz ciągle trwała w rodzinie. Nikt nie ośmieliłby się jej wyrzucić ani podrzeć na szmaty. Bronisława Łągwa primo voto Szabla, po drugim mężu H., zawsze kładła
ją pod głowę chorym lub śmiertelnie przerażonym. Wtedy na początku 1943, lub może raczej pod koniec 1942 też ją wyjęła z bieliźniarki, by powlec małą poduszkę, dla chłopca o wystraszonych oczach, którego ktoś przyprowadził do jej mieszkania. Na przechowanie.

Czterdzieści lat później, pozbawiona włosów, niemalże zmumifikowana głowa Bronisławy H. spoczywała na poduszce obleczonej w łososiową powłoczkę.
Ale to jeszcze nie koniec historii. Całkiem niedawno stary H. poprosił swoją jedyną córkę Joannę o przysługę:

 Przynieś mi z domu małą poduszkę, w tej powłoczce, no wiesz…

– W której?

– Jak to w której, w tej różowej. Co za pytanie!

Teraz Joanna trzyma ją w szafie. Na specjalną okazję.

***

Dość tego mailowania! Przecież to już jest uzależnienie od humorów i nastrojów Bezsennego, który nie wiadomo dlaczego wciąż odpowiada na jej coraz bardziej niecierpliwe wezwania. Wbrew zwątpieniu i zniechęceniu w jej skrzynce
raz po raz pojawiają się wiadomości opatrzone prowokacyjnymi tytułami.

„Przytulam Cię czy tego chcesz, czy nie” albo „dziewczyna paryska” (to o niej!)
albo „Joanno, nie uciekaj czasem” (znowu do niej, ponieważ co jakiś czas żegnała się
z nim raz na zawsze) albo „Joanna trafia w sedno po raz pierwszy” (to o seksie),
albo „trzecie poważne pożegnanie” (po tym, jak po raz kolejny ogłosiła definitywne zerwanie raz na zawsze).

Nie pamiętała, żeby ją ktoś kiedyś przytulił. W rodzinie H. nie było takiego zwyczaju. Żadnych czułości. Co innego sprać dzieciaka po tyłku. Pasem. Albo po pysku
za pyskowanie. I jeszcze nawrzeszczeć. Trzasnąć drzwiami. To zdarzało się często.
Ale żeby przytulać, całować, głaskać po głowie ?! Na takie dziwactwa i niedorzeczności nie było zapotrzebowania. Piekło, czyściec, sąd ostateczny. Raju na ziemi, jak wiadomo, nie ma od dość dawna. O ile w ogóle kiedykolwiek był. Zdaniem matki nie było. Bo życie to piekło. Stary H. miał w tej kwestii nieco inne zdanie, ale kto by go tam słuchał?!

„I chudasie miły przestań w kółko przepraszać, że żyjesz – dzięki za zaufanie (e-mail
o przytulaniu). Przytulam Cię, bo mam dla Ciebie taki wirtualny rodzaj czułości. Dziś nie spałem – zaczyna się kolejna trzydniówka, jak u alkoholika. Będzie dobrze, ale jestem na razie tak zmęczony, że nie mam siły pisać. napp. więcej jutro, całuję X.”

Bezsenny zauroczył ją. Jego słowa miały niezwykłą moc. Słowa internetowego mężczyzny posmarowane były miodem, pachniały lawendą i macierzanką. I były skierowane do niej. Tylko do niej. Ciągle sprawdzała pocztę. Ale on w końcu zamilkł. Pewnie znudziły go te pożegnania, które domagały się czułości. A ona przestała jeść
i ze spaniem było coraz gorzej. Trzydniówka, jak u alkoholika. A może on jest alkoholikiem? Bezsennym alkoholikiem. Kochała bezsennego alkoholika, który gdzieś przepadł. Trzeba pójść wreszcie do matki. Stawić czoła, wrócić do rzeczywistości, skoro on już nie wróci. Nie wróci na pewno.

***

Matka otwiera drzwi niepewnie, powoli. Jest przestraszona. Z trudem poznaje Joannę.
W mieszkaniu cuchnie matczyną starością. Bałagan. Matka zaczyna się skarżyć. Znowu coś jej podrzucili. Dokumenty jakieś. W sprawie emerytury. Nie emerytury, tylko renty. Bo przecież emeryturę już jej zabrali. Rentę też zabrali. Jeśli jeszcze nie zabrali,
to wkrótce zabiorą. Zabiorą wszystko. Z pewnością. Bo to jest zbrodnia doskonała. Włamują się do jej mieszkania, gdy wychodzi po zakupy do sklepu, tego naprzeciwko.
I wtedy oni wchodzą i dokumenty podrzucają i fałszują. Dopisują różne rzeczy. Fałszują dokumenty, gdy nie ma jej w domu. Fałszują całe jej życie. Chcą zabrać mieszkanie,
jej mieszkanie. Już zabrali stare recenzje wycięte z gazet, które zbierała od początku swojej kariery aktorskiej. Chcą ją pozbawić nawet wspomnień. Przeszłości.
Żeby zapomniała wszystko. To pismo ze spółdzielni też sfałszowane. W spółdzielni zawsze fałszowali. Rachunki zawyżone przysyłali. A podsłuch to jej założyli w łazience podczas wymiany rur. To dlatego te rury tak często wymieniali, żeby zakładać podsłuchy, a potem zabrać się do fałszowania dokumentów. Dokumentów jej życia. Bardzo ważnych dokumentów. Ale tak naprawdę to oni mają zupełnie inny cel. Chcą mianowicie pozbawić ją życia. W białych rękawiczkach. Bez rozlewu krwi. Bez żadnych śladów. Zbrodnia doskonała. Nic dziwnego, że przestała wychodzić z domu. Nie robi już zakupów w sklepie naprzeciwko, nie mówiąc o chodzeniu do „Kwiryny”. Nie wychodzi, żeby nie mogli fałszować i podrzucać. I tak ciągle jej coś podrzucają, jakieś nowe dokumenty. I czają się pod drzwiami. Teraz pewnie też tam stoją. Tylko czekają, żeby wzięła leki i poszła spać. Wtedy wejdą. I znowu się zacznie. Będą wynosić różne ważne rzeczy. Zdjęcia
na przykład. Zabrali nawet zdjęcie z pierwszego roku PWST, to z Zelwerem. I zdjęcie jej matki, które wisiało zawsze nad łóżkiem. Ramkę zostawili, a zdjęcie zabrali. Indeks matki też pewnie ukradli, bo już od dawna nigdzie go nie ma. Za to podrzucają jej mnóstwo niepotrzebnych ulotek reklamowych. Z różnych banków. Kiedyś podrzucili jej w kopercie kartę kredytową. Chciała od razu wyrzucić tę kopertę, razem z kartą. Ale karta nagle zaczęła mrugać do niej takim ciepłym, pomarańczowym światłem. I poprosiła przymilnym, dziecięcym głosikiem: „Weź mnie”. Trudno się oprzeć prośbie dziecka, nieprawdaż? Przecież miała kiedyś dziecko. Córeczkę. Taką małą. Odprowadzała
ją do szkoły. Za rączkę. Taką małą, drobną. Więc cóż miała począć? Wzięła kartę. Zawsze nosi ją przy sobie w torebce, a w nocy wkłada pod poduszkę. Czasem nawet rozmawiają. Matka z tą kartą, co ma cienki, dziecięcy głosik. Rozmawiają po cichu, żeby nikt nie usłyszał. W nocy, gdy w mieszkaniu słychać szmery, szelesty i szepty fałszerzy, matka zagląda pod poduszkę. I wtedy karta mruga do niej przyjaźnie. Dzięki temu może zasnąć. Stracić na chwilę przytomność. Ale gdy zaśnie znowu ten hałas. To pewnie oni już się włamali do mieszkania i znowu czegoś szukają w jej papierach.

– Mamo, dlaczego jeszcze się nie ubrałaś?

– Kto to?

– Mamo, to ja, mówię do ciebie. Czy jesteś już gotowa?

– Niby na co mam być gotowa?

– Miałam cię zawieść do lekarza.

– Do jakiego lekarza? Tu żaden lekarz nie pomoże, ja już żywy trup jestem.

Nikt jej nie wierzy. Mają ją za wariatkę. Pod byle pretekstem próbują wywabić ją z domu. Wiadomo, czyja to robota! Przecież oni tylko na to czekają, żeby mieć swobodny dostęp do jej mieszkania. Jeśli stąd wyjdzie, to oni zabiorą całą resztę zdjęć. I nie wiadomo,
co w zamian podrzucą, co jeszcze sfałszują. I już nie będzie do czego wrócić. Jeśli Joanna jest dobrą córką, to powinna zrozumieć, że nie można zostawić pustego mieszkania. Matka zostanie tu do końca. Może coś uda się jej ocalić.

– Mamo zabiorę cię do siebie, nie możesz mieszkać sama.

– Nigdzie nie pójdę. Nie ruszę się stąd.

 A kiedy ostatnio jadłaś?

Po co ułatwiać im robotę? Przecież jeśli zacznie gotować, to będzie musiała wychodzić
po zakupy. A oni tylko na to czekają. Teraz się gdzieś pochowali, bo przyszła jej córka, ale jak tylko wyjdzie znowu będą się czaić pod drzwiami. I czekać, aż zaśnie, żeby wejść do mieszkania. Tego nie da się uniknąć. Oni już zawsze tu będą. Dopiero, jak on umrze,
to może sobie pójdą. A i to nie wiadomo. Ale nie teraz. Będą ją dręczyć do śmierci.

