Bezdomni i szczeniaki

Pewno nie raz tu utyskiwałam, że polscy wydawcy nie palą się do publikowania zbiorów opowiadań debiutujących autorów. Chlubnym wyjątkiem, jeśli chodzi o stawianie na ten gatunek, jest krakowskie wydawnictwo Amea, gdzie już za chwilę ukaże się debiut Marty  Szarejko. Jej opowieści o bezdomnych mieszczą się właściwie na pograniczu opowiadania i reportażu, autorka zaczerpnęła materiał z warszawskich ulic i schronisk, ale obrobiła i skomponowała te historie po swojemu. Co istotne – zachowując język swoich bohaterów, a więc pokazując ich tak blisko, jak to tylko możliwe. Czy raczej niemożliwe, bo niewiele osób ma odwagę złamać barierę wstrętu i uprzedzeń. Wbrew tytułowi „Nie ma o czym mówić” – jest o czym.

W większym stopniu o wyjątku można mówić w przypadku „Szczeniaków” Sylwii Siedleckiej. Książkę tę firmuje samo W.A.B, a ukazała się ona dosłownie parę dni temu, 18 sierpnia.  O czym mówię z tym większą radością, że Sylwia została dwa lata temu wyróżniona ogłoszonym przy festiwalu opowiadania, a jej konkursowe opowiadanie „Theo” znalazło się oczywiście w zbiorze, więc jest takim trochę naszym „dzieckiem”. Czego nie stwierdzam na chwałę warsztatów i tego, co uczestnicy z nich wynoszą, ale po prostu – fajnie jest wiedzieć, że się zaprzyjaźnionym talentom wiedzie i że dostają błogosławieństwo na formę wypowiedzi, która im najbardziej odpowiada. I z której to formy potrafią złożyć spójną, pełną charakteru całość, dowodzącą, że mamy do czynienia z osobowością.  Coś jest na rzeczy, że jedna powieść  o indywidualności zaświadcza mocniej niż jedno opowiadanie, ale już mając do czynienia ze zbiorem, możemy dojść do tego samego wniosku.

Nie próbuję się w tej chwili specjalnie zbliżyć do recenzji, bo pisałam o tej książce dwa razy w innych miejscach. Ale nie o tym, jak się  cieszę z tego, że ze „Szczeniaków” nie wyleciało opowiadanie „Meblościanka”, choć podobno odstaje swoim klimatem od reszty. Bo jest takie trochę meta narracyjne, sporo mówi o tym, jak kształtuje się ten rodzaj dziwnej wyobraźni, pokazuje ją „in statu nascendi”, zanim jeszcze wyda na świat potwory zaludniające inne opowiadania. Szczególnie lubię tez ostatnie zdanie tego opowiadania, które brzmi „Taka historia”  Jakby autorka chciała zaznaczyć: wiem, że to może nic takiego, niewiele tu można dodać, trochę mi wstyd, a zarazem jestem ciekawa, jak zareagujecie. Albo może jeszcze coś innego… Taki sygnał własnego niedosytu, a zarazem znak, że jeszcze ją usłyszymy.

Bohaterka naszych czasów

Słowo „obyczajówka”  od kilku tygodni kojarzy mi się z cyklem felietonów Michała Witkowskiego publikowanych w „Przekroju”. Jak sama, celnie dobrana nazwa wskazuje, poświęca je Michaśka dywagacjom o różnych zjawiskach, które składają się na naszą obyczajowość, a której znawcą bez wątpienia jest  – choć lubi się przechwalać, jak często go tu, w Polsce znaczy, nie ma. Ale zapewne to niebywanie pozwala mu osiągnąć niezbędny dystans do rodzimych śmiesznostek: częściowo wrodzonych  i dzielnie opierających się globalizacji, a częściowo nabytych na skutek tej ostatniej.