– Mamo, kim są oni?

– Po co zadawać takie pytania.

– Czy mają twarze, nazwiska?

– Nie wiem.

– Jak to nie wiesz ?! Przecież ciągle o nich mówisz.

***

W samotnym mieszkaniu za Żelazną Bramą było ciemno i zimno, ponieważ Joanna postanowiła oszczędzać energię. Żeby nie płacić takich horrendalnych rachunków i nie zbankrutować. Gdy weszła, poczuła dojmujący chłód. Zrezygnowana, od razu chciała położyć się do łóżka, żeby odpocząć, a może nawet zasnąć po tym męczącym popołudniu. I już się nie obudzić, przynajmniej do rana. Zauważyła jednak migotanie czerwonego światełka diody w telefonie. To pewnie znowu matka dzwoniła, żeby opowiedzieć
o podrzuconych dokumentach. Nie, nie pójdzie do niej. Nawet nie zadzwoni. Nie dziś.
Nie w tym stuleciu.

Usiadła do komputera i chciała napisać kolejny list – skargę do wirtualnego mężczyzny. Równie dobrze mogłaby pisać w zaświaty. Do ojca i do tych wszystkich, co ją na tym świecie samą zostawili. Nie, nie samą, tylko z matką-wariatką, co jest jak kula u nogi!

W skrzynce znalazła nową wiadomość.

 „Jestem z powrotem. Wirtualny rodzaj czułości to jest rodzaj czułości – wyrażany
za pomocą komputera, a nie dotyku czy głosu. Jest takie angielskie powiedzenia
dla głodnych i niecierpliwych: ALL GOOD THINGS TO THOSE WHO WAIT….a więc wait…Xawery”

 

Ryszard Lenc: Wybranka Mero

 Jak co roku po zakończeniu egzaminów maturalnych, gdy już ostatni abiturient opuści mury mojej szkoły (patrząc na nią z ulgą lub obrzydzeniem), gdy już podpiszę wszystkie protokoły i większość bardziej lub mniej potrzebnych kuratoryjnych sprawozdań (które sporządza C., mój nudny, ale solidny zastępca), biorę w rękę laskę, a w drugą parasol (jeśli na niebie kłębią się złowrogie chmury), do chlebaka wkładam małe składane krzesełko, czasem pelerynę, przygotowaną wcześniej kanapkę, butelkę wody, fajkę dobrze nabitą tytoniem, w końcu moją małą książeczkę, i ruszam starą ścieżką na drugi brzeg jeziora. Dotarcie na miejsce zajmuje mi ponad godzinę, muszę bowiem obejść wokoło stare, zarosłe zielskiem torfowisko. Popołudniowe słońce albo grzeje mocno, albo jest parno i zbiera się na deszcz, albo już pada; bywa też, że niebo cedzi ulewą. Niezależnie od pogody rozkładam turystyczny stołeczek i siadam u podnóża skarpy schodzącej stromo do dzikiej plaży nad małą zatoką, zarośniętą trzciną i tatarakiem. Wschodnia strona Wyspy Konwaliowej oddalona jest od brzegu jeziora o jakiś kilometr i jeśli mamy dobrą pogodę dobrze stąd widać rosnące na ostrowi stare dęby i sosny. Majowych konwalii niestety nie da się dojrzeć, chociaż łąka nad jeziorem ma tam delikatną żółto-różową barwę (są, są takie konwalie). Nad wodą krąży mnóstwo ptaków, gdy szczęście dopisuje, widzę siwe czaple, jak dostojnie przepływają w przywyspowym powietrzu. Zapalam fajkę (jeśli silnie wieje od jeziora, trwa to dłuższą chwilę), otwieram moją mocno już podniszczoną książeczkę, kartkuję ostrożnie i czytam parę stron, od czasu do czasu popatrując na piasek na plaży. Czy spodziewam się coś zobaczyć? Tamte ślady i żółte sandały na brzegu? Czasami odruchowo spoglądam przez prawe ramię, czy aby na szczycie skarpy nie pojawi się znienacka stary dom z kamienia. Nie zjawia się nigdy, oni zresztą też nie, co mnie specjalnie nie dziwi, choć wiem, że pamięć i wyobraźnia chętnie podsunęłyby mi parę zupełnie rzeczywistych obrazów. Tak spędzam godzinę lub dwie, fajka dopala się, słońce gaśnie, deszcz – jeśli był – przycicha, ptaki powracają na Wyspę i w szuwary, a ja wędruję do naszego miasteczka. I tak rok w rok o tej samej porze, z małą przerwą na czas studiów, służby wojskowej i krótkiej wędrówki po świecie. Rok w rok od tamtej wiosny.

 

    W liceum, które kiedyś kończyłem, uczę teraz literatury, od jakiegoś czasu rada miasta powierzyła mi także obowiązek przewodzenia naszej niewielkiej szkolnej społeczności. Wróciłem do naszego miasteczka po zaliczeniu kilku niezbyt udanych prób założenia gniazda w jednym z uniwersyteckich ośrodków. Powrót, choć z początku bolesny, nawet mnie specjalnie nie zdziwił; od tamtej wiosny wiedziałem, było to dla mnie absolutnie jasne, że prędzej czy później i tak mnie czeka.

    Gdy przed laty zdawałem ostatnie egzaminy maturalne, wcale przecież nie było dla mnie oczywiste, że pojadę gdzieś po dalszą naukę, że w ogóle stąd wyjadę. Podobnie jak ja myśleli moi szkolni koledzy: Rufus, Długi, Jaszczur, Janko Muzykant, Sewer, dwaj młodsi bracia Li oraz inni chłopcy z naszej paczki: Maks, Pepe i starsi z braci Li, wszyscy, którzy skończyli szkołę parę lat wcześniej i którym wcale dobrze wiodło się w naszej nieco sennej, nieco omszałej mieścinie. Pracy, nie nazbyt ciężkiej, było tu dość, letnicy co roku przyjeżdżali do domków nad jeziorem, więc i dziewczyn – przynajmniej w czasie wakacji – nie brakowało, okolica była przyjemna, darmowych ryb w jeziorze wciąż sporo, lasy jeszcze niezadeptane, łąki ciepłe i miękkie, ludzie spokojni i ustępujący dla świętego spokoju młodym z drogi. Takie też wydawało nam się życie w miasteczku – łatwe i przyjemne, choć czasami ­leniwe. Wymyślaliśmy więc często coś dla hecy, dla zabicia nudy, dla zgrywy; a to nocą rozwaliliśmy starej Żydówce straganiarce kram na targu (że niby wichura), tak że cały następny dzień musiała spędzić na doprowadzeniu budy do jakiego-takiego porządku, a to spaliliśmy wyliniałego psa złośliwemu dziadowi, który włóczył się po okolicy, ludzi zaczepiał i studnie brudził, a to wrzuciliśmy chciwemu grubemu aptekarzowi nadmuchane żaby za kontuar, a one pękały z hukiem jak granaty w ogniu, a to podrzuciliśmy szczura do okienka głupiej kioskarce, która młodzieży nie chciała sprzedawać papierosów, to znów przemądrzałemu księdzu dobrodziejowi zwinęliśmy z zakrystii i utopiliśmy w jeziorze wszystkie ornaty, gdy odprawiał pierwszą poranną mszę, to przymusiliśmy do tego i owego którąś nadto oporną i nadto dobrze wychowaną panienkę z kolonii nad jeziorem. Nie należy sądzić, że była z nas jakaś łobuzerka, chuliganeria, czy coś w tym rodzaju, że było w nas jakieś zło wcielone, nie. Mnie tego psa nawet było trochę żal, ale dziadyga zalazł ludziom za skórę i należała się – tak wówczas uważałem – skurwysynowi odpłata. Ksiądz był w sumie w porządku, ale za dużo na nas pokrzykiwał z ambony i – byłem wtedy pewien – przydała mu się taka niewielka nauczka. Chłopaki uczyły się przyzwoicie (tylko Sewer repetował czwartą klasę), a ja, Piotr Merowik, nawet zupełnie dobrze; rodziny mieliśmy porządne, domy i obejścia zadbane. Wszystko brało się z nudy i naszego kozackiego, może nadto okrutnego stylu. Dawaj rebiata, poguliajem. Tak to widziałem wtedy, tamtej wiosny, gdy po raz ostatni zamykały się za mną drzwi klasy, w której urzędowała Wysoka Komisja. Ukłoniłem się jeszcze w progu szarmancko paniom profesorkom, pokazałem im (gdy już nie mogły widzieć) wielce obraźliwy gest, zmiąłem w ręce zapisaną kartkę, wyrzuciłem do kosza obmierzły krawat, roztrzepałem ulizaną grzywkę. Jeszcze wyniki i już wakacje. Co robić  w  ż y c i u  dalej ­– nie interesowało mnie zupełnie.

 

Pierwszy zauważył ją Pepe, który zarabiał na bazarze sprzedawaniem jabłek. Po te jabłka, szampiony, koksy i kosztele, jeździł zdezelowanym roburem ojca do sadowników aż pod  granicę z sąsiednim okręgiem i zupełne nieźle na tym prostym interesie wychodził. Więc, jak wieczorem opowiadał z przejęciem w „Złotym Linie”, naszej ulubionej tawernie na przystani, przyjechała na rowerze tuż po otwarciu targowiska i położyła swój koszyk z rybami na jednym z wolnych jeszcze o tej porze stołów. Tuż koło jego kramu, tuż obok skrzynek  pachnących jabłkami. Usiadła na tym stole i zaczęła czytać. Gazetę? Nie, chyba jakąś książkę. Od czasu do czasu zachwalała swój towar, ale bardziej zajęta była czytaniem. Ryb – zdaje się – nie było za dużo, rozeszły się szybko i tyle ją Pepe widział. „To wszystko? I co w tym dziwnego? Bo to jedna dziewczyna handluje rybami na targu?” „Nie w tym rzecz, idioto, ona jest jakaś inna”. „Inna? Jak wygląda? Ma ogon i pazury, a ze ślepiów lecą jej iskry?”. „Nie, kretynie, jest inna i tyle. A twarzy nawet nie widziałem, bo nosi kaptur na głowie. Nawet nie wiem czy młoda, czy stara. I czy nie jakaś maszkara. Ale głos na miły”. „Miły głos! Chryste… No to trzeba ją sobie obejrzeć. A właściwie posłuchać. I – mówisz – że nigdy jej tu wcześniej nie było? Może jest z osady po drugiej stronie jeziora. Oni rzadko do nas zaglądają, mają swoje własne sprawy. To rzecz powszechnie wiadoma”.

Pepe lubił fantazjować, ale tym razem nie bujał zanadto. Rzeczywiście była jakaś dziwna. Obejrzeliśmy ją sobie już następnego ranka. Długi nawet próbował nawijać (Długi miał gadane, że hej!), ale nawet nie spojrzała na niego. Coś przecież ciągnęło nas do niej i zaczęliśmy obserwować dziewczynę z ukrycia. Najpierw ja, Długi i Jaszczur, potem dołączyli inni. Maks tylko nas wyśmiał, miał inny, zdecydowany, może nieco jednostronny pogląd w kwestii kobiet. „Nadajcie sprawie kryptonim: ‘dziewica jeziorna’, a jak już ugadacie, co i jak, możecie do mnie zadzwonić. Przyłączę się”.

Nieznajoma przyjeżdżała na targ prawie codziennie. Jej niewielki wiklinowy kosz wyłożony był liśćmi wierzby i przytroczony do bagażnika starej przerdzewiałej damki. Jak utrzymywała równowagę na tych wkołojeziornych wertepach, wiedziała tylko ona. Pewno większą część drogi szła, prowadząc swój rower. Ryb nie miała za dużo, zwykła drobnica, jakieś karasie, płotki, ukleje, kiełbiki, czasem trafił się okoń, czasem szczupak lub leszcz. Towar skromny i utarg niewielki. „Że też chce jej się pedałować taki kawał drogi, musi im bieda w osadzie doskwierać”. Ubrana zawsze tak samo, biała plisowana spódnica, biała kurtka z kapturem nasuniętym głęboko na twarz (kurtki nie zdejmowała nawet w ciepłe dni), spod którego wysuwał się kosmyk czarnych jak smoła włosów, na nogach żółte sandały. W koszyku zamknięta na holenderski kapsel butelka z grubego, ciemnego szkła, z wodą, może jakimś sokiem. No i ta książeczka. Zawsze taki sam, niezmienny rytuał: kosz i butelka na stół, rower prask na ziemię, ona na stół obok kosza, książka w rękę, głowa w książkę, twarz schowana pod kapturem, i co jakiś czas ciche, melodyjne: „Ryby, świeże, z dzisiejszego połowu, tanio”. Głos brzmiał jak igranie wiatru w liściach i gałęziach drzew rosnących przy targu i miało się wrażenie, że to drzewa sprzedają te ryby, nie ona. Z nikim nie rozmawiała, czasem tylko zdawało się, że czegoś nasłuchuje uważnie. Na nasze nieudolne szczeniackie zaczepki wzruszała ramionami i tylko głębiej chowała twarz w kapturze. „Jak ci na imię?” Cisza. „Jesteś z osady po drugiej stronie jeziora? Cisza. „Skąd te ryby? Łowi je twój ojciec, brat, a może twój chłopak?”. Cisza. „To jak, masz chłopaka?”. Cisza. „Po ile ten szczupak?” „Po trzydzieści za sztukę”. „A co pijesz z tej butelki?” „Rosę”. „Rosę??” Cisza.

Ogłoszono wyniki egzaminów (zdali wszyscy, a ja najlepiej), ale nas bardziej obchodziła tajemnicza dziewczyna z rybami. Chłopaków ogarnęła jakaś obsesja, mnie zaś dopadło najmocniej. Wyznaczyliśmy dyżury, kto, którego dnia, od której do której. Bracia Li usiłowali dziewczynę śledzić, raz i drugi, gdy wracała do domu, ale gubili ją już na skraju lasu. Nic z tego nie rozumieliśmy. Potem szedł za nią Jaszczur, ale zatrzymała się, zsiadła z roweru i tak długo tkwiła na poboczu drogi – oczywiście czytając tę swoją książeczkę – aż Jaszczurowi znudziła się ta zabawa w detektywa Gittesa.

I tak dzień po dniu. Czasem nachodziły nas wątpliwości, czy aby wszyscy nie ulegamy zbiorowej halucynacji. „Nauka zna takie przypadki. To wynik wkuwania po nocach i egzaminacyjnego stresu. Odreagowujemy, tworząc w zbiorowej podświadomości fantasmagoryczne zjawisko, które z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Ot, zwykła dziewucha, jakich wiele, może nawet dość zgrabna, tyle że typ samotnika i wyjątkowego dziwaka. Dziwaczki, bądźmy dokładni. Ale – moim zdaniem – warto popróbować”. „Z twojego uczonego bełkotu, Rufusie, wynika jedno. Za tydzień komers w naszej budzie, niech się dziewczyna określi, czy chce iść – a jeśli tak, to z kim – na naszą ostatnią szkolną zabawę. Zwycięzca stawia każdemu po pół metra piwa”.

 

      Tak, chętnie, ale pod jednym warunkiem. Z wszystkimi przecież nie pójdę, a żadnego z was tak naprawdę nie znam. Może tylko tego, który sprzedaje tu jabłka, ale on maturę zdawał już chyba dość dawno. Na imię mu: Pepe. No i znam jeszcze ciebie, wskazała na mnie, wołają cię „Mero”. To od imienia czy nazwiska? Kręcisz się tu bez przerwy. Też coś sprzedajesz na targu? – zsunęła kaptur z głowy.

    Jęknęliśmy, a Rufus przysiadł aż na stołku. Była bardzo, bardzo ładna, jej migdałowe oczy błyszczały spod wąskich łuków czarnych brwi (ja wiem jak to głupio brzmi, ale jej oczy były migdałowe, żadne inne), a kruczoczarne włosy okalały łagodny owal twarzy („łagodny owal twarzy”, o Jezu).

        A warunek jest taki, znacie tę książkę? – podała Sewerowi niewielki tomik, ten, który codziennie czytała. Zauważyłem, że tytuł wypisano złotymi literami. – Nie? Nikt z koleżeństwa? Ależ z was prześwietni znawcy literatury! W takim razie ten, który chce iść ze mną na zabawę, musi książkę zdobyć i oczywiście przeczytać. Macie czas do jutra.

    Siedzieliśmy na Rynku, przy fontannie z utopcem. Z okien magistratu spoglądał na nas burmistrz. Zawsze miał ten dziwny wyraz twarzy, gdy widział całą naszą paczkę.

    „Ja tam żadnej głupiej książki szukał nie będę. Ani tym bardziej czytał. Czytania mam dosyć na następną dekadę. Poza tym raczej nie jestem w jej typie. A tak naprawdę wolę blondynki” – dziobaty Długi, który stąpał twardo po ziemi, odpadł od razu. Popatrzyliśmy po sobie. A potem na burmistrza. Dla takich migdałowych oczu? Rano przy straganie z rybami stawiło się nas czterech. Ja, Rufus, Janko Muzykant i drugi brat Li. Każdy z nas dzierżył pod pachą egzemplarz książeczki. Jak każdemu z nas udało się ją zdobyć, było niepojęte. Fakt faktem, staliśmy tam w czwórkę i zaskoczeni liczną konkurencją spoglądaliśmy po sobie.

      Jak książka? Podobała się? Ale czterech to nadal za dużo. Jestem tylko jedna. Nie mogę iść na zabawę z czterema. Słońce świeci nad każdą kałużą, ale przecież jest jedno. Ale gdyby ktoś z was nauczył się paru fragmentów z tej książki na pamięć, on będzie tym, z którym wybiorę się w sobotę na bal. Na kiedy? Na jutro, a jakże. Czas pędzi, nie czeka, panowie.

    „Mam już tego dość. Wydałem pół stówy na tę książczynę. I teraz mam zakuwać na blachę? Jeszcze czego. Wiola pójdzie ze mną na komers, kobita aż nogami przebiera. Jak nie Wiolka, to ruda Marianna. Rzuciła mojego brata, więc jest wolna. A dajcież co zapalić”. Drugi brat Li znany był z powodzenia u miejscowych panienek. Janko Muzykant też się obruszył. „W głowie jej się przewraca. Cześć, ja pasuję. Idę poćwiczyć z kapelą. Przecież za parę dni mamy występ. Po co zresztą mam ciągnąć ze sobą babę, skoro całą noc będę grał?”. W ten sposób zostało nas dwóch: ja i wysoki, chudy Rufus.

    Następny poranek zastał nas obu na targowym placu, cierpliwie czekających na dziewczynę z wiklinowym koszem. Przyjechała – jak zwykle – bardzo wcześnie. Bazar budził się do życia, handlarze otwierali budy, stragany; zaspani, zdrętwiali powoli rozpakowywali torby, rozkładali towary na ladach.