Cykl oczywiście fajny, „Przekrój” pod wodzą Katarzyny Janowskiej chyba najbardziej zbliżył się do tego pisma, w jakim zaczytywali się nasi dziadkowie i rodzice, a stała reprezentacja pisarzy w nim wyborowa, że wspomnę tylko o pozostałych felietonistach: Jerzym Pilchu (biorę w nawias to, że występuje on tu jako autor „Dziennika”) i Łukasz Orbitowski.  

Ale to właśnie o Michale i „Obyczajówce” pomyślałam, kiedy w jednym z babskich pism znalazłam taki oto uroczy kwiatek, którym zrazu chciałam się podzielić z kolegą, ale po namyśle doszłam do wniosku, że nie będę go ganiać po Edynburgach czy innych Izraelach, bez gwarancji, że mu się spodoba i  z jeszcze mniejszą gwarancją, że odda mi copy right na „wiekopomne” odkrycie.

Którego dokonałam w pewnym miesięczniku traktującym o modzie, urodzie i lajfstajlu (od razu zaznaczę, że nie chodzi tu o „Zwierciadło” ;) ). Miesięcznik ów, korzystający częściowo z materiałów amerykańskiego pisma-matki, zamieszcza zwyczajowo „Listę gości”, którzy współpracują przy jakichś. sesjach mody czy też robią materiały z gwiazdami (wywiadowcy są często gwiazdami w swojej branży, pisarzami nierzadko, co jednak niezbyt rzutuje na jakość materiałów, ale mniejsza o to). W rzeczonym numerze jednym z gości, czy też po genderowemu mówiąc – jedną z gościń,  była pani K.  Przy krótkim biogramie, kto zacz, zamieszczono jej parę ciepłych słów o gwieździe, z którą współpracowała przy sesji:  „M. to bardzo pozytywna, skromna osoba. Bez wahania poświęciła ładnego frencza na rzecz fioletoworóżowych  paznokci”. 

To już mniej więcej jasne, że pani K. to manikiurzystka i pedikiurzystka, właścicielka dwóch warszawskich salonów , do których chadzają gwiazdy, w tym sama Doda. I zapewne redaktorki pisma, które reklamując usługi pani K. zagwarantowały sobie wzorcowe frencze na rok, może nawet ze zniżką. Natomiast pozytywna i skromna gwiazda to młoda aktorka serialowa, która – powtórzę z rozkoszą – p o ś w i ę c i ł a kolor paznokci, żeby móc zaprezentować ciuchy m.in. Kenzo, Vivien Westwood, Burberry i Soni Rykiel, z którymi lepiej harmonizował odcień fioletoworóżowy.

Krótka wypowiedź, a tyle mówi o języku, hierarchii społecznej, części rzeczywistości, która leży gdzieś na przeciwnym biegunie krzyża pod pałacem. A może jednak nie? Może temu szczególnemu „poświęceniu”  blisko jest do wiadomych „poległych”?  Oba traktuję jako przykłady na to, że język nam cokolwiek zwariował. Przy czym ten przykład oddaję gratis, by dowieść, że inspirację da się czasem znaleźć na stoliku u fryzjera.

Do Ciebie mówię, proszę Pana

A to a propos czytania opowiadań nadesłanych na konkurs pod hasłem „iMan” w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania, któremu to konkursowi po raz kolejny juroruję. Nie tylko w  tekstach owych, ale i w  tych rozlicznych, jakie napływają na skrzynkę opowiadania,org, odnajduję coś, co starałam się zasygnalizować w tytule. Mianowicie wielu z respondentów- autorów opowiadań, nie wiedzieć czemu stosuje zaimki osobowe i dzierżawcze dużą literą, jakby pisało list – bo właśnie w tej formie używa się wielkiej litery, według reguł naszej gramatyki. I nie tylko – zdarza się, że niektórzy okazują w ten sposób szacunek Matce i Ojcu, względnie jakimś nacechowanym symbolicznie przedmiotom czy zjawiskom. Wszystko to razem wzięte interpretuję tak, jakby bohaterem opowiadania był sam Bóg Ojciec, dla  którego dotąd ta duża litera była zarezerwowana w formach, które nie mają nic wspólnego z epistolografią.