      Brawo! Oto finał godny olimpijskich zawodów. Który pierwszy? Powiedz, podobało ci się, Rufusie? Którą część lubisz najbardziej? To mądra książka i bardzo dla mnie ważna. Czytam ją wciąż i wciąż, i ciągle znajduję tam coś nowego. Chciałabym, aby taka była i dla was. Hej, Rufusie, poczekaj. Rufusie!

    Dziewczyna roześmiała się głośno.

      Widzę, Mero – mogę tak do ciebie mówić? – że zostaliśmy sami. Czułam, że to będziesz ty. I wiesz co? Z przyjemnością pójdę z tobą na ten szkolny ubaw. Ale musimy się trochę poznać. Nawet nie wiesz, jak mi na imię. Powiem oczywiście, że powiem. Nie w tej chwili, ale już wkrótce. Wieczorem odnajdziesz mój dom na tamtym – wskazała ręką – brzegu jeziora, na skarpie nad małą zatoką. Nie obawiaj się, trafisz na pewno. Torfowisko obejdź z prawej strony, tylko uważaj – tam zdradliwe bagniska. Idź ścieżką i nie zbaczaj w las. Poznasz moich rodziców, ucieszą się bardzo. Widzisz, jesteśmy tradycyjną rodziną – muszą wiedzieć, z kim ich córka idzie, hm, na… bal. Jestem też strasznie ciekawa, co sądzisz o książeczce, której lekturę zadałam. Pewnie uważasz mnie za zwariowaną nudziarę?

    Spojrzała do koszyka, dziś leżał tam tylko jeden duży, tłusty karp.

      Był sobie syn króla smoka, który przyjął postać karpia, lecz został chwycony przez rybaka i wystawiony na sprzedaż na targu. Poradź mi, Mero, co mam zrobić z tą rybą? Sprzedać karpia czy wypuścić do jeziora? O, widzę z twych oczu, że mam mu zwrócić wolność – wsiadła na rower i już jej nie było.

 

    Dotarłem nad zatoczkę, gdy zapadał wieczór. Niebo było czyste, jasno świecił księżyc. Drugi, jego brat-bliźniak, spoglądał na mnie z wody. Na skarpie nad małą piaszczystą plażą stał murowany, nieduży dom. Dwoje starych ludzi, kobieta i mężczyzna, wyszło mi naprzeciw. „To pan jest Mero?” – mężczyzna, zapewne ojciec dziewczyny, wyciągnął do mnie rękę, a kobieta, pewno jej matka, patrzyła na mnie z uśmiechem. „Czekaliśmy na pana. Prawdę powiedziawszy, czekamy od dawna. Proszę wejść do środka” – stara kobieta wzięła mnie za rękę i poprowadziła za sobą. Wszedłem do małego, przytulnego pokoju, ale w pokoju nikogo nie było. Drzwi werandy prowadzącej nad jezioro były otwarte, w oknie, poruszana wiatrem, trzepotała firanka. Wyszedłem na zewnątrz. Na piasku, od skraja skarpy do jeziora biegły ślady stóp. Zsunąłem się ostrożnie na plażę. Spokojne, senne fale obmywały żółte sandały, leżące przy brzegu. Rozejrzałem się bezradnie. Spojrzałem przez ramię. Szczyt skarpy był pusty. Sitowie w zatoce szeleściło cicho.

 

    W lipcu zdałem egzamin na uniwersytet i po wakacjach pojechałem na studia; razem ze mną wyjechało z miasteczka kilku chłopaków: Rufus, Janko, bracia Li, inni też, nawet Długi. Wróciłem jednak tylko ja. W liceum, które przed laty kończyłem, uczę teraz literatury, nauczam właściwie tylko z tamtej książeczki, którą kiedyś czytała na targu dziewczyna z wiklinowym koszem. Jest w niej prawie wszystko, po co więc mam sięgać po inne lektury? Z tego co wiem, nikt teraz w aptece nadmuchanych żab za kontuar nie wrzuca.

 

***

 

Z cyklu Daimonia

 

Guanyin, chiński odpowiednik indyjskiego bodhisattwy Awalokiteśwary, „Obserwującego dźwięki świata”, przedstawiany w postaci kobiecej (japońska Kannon). Jeśli cierpiąca istota wypowie jej imię i gorliwie ją wezwie, G. usłyszy wezwanie i wybawi tę osobę od trosk i cierpienia.

Według legendy przytoczonej przez Josepha Campbella.

Ewelina Jarosz: Efekt Pinokia

– ..podobno „Pinokio” to najlepszy lumpeks w mieście. Mogę cię tam zabrać jeśli szukasz czegoś na wieczór.
 – Nie szukam. A co to za miasto?
 – Z.? Burmistrz, zanim został burmistrzem, podobno wygrał je w karty.
 – Ach tak. A jak się ludziom tam żyje?
 – Pomysłowo! Mają własne zagłębie sklepów takiego autoramentu oraz jeden, który mieści się poza zasięgiem zagłębia, na krańcu lokalnego Manhattanu.
 – Długo mnie nie musiałeś namawiać!W każdy poniedziałek na szybie witryny „Pinokia” pojawia się tekturowa strzałka z napisem „36 zł/kg” – znak firmowy nowej dostawy markowej odzieży zachodniej. Wtedy Eliza z najbardziej według niej reprezentacyjnych części garderoby komponuje konstelacje i przenosi je na dwa manekiny przypominające tarcze – męską i żeńską. Potem zapełnia ciuchami druciane wieszaki, jednak w nietypowy jak na chucholand sposób: zachowując sporą odległość pomiędzy jedną a drugą parą spodni, czy rozmieszczając swetry, bluzki i kurtki zgodnie z zasadą barwnego kontrastu, a nawet wzajemnego wykluczenia. Pośród mnóstwa kolorów, gatunków, materiałów, którym mimo naruszenia i nie pierwszej już świeżości organizuje się warunki dla pokazania własnej oryginalności, spojrzenie wytwarza rodzaj wizualnego napięcia, które umożliwia dostrzeżenie cechy jakiejś rzeczy bez zatracenia się w przeglądaniu towaru.

***

I znów był poniedziałek. Nataniel od kwadransa stał pod drzwiami, jak zwykle pierwszy w kolejce, lecz tym razem przed sklepem oprócz niego nikogo nie było.
Gdy go wpuszczono – punktualnie o 10 – od razu pognał pomiędzy wieszaki i nie zauważył nawet, że Eliza nie zdążyła jeszcze zapalić świateł. Panujący w środku lekki zaduch dopiero co rozpalonego kadzidełka o fiołkowym zapachu tylko rozjątrzył gorączkowe poszukiwania, które rozpoczął – bez rywalizacji – od najdalszego zakamarka sklepu.
Że coś mogło być inaczej niż zwykle, wcale nie zauważył. Na przykład z czterech stron wydzielona została ciasna przestrzeń ekspozycji, którą po skosie zatarasowano regałem, pozostawiając jedynie wąskie przejście. Nataniel przez ten właśnie przesmyk wpadł do środka i stamtąd taksował wzrokiem zawartość wieszaków. Lecz nie dostrzegł również, że znikła przestrzeń pomiędzy ubraniami i wszystkie zlewały się w szczelny gałgan bez jednego prześwitu.
Aż wreszcie zawołał nieśmiało „Elizo!”, lecz odpowiedziała mu cisza, a potem delikatny odgłos odpadającego pręcika popiołu.
***
Zanim Eliza rozpoczęła swą przygodę z filozofią – na rozmowie kwalifikacyjnej często podkreślała słowo „przygoda” – studiowała pedagogikę, lecz szybko poczuła się na tym kierunku zbyt rozwinięta intelektualnie. Dobrze, że wreszcie mogła poszerzać umysłowe horyzonty gdzie indziej! Do tego jej niebywały gust, wrodzona, mówiła, artystyczna smykałka, która ze zwykłego lumpeksu, gdzie rozpoczęła pracę na ćwierć etatu, szybko uczyniła nie tyle popularne, co pożądane miejsce o nieco artystycznej atmosferze.
Nataniela poznała stosunkowo niedawno, bo w te wakacje. Pewnego dnia usiadła wraz z nim na ławce na pomoście. Zaczął opowiadać ze szczegółami o odnowie elewacji Pałacu Ślubów w ich mieście. Mówił tak, jakby wiedział o czym mówi, żywo i plastycznie, pobudzając jej wyobraźnię do tego stopnia, że opisem gęstych i wysokich krzaków, które dawniej miały dookoła porastać Pałac, prawie nie pozostawiając przejść do ogrodu,  wywołał w niej nastrój, który natychmiast zaowocował obrazem: zobaczyła siebie brodzącą po kolana w morskim brzegu. Wszędzie pełno było stworzeń, a każde z nich różniło się od siebie kształtem, rozmiarem i barwą: stąpała pomiędzy krabem i śmigającym rekinem, złotą rybką i żyjątkiem nurkującym w piasku, a znad powierzchni wody na moment, jakby z obawy przed statkiem do połowów, wyłonił się foczy pyszczek. Gdy Nataniel mówił, a ona oglądała jego słowa, położyła dłoń na jego udzie i poczuła, że robi jej się gorąco od słonecznego żaru. Jak mogła zauważyć, że z drugiej strony na jego ramieniu położył rękę ukontentowany ojciec, który przez cały czas siedział obok.
***
Nataniel nie otrzymał odpowiedzi po zawołaniu o światło, wyciągnął więc rękę i w półmroku zaczął rozchylać ubrania i przywracać dystans pomiędzy nimi. Dotykał i oglądał przód jednej rzeczy oraz tył drugiej. W pewnym momencie zastopował, gdyż jego oczom ukazała się rozpinana bluza, którą skądś dobrze znał, lecz ta na wieszaku była jakby większa i z wyciągniętymi rękawami. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, że przecież taką bluzę miał w tej chwili na sobie – niebieską, w chmurki i z naszytą wiosenną gałęzią, która pod nie sięgała.
Chociaż wydzielała szczególnie okropny zapach i miała kilka niepokojących plam, nie mógł się nadziwić, więc ściągnął ją z wieszaka i poszedł do przymierzalni. Nie rozpiął, lecz włożył przez głowę, a potem stał i z uniesioną kurtyną grzywki spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Nie był zadowolony, zwłaszcza ze swojego czoła. Z przykrością zauważył, że począwszy od lewej skroni pokryło je mnóstwo groteskowych pryszczy, których rano nie było. Natychmiast je policzył: 14, a każdy z nich przypominał cycka zwieńczonego zaczerwienionym bąbelkiem, jak z obrazów Wasselmana, gdy malował kobiety. Jemu ten w miarę symetryczny wysyp – po dwa jeden nad drugim – przypominał dwurzędowy listek sporych tabletek, z tą różnicą, że pryszcze ciasno na siebie nachodziły, a skrajny nawet buńczucznie odstawał na bok i ku górze, wykrzywiając się i potężniejąc z ciasnoty.
A jednak postanowił wydrylować jednego, gdyż w przeciwnym razie nici z przyjęcia, nici ze spotkania z…Cher! Przyłożył dwa palce do największego, który puchł i mocno ścisnął. Wtedy stało się coś jeszcze straszniejszego: po rozszarpaniu bąbla w powierzchni czoła pojawiała wyrwa, drugi cycek, dosłownie, tyle że w głąb. Opuszek kciuka idealnie pasował do zagłębienia. Jak szybko dziura napełniła się krwią, zupełnie jakby była rytualnym naczyniem.
„Za późno już – westchnął Nataniel – ten mi powiedział sam: muszę być!”
***
Wetknięty w książkę fragment opowiadania napisanego przez Cher w dniu poprzedzającym złą dla niej wiadomość. Odsłuchała ją z sekretarki. Do mieszkania, jakie przejął po zmarłej babci urząd miasta, wprowadzi się para nowożeńców…

„On miał koszulę lekko rozpiętą – mniej było gorliwości z mej strony. Całował nie tak namiętnie jak zwykle, ale za to silniej, jakby próbował się w ten sposób dla mnie uobecnić. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Wtedy niemalże stopił się z murem, do którego został w swej kolejności przyparty. Gdy rozpięłam jego koszulę, moim oczom ukazały się kobiece piersi, którym i on się przyglądał. To był właśnie on i to on był właśnie, on! Rozpoznawał swoje małe kobiece, które rosły w naszych oczach. Tak wyraźnie spod ich skóry nie prześwitywało jeszcze liczne niebieskie żyłkowanie. Powyżej, dokładnie na środku i tuż pod szyją, miał również tarczę, jednak już nie herbową, lecz telefoniczną i to starego typu, że się wkłada palec i wykręca numer. Urocza była ta tarcza u niego, żadne tam jabłko Adama, ale wypustki, które przypominały…sama nie wiem, lecz były znacznie piękniejsze i w pewnej chwili rozmieszczone już na chybił trafił, coś karminowego wyrastało z pomiędzy nich… Taka była tarcza, gdy włożyłam swój język w jedno z jej ócz i zaczęłam wykręcać. W prawą stronę, po czym całość wymknęła mi się. Powtarzałam bez słowa, aż wybrałam numer w całości. A wtedy on ponumerował moją sukienkę inną barwą włóczki niż czerwona, zielona i żółta.”

***
W kanciapie dla pracowników „Pinokia” dziewczęca stopa toczyła po wykładzinie pusty pojemnik po „Mazolu”. Kupiła go w sklepie z środkami chemicznymi – coś jak spray odświeżający używaną odzież (pełno ich szefowa umieściła w szafie), ale nie tylko. Eliza splotła dłonie na brzuchu i patrzyła w ścianę przed sobą. Na stoliku kawowym siedział pluszowy św. Mikołaj i patrzył na nią. Obok leżała książka „Wstęp do filozofii”, którą obiecała sobie przeczytać – tym razem ze zrozumieniem i bez strachu, jaki wywołało w niej pierwsze podejście. Jednak jej obecne położenie nie pozwalało na lekturę.  Myśli miała rozproszone jak plamy sprayu, którym się przed chwilą irracjonalnie posłużyła i jedyną czynnością, w której mogła się pogrążyć było pocieranie stopą o „Mazol”, w tę i z powrotem, jakby to błąkanie – czy to już czas, aby wejść na stronę internetową i zarezerwować sobie miejsce w sanatorium z hollem dla palących? – miało przywrócić jej krążenie.
***
Przemowa Krzysztofa Z., burmistrza przecinającego wstęgę rozsnutą wzdłuż odrestaurowanej elewacji Pałacu Ślubów w Z., nieznacznie się opóźniała. Można było zaobserwować, że władze lokalne zainwestowały w przygotowania do uroczystego odsłonięcia ten rodzaj energii i zaangażowania, które pozwalały odebrać je jako wręczenie podarunku dla wszystkich. Chociaż doprawdy niewiele było widać samej elewacji – fakt, że była to boczna, wąska elewacja, którą trzeba było oglądać tylko z pewnego miejsca i pod pewnym kątem – tak wielu zgromadziło się tego dnia mieszkańców w całym ogrodzie, a gdy wreszcie przyjechała telewizja, ojciec Nataniela, mający po swej stronie proboszcza, ustawiając się tle Pałacu zwrócił się do kamer odurzony szczęściem:
„Od czasu, gdy jestem burmistrzem tego miasta, chronię je przed antyterrorystami, przepraszam, przed terrorystami. Dziś jednak nadeszła wiekopomna chwila, kiedy nic już nam nie grozi ze strony innych szkodników – tych, które żyją w materii mieszkalnej – i świętujemy ważne dla nas wydarzenie. Tak. Wspólnymi siłami udało nam się po żmudnych przygotowaniach i długich zmaganiach, pracując nierzadko w niesprzyjających warunkach pogodowych, ukończyć remont elewacji, a więc bocznej ściany zabytkowego Pałacu Ślubów. Właśnie następuje odsłonięcie części napisu na dekoracyjnym fryzie. Wybrałem go wraz z księdzem proboszczem.”
Stojąca za burmistrzem grupa młodzieży, z którą wymienił porozumiewawczy znak,  wtapiając swą figurę i w młodość (kamery wychwyciły moment, gdy z gracją zjednywał się z otoczeniem, a pominęły podobny do puszczenia oka pomylonego z zezem tik), pociągnęła z dwóch stron za sznury. Opadła udrapowana jak perizonium jasna tkanina, pod którą oczom zebranych ukazał się fragment całkiem do rzeczy:
„UPADNIJ NA KOLANA”
„Oddaję teraz głos księdzu proboszczowi. Poświęci on elewację budowli, w której gościć będą nasze dzieci. Jak wszyscy wiemy, proboszcz jest literatem. Z niecierpliwością oczekujemy na kilka przygotowanych przez niego słów.”
Gdy ksiądz przejmował mikrofon, wiatr trącił leżącą na trawniku tkaninę i zafalowała.
„Mamy XXI wiek. Jesień, czas spacerów i spokojnego szykowania się do zimy. Niezmiernie ciesząc się z powodu okoliczności, jaka nas tu zgromadziła, chciałbym jednak powiedzieć coś o liściach i guzikach. Ot, liście rosną na drzewach, a wczesną jesienią opadają na ziemię. Jesienne liście unoszą się ponad chodnikami, gdy ludzie wracają do swych domów. Mają już na sobie palta – w każdej chwili może spaść deszcz. A co w tych paltach? Fabrycznie umocowane guziki nie przeszkadzają im być w dobrych humorach! Tak, guziki z fabryki. Jak wiele ich widzę, gdy z przyjemnością przechadzam się wśród moich bliźnich. Jak symboliczne stają się przy człowieczym palcie. Komuś odpadł taki guzik od kieszeni i toczy się po ziemi – zachichotał –  wśród pożółkłych liści…lecz teraz nie musimy już spuszczać oczu, ponieważ miejscem, w którym będziemy się mijać, znów stanie się ogród przy Pałacu Ślubów. Zanim rozpocznie się remont fasady, z dumą spoglądając na bok będziemy…”
Wtedy z tłumu przedarł się na przód chłopak o smagłej twarzy i czarnej czuprynie, przerywając mowę proboszcza:
„A kto odremontował mieszkanie po mojej zmarłej babci, panie burmistrzu?”
„Charlie…złaź” z przodu próbowano powstrzymać znanego chuligana, o którym krążyły głosy, że nigdy nie stał się prawdziwym chłopcem, lecz ten nie dawał za wygraną i mocnym głosem, kontrastującym z delikatnością twarzy, powtórzył swoje pytanie.
„Jakie mieszkanie? O czym ty mówisz, smarkaczu?” zaatakował burmistrz.
„Zaraz się zacznie…” padło ostrzeżenie z ludu.
Charlie przejął od proboszcza megafon i zaśpiewał:
„Znacie to? Znacie? To śpiewamy:
Malowane na niebiesko okiennice,
Słoneczniki wyglądają na ulicę.
Na podwórzu kundel pręży się jak bury kot,
A Twe oczy tak się śmiały, gdy patrzyły wprost.