Na jednym z autorów wymusiłam obniżenie tonu (czy też czcionki), nie wydawał się zbytnio przekonany taką argumentacją, ale się dostosował. Do czasu, w swoim konkursowym opowiadaniu robi dokładnie to samo, przy czym w tym przypadku to graficzne wyróżnienie ma jeszcze mniejszy sens. Bo niby sens miał być taki, że chodzi o okazanie szacunku, no właśnie – jak w liście do drogiego nam lub szanowanego przez nas adresata.

Albo w poście, rozmowie przez komunikator, e-mailu, który tę formę grzecznościową zapożyczył z tradycyjnego listu i ok. Jeśli już jednak jesteśmy na tym gruncie, to przypomnę, że wielka litera, a właściwie cały szereg wersalików oznacza krzyk.  Pojedynczy wersalik użyty od czapy oznacza jedynie to, że autor lepiej zna reguły pisowni po angielsku niż reguły stosowane we własnym języku.,

Mnie , polonistkę, razi to i drażni, bo mając do czynienia z tyloma przypadkami, po pierwsze widzę, że coś co rzekomo obdarzone jest dodatkowym znaczeniem znaczenia jest pozbawione, po drugie, boję się zwyczajnie takiego niczym nie uzasadnionego zachwaszczenia ojczyzny-polszczyzny.  Jasne, język ewoluuje tak, by idealnie pasować do potrzeb użytkownika, ale powiedzmy sobie to, co można zaobserwować w Internecie, trudno nazwać ewolucją, to regres i promowanie niechlujstwa. Pal licho, jeśli to niechlujstwo uprawia ktoś, kto nie ma aspiracji pisarskich, wypadaloby jednak, żeby ktoś, kto je przejawia przyjął za punkt honoru pisanie ładne pod każdym względem.

Męczy mnie ten problem od dawna, po przyswojeniu dawki, o jakiej mówię, męczy jeszcze bardziej, ale dopiero teraz przyszedł mi do głowy cudowny argument. Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech sobie zajrzy do jakiejkolwiek powieści i przekona się, że tam pan, pani, jego, jej, twoje napisane jest właśnie tak, jak to zrobiłam w zdaniu, które właśnie kończę.

No i ?

Przeglądając dziś Internet, znalazłam taką informację podaną przez pap. „Zmuszona do opuszczenia swego domu amerykańska rodzina znalazła w nim komiks wart milion dolarów. Poinformowała o tym stacja telewizyjna ABC. Rodzina z Nowego Jorku miała sądowy nakaz opuszczenia domu. Podczas pakowania swoich rzeczy nieszczęśnicy znaleźli w piwnicy prawdziwy skarb, który prawdopodobnie odmieni ich życie – wart milion dolarów komiks sprzed II wojny światowej. To pierwszy zeszyt z rysunkową historią Supermana z 1938 roku.”

Pod zdjęciem okładki komiksu jest jeszcze informacja, co to zacz i dlaczego jest tyle warte – bo to unikat po prostu i za tyle sprzedano inny egzemplarz tego samego wydawnictwa. Ale, ale –  a co się stało z tą rodziną w sytuacji rozpaczliwej. Ubarwiła newsa, spakowała manatki, względnie dostała znaleźne na pociechę? Ani słowa o losie  „nieszczęśników”, którzy w jednej chwili stali się, być może, szczęściarzami. Rodziną Hioba, której zostało wybaczone, obiektem zainteresowania mediów a nie opieki społecznej. Albo czymś tam jeszcze, najlepiej brzmiałoby : ludźmi, których życie odmieniła jedna książka.

Być może czytelnicy amerykańscy wiedzą już o nich wszystko, my możemy sobie jedynie pozmyślać. Mając kapitalny punkt wyjścia na opowiadanie

Strzelanki w podświadomości

Film „Incepcja” Christophera Nolana trwa ponad dwie godziny. Z czego niestety niewiele obejmują te efektowne sceny, które widać na trailerze: składające się na pół miasto albo miasto sypiące się jak domek z kart i inne komputerowe sztuczki z architekturą. Nie bardzo spełnia się też obietnica zawarta w imieniu jednej z bohaterek, Ariadna, zatrudnionej do ekipy wędrującej po podświadomości po tym, jak zaprojektowała trudny do przejścia labirynt. Czekałam, kiedy odtworzy go we śnie, ale się nie doczekałam. Zrekompenowała mi to jednak przecudna sekwencja przygotowywania grupy „inceptorów” do zrywu ze snu w warunkach grawitacji i pomysłowe upakowanie ich razem, by ważyli nieco więcej.

Takich właśnie kwiatków oczekiwałam, ale może nie w zamian, lecz chyba na zasadzie waty zastępującej brak pomysłów na stworzenie zagrożenia i poczucia, iż bohaterowie mają niewiele czasu, otrzymałam kilka scen szalonych pościgów i strzelanki. Co oznacza, że świadomość  twórców filmu wypełniają gry komputerowe.  Szkoda, bo przecież sen dostarcza tyle ciekawych podpowiedzi, czego można się bać  i dlaczego chce się przyspieszyć wyjście z labiryntu własnego umysłu. Czyli się obudzić.

Trochę tych obrazów zostaje w pamięci, z reszty, z tej waty, łatwo można się  otrzepać i wolne miejsce wypełnić własnymi wyobrażeniami. Bo przecież nie dywagacjami na temat tego, czy życie jest snem.

Podróż dookoła mojego pokoju

A właściwie: mojej sypialni (Voyage autor de ma chambre). Taki tytuł nosiła książka Xaviera de Maistre, o której w swojej z kolei książce „Sztuka podróżowania” wspomina Alain de Botton. Dodając, że francuski podróżnik nie ujechał w swojej wyprawie zbyt daleko, zatrzymawszy się gdzieś w okolicy sofy czy tam szafki nocnej.  Sam Botton nawet nie próbował posunąć się dalej, gdyż jego sypialnia jest za mała. Ale sam pomysł, zainspirowany przez pascalowską z kolei myśl o tym, iż nieszczęścia człowieka biorą się stąd, iż nie potrafi wytrzymać sam ze sobą w pokoju, sympatyczny. Jeśli się go potraktuje jako alternatywę do wiecznego miotania się w poszukiwaniu czegoś z zewnątrz, co nas wybawi od samych siebie.

De Botton przypomina banalną skądinąd myśl, że gdziekolwiek się ruszamy i tak zabieramy tam siebie, więc jeśli uznać za cel wyzwolenie się od trosk czy przywar, to może warto pokusić się o chwilę skupienia i rozmowy ze sobą we własnym łóżku. Wyjdzie taniej.  A jeśli już musimy gdzieś wyjść, to może zróbmy sobie spacer po własnej dzielnicy i spróbujmy popatrzeć na nią tak, jakbyśmy odwiedzali ją po raz pierwszy. Tu przypomniała mi się rada, jakiej młodszy z rabinów udzielił profesorowi Gopnikowi w najnowszym filmie „Braci Coen”: żeby spróbował spojrzeć inaczej na niby doskonale znany sobie parking.  Pewno to bardziej inspirujące niż spojrzenie na poduszkę czy lampkę nocną, ale chodzi tylko o mechanizm. O wydobycie czegoś innego z tego, co oswojone do tego stopnia, że aż przezroczyste.

Historie cmentarne

Duża wieś, gdzie od lat spędzam urlop, liczy w tej chwili ok. 1700 mieszkańców.  Znajdują się w niej dwa cmentarze.