Ściany wybielone, okna wymienione,
Tapczany rozstawione już na sztorc
Żeby Ciebie spotkać w małym kącie świata,
Żeby z Tobą zostać na calutkie lata.”

Burmistrz, próbując ukryć zażenowanie i obrócić całe zajście w żart, zaczął klaskać, lecz wtedy Charlie przestał śpiewać i spojrzał mu prosto w oczy:
„A może chociaż wiesz, gdzie w tej chwili jest twój syn, bo ja nie!”
„Z dala od mojego syna!” warknął i już miał rzucić się na chłopaka z pięściami, gdy na ratunek pospieszył proboszcz.
„Drodzy mieszkańcy miasta. Postanowiłem odsłonić przed wami wielką tajemnicę, której aura unosi się nad niezbyt fortunnym spotkaniem naszego burmistrza z Charlim. Proszę cię drogi chłopcze, zejdź już z podium. Dziękujemy ci za występy. Ta piosenka ma w sobie coś, przyznam, momentami porywa. Lecz oto brakująca część napisu, jaki z Burmistrzem planowaliśmy umieścić na fryzie opasającym w przyszłości wyremontowaną fasadę. Podczas gdy pierwszą część bardziej wymyślił stojący obok mnie, autorem drugiej jestem już tylko ja sam. Niech zatem słowo i piękno znów ocalają!

…PRAWDA CIERNIEM JEST KORONOWANA!”
Widząc efekt, jaki ta część napisu wywarła na większości zebranych, gdy już słowa złożyły im się w przedwcześnie odsłoniętą całość, ksiądz postanowił skorzystać z ogólnego wzruszenia i zaprosił media do dalszego relacjonowania wydarzenia.
„Proszę, niech dziennikarze podejdą bliżej. Przeznaczone zostały dla was miejsca w pierwszym rzędzie. Niniejszym poświęcam elewację: bim-bam-bom. Chciałbym, aby wypowiedziała się teraz audiencja, gdyż bez jej zaufania i hojności, nie bylibyśmy w stanie oddać tak okazałej elewacji. Oni słuchali, a nie widzieli. Mogli pomyśleć, że idzie

o jakąś fałszywą fasadę, a nie pomyśleli.”
Charlie zginął pomiędzy tłoczącymi się do mikrofonu, prędko podawanego z ręki do ręki:
„No Matka Boża tu nas przyciąga i przyjeżdżamy do świętego Józefa, a dziś przyszliśmy zobaczyć Pałac Ślubów. I nawet nie patrzyliśmy na pogodę, tylko przyszliśmy, bo święty Józef czeka i Matka Boża pragnie nas i tutaj u siebie zgromadzić.”
„Słucham na okrągło, dzień i noc, modlitwy, różaniec, bo radio mówi prawdę.”
„Ja przyszłam też, bo tu jest nadzieja dla mojej córki, moje życie i nic więcej.”
„Nasz kraj jest taki, że tylko to radio nas tu trzyma i Matka Boska. Żeby nie radio, Polska by…byśmy tu nic nie wiedzieli. A rodzina to jest świętość. Nie żałuję!”
„Dużo otuchy, trzyma przy życiu! Przynajmniej można się czegoś dowiedzieć, odkąd zostało zlikwidowane radio Wolna Europa.”
„…to znaczy był okres, kiedy nie słuchałam. Ale teraz bardzo mi się spodobały audycje prowadzone przez siostry zakonne, audycje z młodzieżą, z dziećmi, co chwytały za serce. I po prostu od dłuższego czasu już szukałam okazji, żeby jakoś się włączyć, nawet prywatnie. Ale tak się złożyło, że zawsze coś wypadło, nie mniej jednak skorzystałam z okazji, że została zorganizowana al a pielgrzymka do Pałacu Ślubów.”
„Przyjść i zobaczyć co się tu robi, gdzie są nasze pie-nią-żki! Widzę, że super, no nie wiem, nie wiem. Uściskanie dłoni to jest za mało. To jest wszystko tak piękne, że nie ma słów! Cieszymy się, jeszcze Polska nie zginęła! Wszystkim, wszystkim serdeczne Bóg zapłać!”
***
Nataniel stracił w przymierzalni poczucie czasu. Gdy wyszedł z “Pinokia”, cisza wokół niego rwała nadal, a on nie czuł się najlepiej sam ze sobą. Już nawet nie chodziło o to, że wstydził się swojego wyglądu, co o dyskomfort, jaki doskwierał mu z powodu wielu drobnych zmyśleń, jakimi ostatnio posłużył się w obawie przed demaskacją czegoś, czego nie potrafił nazwać, a co było tylko dla niego. Myślał o Elizie i dochodził do wniosku, że przy jej wybujałej wyobraźni pewne rzeczy niepotrzebnie i zbyt lekko zostały powiedziane oraz o ojcu, który za bardzo na niego naciska. Myślał też o Cher. Chyba żadna z tych osób nie była mu szczególnie bliska, a nie odczuwali wobec niego żadnego dystansu. Projektowali na jego osobę co się dało. I jemu wszystkie możliwe wyobrażenia ciążyły w tej chwili od środka, szczelnie powstrzymywane przed ujściem przez dwie pstre bluzy.
Robiło się coraz chłodniej, więc przyspieszył kroku. Gdy dotarł na przystanek, jego wzrok przykuł czerwony napis na jednej z planszy rozkładów jazdy autobusów:
Ostatni nocny do Cher – przy czym litera „r” wyglądała jak podkręcona rzęsa. Była podwyższona w stosunku do reszty i częściowo wystawiona na podmuchy wiatru, który nagle się wzmógł. Poczynał sobie jak chciał, zwłaszcza liście ucierając w każdym kierunku.

 – Wybrałaś coś na dzisiejszy wieczór?
 – Wiesz ile mnie obchodzi dzisiejszy wieczór…
 – Spójrz, a może ta sukienka? Jest prosta, a z tyłu ma dość skomplikowane wiązanie. Trochę przetarta na rękawie. Co o niej myślisz?
 – Nie lubię eleganckich sukienek na sobie. Wolę powyciągane sweterki.
 – Lepiej konweniują z ekspresją twojej twarzy.
 – Już przestań…

Marcin Królik: Włosy

Mądrość ludowa powiada, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, i to z boku, żeby w razie czego łatwiej było wyciąć. Dorzućmy do tego kuferka kolejne odkrycie: z rodziną najlepiej spotykać się w Boże Narodzenie i zwijać manatki przed Sylwestrem. Trzymałem się tej złotej zasady, odkąd wyjechałem na studia. Potem wszczepiłem ją mojej żonie. Dzięki zaś żelaznej dyscyplinie, z jaką ją stosowaliśmy, stary dobry Cisów z jego barokowym kościołem, parkiem poprzecinanym wstążką rzeki i stanowiącym lokalną wszechnicę kultury klasycystycznym pałacem wciąż wydawał się nam godny powracania.

– Weźże, zgól tę wstrętną brodę! – wybuchła na powitanie moja droga i wielce tolerancyjna mamusia.

  Dziesięć lat temu identycznie było z włosami.

Pióra opadające na ramiona ciężkimi falistymi kaskadami udało mi się wyhodować po miesiącach wyrzeczeń. Nosiłem je z dumą niczym symbol mojej niezależności i wolności. Z zaciśniętymi zębami cierpiącego za słuszną sprawę męczennika wytrzymywałem niekończące się rodzinne lamenty, że niedługo zacznę wyglądać jak pospolity lump – jeden z tych leżących w krzakach, pokłutych igłami i wiecznie uwalonych kompotem z makowin ćpunów, którzy stali się istną plagą na naszej ulicy, kiedy byłem dzieckiem. Nie przekonywały ich tłumaczenia, że kompocik pani Lusi już dawno wyparły gandzie i kreski, a w ogóle współcześni kokainiści i morfiniści najczęściej noszą markowe ciuchy i strzygą się przeciętnie raz na miesiąc.

 Mój wspaniały pióropusz – był naprawdę dorodny i dbałem o niego jak o relikwię – straciłem przed studniówką, ale nie wskutek pedagogicznych zabiegów połączonych oddziałów mamy i babci, lecz dlatego, że założyłem się z kumplem.

– Założę się, że ich nie zetniesz – podpuszczał mnie Ziggi. – Stawiam dużą czekoladę, największą, jaką można kupić w tej pieprzonej dziurze.

Wyszedłem, a po godzinie wróciłem do niego obcięty jak pod linijkę. Ostrzygł mnie pewien dziwaczny gość – najprawdziwszy golarz, trochę grubawy, w białym fartuchu i z brzytwą. Jego zakład był jedynym, który wówczas kojarzyłem. Mieścił się w pasażu handlowo usługowym przy Mazowieckiej (głównej ulicy miasta) i wtłoczony pomiędzy sklep obuwniczy i salon z telefonami komórkowymi, które pod koniec lat dziewięćdziesiątych dopiero raczkowały, sprawiał obłędne wrażenie.

 Podobnie jak właściciel, który nazywał się Stanisław Miziołek, wyglądał jakby czas za jego drzwiami zatrzymał się na Gomółce albo późnym Gierku. Podłoga okryta szaro zieloną wykładziną, wybrzuszającą się na samym środku, brudno piaskowa lamperia, ogromna lada zawalona stertą fryzjerskich akcesoriów i czasopism, lustro poznaczone na krawędziach tłustymi smugami i przysadziste fotele, które nietrudno byłoby sobie wyobrazić w roli narzędzi tortur psychopaty – a to wszystko skąpane w zimnym blasku jarzeniówek. Dziś jakiś sprytny designer zapewne ochrzciłby ten wystrój mianem oldskulowo kultowego, ale wtedy przybytek pana Miziołka był po prostu syfiasty, a dzięki temu tani. Ale jednocześnie w jakiś przyjemnie szorstki sposób twardy, męski.

– Nie szkoda ci takich pięknych włosów, chłopcze? – zapytał, wiążąc mi pod szyją cuchnącą odczynnikami szmatę i odpalając elektryczną strzyżarkę.

A potem, gdy większość mej dumy ścieliła się wełnistymi kłębami wokół fotela, dodał:

–Dzielnieś to zniósł, bracie. Jednego razu jak jeszcze goliłem w jednostce, przyprowadzili mi chłopaki z żandarmerii takiego rekruta, co się kurewsko wyrywał. A jak już było po robocie, to się wziął i popłakał. To był jakiś tam hipis, pacyfista – diabli go wiedzą. Siłą go musieli do woja wlec. A ty przypadkiem nie jesteś hipis, co?

 – Nie.

  –To dobrze. To była, bracie, hołota, jakiej świat nie widział. Bród, smród i rozpusta. Łaziło to całe dnie schlane, zaćpane, nie pracowało… Że niby protestowali, o jakieś niby ideały walczyli. No – przejechał mi po głowie miotełką – to jesteś, bracie, facet jak ta lala. A jak maturę zdasz, będziesz mężczyzna pełnoetatowy.

Dzień przed pisemnymi znów go odwiedziłem. A potem przed wyjazdem na studia. Strzygł mnie też do ślubu. Robił się przy mnie gadatliwy. Najczęściej politykował. Piętrzące się na ladzie gazety to był głównie „Nasz Dziennik”, a ze stojącego obok nich radia sączył się katolicki głos z Torunia, toteż łatwo się domyślić kierunku, w jakim podążały jego poglądy, ale mnie to nie przeszkadzało – puszczałem jego diatryby o odżydzaniu parlamentu mimo uszu, potakując z grzeczności.

 Miał za to ciekawą, wywiedzioną z wojskowej praktyki filozofię glacy. Uważał, że przynajmniej raz do roku należy się ogolić na łyso – całkiem na zero, do gołej skóry. Potem włosy są zdrowsze i silniejsze, no i łupież się nie zalęga. Wypróbowałem jego metodę i spodobało mi się – znów ku rodzinnej zgrozie.

 – Najpierw Mojżesz, teraz bandyta! – żachnęła się matka, gdy przyjechałem na wakacje łysy jak buddyjski zakonnik.

 Na mieście starsze panie pierzchały przede mną jak przed zarazą.

 – Zmiłuj się, synciu – załamywała ręce babcia – już mówią, że taki byłeś dobry chłopak, do kościoła chodziłeś, nawet na księdza się miałeś szykować, a teraz zrobił się z ciebie pospolity skin.

 Rodzina – ani z nią, ani bez niej.

 – Nie zgolę brody – oświadczyłem stanowczo mojej żonie kilka godzin przed wigilijną wieczerzą.

Nie znosiła mojego zarostu, ale w ramach wypracowanego po długich i żmudnych negocjacjach kompromisu pozwalała mi zapuszczać brodę na jesień i zimę. Zresztą identyczne pertraktacje doprowadziły do uzyskania przeze mnie glejtu na golenie głowy i utrzymywanie jej w stanie lśniącej żarówy przez cały okres letni. O ile jednak do bezwłosowości z czasem się przyzwyczaiła, a wręcz zaczęła ją darzyć najpierw ostrożną, a potem czułą sympatią, o tyle brodę zaledwie tolerowała, skarżąc się, że przeszkadza w łóżku.

Nie przekonywała jej ideologia, jaką do kwestii zarostu dorobiłem. Za nic nie chciała słuchać o mistycznej transgresyjności doświadczenia przemiany wyglądu, ani o wiosennym pozbywaniu się brody jako wielkomiejskiej analogii do topienia marzanny. Z nadejściem września nasze życie łóżkowe ubożało o wszelkie elementy oralne. Teraz mając po swojej stronie babską koalicję postanowiła zerwać nasz kruchy pakt.

Zaczął się więc zmasowany desant lądowy.

– Przecież ty w ogóle nie umiesz o nią dbać. Rośnie ci jak chce. W ogóle jej nie skracasz, nie przycinasz. Trudno utrzymać ją w czystości, bo bez przerwy nurkujesz nią w jedzeniu. Nie jesteś zresztą stworzony do noszenia brody. Ona cię postarza. Masz bardzo ładną linię twarzy i nie musisz jej ukrywać.

 – A nie wydaję ci się bardziej męski? – podjąłem rozpaczliwą próbę ratowania swych okopów.

 – Męski? Chyba raczej niechlujny. Kochanie, proszę cię, zrób coś z tym. – I wreszcie ostateczny cios. – Zrobisz babci miły prezent na święta.

– Dobra – skapitulowałem. – Mogę się zgodzić na skrócenie.

– Na pewno zrobisz to krzywo. Powinieneś pójść do fryzjera, który zrobi to fachowo. Tylko wątpliwe, czy teraz jeszcze zdążysz. Chyba że spróbujesz u tego faceta, który strzygł cię do ślubu. Jak wracałam od bankomatu, widziałam, że jeszcze miał czynne.

Krytyk literacki zapewne skrzywiłby się w tym miejscu zniesmaczony i złajał mnie za zbyt proste, samo narzucające się rozwiązanie fabularne. Lecz żaden z nich nie ma pojęcia o kruchości, jaką zyskuje moje serce, gdy ta wspaniała, kochana dziewczyna patrzy na mnie w taki sposób, w jaki spojrzała wówczas.

 – W porządku. Idę.

Zmierzając do zakładu Miziołka, uprzytomniłem sobie nagle, jak ważne miejsce włosy oraz ludzie mający z nimi do czynienia zajmowali w moim dzieciństwie. Byłoby delikatną przesadą stwierdzić, że się wokół nich kręciło, niemniej stanowili jeden z jego filarów. I tak oto dobrnęliśmy w tej historii do momentu proustowskiego. W tej chwili pierwszoosobowy narrator, pomimo iż nie poczuł woni magdalenki umoczonej w herbacie lipowej, dryfuje w zamierzchłą przeszłość.

Tak więc sześcioletni, trzymając się mamusinej dłoni, wkraczam do przestronnego wnętrza pachnącego szamponami, farbami do włosów i lakierami utrwalającymi. Przez wysokie, czyste okna ukośnie wpada słoneczne światło i ścieli się ciepłymi plastrami na podłodze wyłożonej zielonym, wyszorowanym na wysoki połysk linoleum, tęczuje w krawędziach luster i okrywających szeroki kontuar szybach, pod którymi tkwią barwne zdjęcia najmodniejszych fryzur. Obok nich leżą gazety – nie żadne tam „Trybuny Ludu”, „Nowe Wsie” ani „Przyjaciółki”, tylko oryginalne wydania „Elle” i „Vogue’a” o śliskich, połyskujących lepszym światem okładkach, z których bielutkimi zębami uśmiechają się do mnie opalone, nieziemsko piękne kobiety i muskularni mężczyźni o wydatnie zarysowanych kościach policzkowych, jasnych oczach i w obcisłych ubraniach, których u nas nie można prawdopodobnie kupić nawet w położonej w centrum galerii.

Kierujemy się do drugiego, mniejszego pomieszczenia, do którego wchodzi się po trzech stopniach. Dopiero tu objawia się prawdziwy luksus. Tu jest królestwo pań spoczywających nieruchomo i sennie, w pozycji półleżącej pod przypominającymi dzwony suszarkami. Tu urzęduje szef, którego boją się wszystkie pracujące w zakładzie dziewczyny i przemykają między klientkami bezgłośnie jak uzbrojone w lokówki duchy.

 Szef – niski, krępy mężczyzna o małych, ruchliwych oczkach prywaciarza – wita nas osobiście.

 –Jak pan sobie dziś życzy? – zwraca się do mnie.

  –Na jeża – odpowiadam.

  –Słusznie, słusznie. To idealna fryzura na lato. Zapraszam na fotel.

 Przeważnie strzyże mnie on sam, jego żona, bądź najstarsza córka. Nie wracamy do dużej sali – zawsze jestem obsługiwany właśnie tutaj, wśród dyskretnych młodych fryzjerek, szumu suszarek i kobiecych pogaduszek. Podczas gdy mama siedząc w kącie przy oddzielającej oba pomieszczenia kotarze przegląda jedno z tych zagranicznych czasopism, szef błyskawicznie obskakuje mi głowę nożyczkami i grzebieniem, w międzyczasie gawędząc ze mną o planach moich lotów w kosmos.

Nazywa się Bogdan Popławski i jest jedynym bogatym człowiekiem, jakiego znam. Zakład znajduje się na tyłach jego domu – wspaniałego, piętrowego, z dużymi widnymi pokojami, tarasem, ogrodem i wystawionym ku niebu talerzem anteny satelitarnej. Do domu można się dostać bezpośrednio stąd, schodami ukrytymi za kolejną kotarą z kolorowych frędzli. Czasem tam gościmy.

 Popławscy to dobrzy znajomi babci. Babcia ma piękne grube gęste włosy sięgające do pasa, ale odkąd rejestruje moja pamięć, nosi je upięte w okazały ciężki kok podtrzymywany niewyobrażalną ilością wsuwek i dodatkowo wzmocniony lakierem. Niektóre pasma skręcają się w kółeczka i ślimaczki i, żeby tej wspaniałości nie popsuć, zawsze śpi w chustce. Kilka razy do roku – zwykle w okolicy świąt lub imienin – chodzi do Popławskich, a pan Bogdan lub jego żona, która ma na imię Bogumiła (Bogusia), rozczesują to niesamowite dzieło sztuki, myją uwolnione włosy, poddają je jeszcze jakimś innym czarodziejskim zabiegom odżywiającym, a następnie na powrót zaplatają.

 Popławscy też składają nam wizyty. Przychodzą na imieniny babci lub dziadka i są kluczowymi gośćmi. Pan Bogdan – jowialny, ruchliwy i zawsze w swetrze w serek – jest duszą towarzystwa, ale gdy kończy jeść, nie ma siły zdolnej zatrzymać go za stołem. Ostatni kęs jaja w majonezie lub kiełbasy to znak dla jego żony, że pora zacząć się żegnać. Lubię ich córki – o najstarszej, tej która niekiedy mnie strzyże, mówi się, że ma włoskiego narzeczonego, a średnia, starsza ode mnie o sześć lat, nigdy się ze mną nie nudzi.

Pan Bogdan jest niezniszczalny – nie jest go w stanie pokonać nawet poważny wypadek samochodowy, który przydarzył mu się, gdy wracał w ulewnym deszczu z jakichś targów dla fryzjerów. Pani Bogusia mówiła potem, że w chwili, gdy to się stało, zmywała naczynia i talerz, który akurat zamierzała wytrzeć, wypadł jej z rąk i stłukł się w drobny mak. Przez pierwsze dni nie było wiadomo, czy w ogóle przeżyje. Zagrożenie jednak w końcu minęło, ale w szpitalu leżał prawie pół roku. Po powrocie, z powodu niesprawnej ręki, której nie dało się już w pełni przywrócić do funkcjonowania, przestał strzyc i ograniczył się – ku boleści pracujących u niego fryzjerek – do skrupulatniejszego niż kiedykolwiek dotychczas zarządzania. Ale mimo wszystko trwał na tronie niekwestionowanego króla cyrulików.

Trwa na nim do dziś. Choć przez te lata Cisów się rozwinął – jak grzyby po deszczu powyrastały salony piękności, kluby fitness, siłownie i gabinety masażu – prestiż Popławskich, jako pionierów stylizacji pozostał nienaruszony. Król i królowa wprawdzie przeszli już w stan spoczynku, ale ich zakład przejęła najstarsza córka, która – z tego co wiem –  nie wyszła jednak za wymarzonego Italiano. Średnia otworzyła własny salon. Moja żona raz robiła sobie u niej balejaż i była zachwycona.

 No, tośmy się zapędzili. Pora wracać do głównej linii fabuły.

 Tamtego popołudnia Stanisław Miziołek rzeczywiście miał jeszcze otwarte. W otoczeniu migoczących świąteczną komercją witryn jego interes z oknem zasłoniętym poszarzałą firanką wyglądał jak antyteza postępu i apoteoza przeszłości – niezmienny w czasie jak wzorzec metra, ale przez to coraz bardziej cofający się w mrok. Ząb, który dentysta zapomniał oczyścić przy zabiegu wybielania, świat, który się posunął – w niewłaściwym kierunku.

W środku było prawie ciemno. Stary zapomniał włączyć nieśmiertelne jarzeniówki. Katolicki głos z Torunia podawał serwis informacyjny. Miziołka zobaczyłem w fotelu – tym samym, na którym w ubiegłym tysiącleciu straciłem włosy. Na wpół leżał z głową na piersiach. Nie zareagował na dźwięk dzwonka nad drzwiami.

 –Halo, klient przyszedł! – zawołałem.

  Żadnej reakcji.

 Zbliżyłem się, spodziewając się, że gdy go dotknę, będzie zimny i sztywny jak stara chomiczka, którą kiedyś miałem i pozwoliłem jej umrzeć samotnie w akademiku. Mimo obawy trąciłem go w łokieć. Był ciepły, ale nadal się nie ruszał. Delikatnie szarpnąłem go za ramię. Podskoczył. Głowa ociężale wróciła w pion. W mroku ledwie rozpoznawałem jego twarz, ale wyraźnie zobaczyłem nitkę śliny połyskującą na brodzie.

 –Już, już – wybełkotał nieprzytomnie – już jestem…

 Odniosłem wrażenie, że mnie nie poznał. Powlókł się do włącznika, szurając butami i ocierając rękawem ślinę.

– O, a kogo to my widzimy? – udał radość, gdy wnętrze rozbłysło. – Dawno cię, bracie, nie było w rodzinnym mieście.

 Usadził mnie w fotelu, po czym rozpoczął jeden ze swoich wykładów o owłosieniu – tym razem poświęcony właściwej pielęgnacji brody. Przyciął ją i wyrównał, nie przestając tokować już to o charakterze, jaki zarost nadaje mężczyźnie, już o aferze hazardowej i komisji śledczej, a niekiedy wtrącając pytanie o mnie, choć nie wyglądał, jakby zależało mu na odpowiedzi.

 I nagle pamięć znów cofnęła mnie w przeszłość.

 Ponownie znalazłem się w domu Popławskich, rok lub dwa po wypadku pana Bogdana. Był przyjemny letni wieczór, babcia gawędziła z nimi w ogrodzie, a ja poszedłem obejrzeć wrak poloneza, który nie wiadomo po co zholowali właśnie tu, zamiast po prostu oddać na złomowisko. Stał przed garażem. Właściwie była to tylko pusta skorupa karoserii, całą resztę – silnik, siedzenia, tapicerkę, a nawet deskę rozdzielczą i kierownicę – wymontowano. Przód był doszczętnie zmasakrowany, a dach od strony kierowcy – wgięty do środka. Pamiętam, że gapiłem się na to motoryzacyjne truchło jak w hipnozie, przejęty kamienną, lodowatą grozą, której moja dziecięca dusza jeszcze nie rozumiała.

– Wracamy! – zawołała za moimi plecami babcia.

 – Gotowe – zameldował raźno Stanisław Miziołek. – Od razu, bracie, inna twarz. Przejrzyj się i sam powiedz.

 – Faktycznie – przyznałem szczerze zachwycony rezultatami.

– Broda to, bracie, odpowiedzialność. – Odłożył nożyczki. – Jeśli już decydujesz się ją nosić, nie wolno ci jej zaniedbywać. Twoja pani ma rację.

 Potem złożyliśmy sobie życzenia i pożegnałem go. Wigilia była uratowana. Nikt nie narzekał na stan mojego zarostu.

Wspomniałem wcześniej o przyjeździe na wakacje. Uważny czytelnik może więc zarzucić mi brak konsekwencji, skoro w pierwszym akapicie piszę o przyjeżdżaniu tylko na święta od czasów studiów, a potem nagle zjawiam się w lecie. Cóż, uproszczenie jest prawem, a wręcz wymogiem literatury, która choćby nie wiem jak pragnęła, nigdy nie odzwierciedli życia w całej jego niezborności i dynamice. Prawda jest taka, że choć odciąłem pępowinę, nigdy nie umiałem sobie wyobrazić świąt poza rodowym siołem, w czym moja żona, która własnej rodziny nie ma, gorąco mnie wspierała. Rzucam tę niepotrzebną, rozdymającą tekst i łamiącą tok narracji autoapologię po to, by zagruntować płótno przed następną sceną, w której przyjeżdżamy do Cisowa na Wielkanoc.

Stanisław Miziołek nie żył. W miejscu jego zakładu powstał lumpeks z ciuchami na wagę. Staliśmy właśnie w wielkanocną sobotę przed jego zamkniętymi drzwiami, z niedowierzaniem wpatrując się w kiczowaty szyld i kontemplując przemijalność postaci świata, gdy ktoś zaszedł nas od tyłu.

 – Umarł zaraz po nowym roku. Znaleźli go tu.

 Odwróciłem się.

 – Cześć, Ziggi – powiedziałem, podając mu rękę. – Poznaj moją lepszą połówkę.

 Staliśmy jeszcze kilka minut pod tym współczesnym panteonem syfu i przekazywaliśmy sobie telegraficzny skrót z paru ostatnich lat.

– A pamiętasz jak się założyliśmy, że zetnę włosy? – zapytałem go.

– Naprawdę założyliśmy się o czekoladę? Nie o browara? – Nie mógł uwierzyć mój dawny szkolny kolega. – Chociaż ci ją kupiłem?

– Jakoś sobie nie przypominam.

– Cholera. – Kręcił głową. – Ale te pióra to miałeś, stary, nieprzeciętne. Strasznie o nie dbał, jak dziewczyna – zwrócił się do mojej żony.

Potem powiedział, że musi lecieć, bo jeszcze nie byli ze święconką i rozstaliśmy się. Stary Ziggi, a właściwie Zbigniew Krusiewicz – właściciel kwiaciarni, mąż, ojciec, niegdyś niedościgniony mistrz wsadów, teraz facet pod trzydziestkę z lekkim brzuszkiem, który wciąż wisi mi czekoladę.

–Ten twój kolega – zauważyła moja żona – on chyba zaczyna siwieć.

 – Czarni siwieją szybciej, kotku. Mnie na szczęście to nie grozi. A zresztą, za dużo władowałem we włosy odżywki, żeby się martwić.

 Ściemnienie obrazu i napisy końcowe. W tle miękko śpiewa Louis Armstrong.

Next Page →