 Jeden stary i od dawna… martwy. Tubylcy twierdzą, że to nekropolia żydowska,  ale napisy na niszczejących nagrobkach są po niemiecku nie po hebrajsku, a nielicznych symboli, jakie zachowały się na płytach, też raczej nie przypominają tych, które można znaleźć na kirkutach. Wydaje mi się więc, że Peter, Hilde czy Hermann byli przodkami  dawnych miejscowych, czyli Niemców. Lepiej od nagrobków zachowały się ich domy, przejęte przez przesiedleńców. Oczywiście wyremontowano je, ale  nie usunięto dat rytych na frontach: 1924, 1929, 1931. Być może rzekoma żydowskość cmentarza to taki eufemizm, mający na celu zatarcie śladu po, było nie było, wysiedlonych. Nie zakonserwowano też śladów po osadnictwie słowiańskim, lecz w opisie dziejów miejscowości, dumnie podkreśla się, w którym miejscu stał spalony później gród.

Piszę „też nie zakonserwowano”, bo stare miejsce pochówku zostało już prawie pożarte przez wzgórze, a historie  tamtych Hild i Peterów wessał w siebie las.

Na nowym cmentarzu jest kilkaset grobów. Sporo rodzinnych, więc pewno przy dokładnym policzeniu wyszłoby na to, że liczba zmarłych mieszkańców zbliża się do liczby żywych. Najwcześniejsze groby pochodzą z lat. 40, spoczywają w nich ci, którzy zginęli w czasie wojny. Groby, także te symboliczne, upamiętniające ofiary zsyłki na Syberię, są zadbane, czyli opiekują się nimi krewni. Nazwiska tych krewnych po części znam z szyldów sklepów czy pensjonatów, z rozmów z moimi stałymi gospodarzami i ich sąsiadami. Stąd też wiem, co było przyczyną wielu przedwczesnych śmierci.

Na kilku nagrobkach widnieje napis „zginął tragicznie”. Co oznacza, że zabrało go  —to głównie młodzi mężczyźni — jezioro. Jedno z najczystszych w Polsce, bo najgłębszych. Ale za największą tragedię, której ofiarami zostali dwaj bracia, jedenasto i dwunastolatek, woda nie odpowiada. Sygnalizuje to data ich śmierci: 7 listopada. Chłopcy się zaczadzili, dowiedziałam się, bo zapytałam. Przy okazji usłyszałam, że ich siostra, nieco młodsza, przez ten tragiczny wypadek stała się inna. „Inaczej się zachowywała, inaczej ubierała, tak jest do dziś”. Tak czy siak, nie oszalała, pracuje w miejscowym urzędzie gminy, wyróżnia się tylko introwertyzmem, co bywa wystarczającym powodem do alienacji w niewielkiej społeczności. Gdzie była feralnego 7 listopada 29 lat temu? Nie wiadomo. I gdzie był dziadek chłopców ? Jego grób znalazłam 30 metrów dalej. Zmarł 3 grudnia tego samego roku.

Nie, nie spędziłam na tym cmentarzu dwóch tygodni, tylko w sumie jakieś trzy godziny. Tyle wystarczy, by natrafić na historię, która ma być może wymiar antyczny. W każdym razie nabiera go w wyobraźni niezbyt normalnej letniczki.

Krótko i treściwie

Siedem kobiet” to zbiór opowiadań Rebeccy Miller, który jakoś w lipcu ukaże się nakładem Muzy. Sięgnęłam po niego zachęcona lekturą powieści tej autorki— „Prawdziwe życie Pippy Lee”.  Lubię takie pisanie. Właściwie powinnam sprecyzować: lubię takie pisanie o kobietach. Emocjonalnie wyważone, podszyte ironią.  Mądre. „Prawdziwe życie…” zaintrygowało mnie z powodu zaskakującej fabuły, historii idealnej gospodyni domowej z burzliwą przeszłością. Kameralne opowieści przedstawione w  drugiej książce nie traktują o aż takich życiowych rewolucjach. Ta ich oszczędność, skupienie się Miller na życiu wewnętrznym bohaterek, mniej odwraca uwagę od jej stylu.  Od umiejętności nadzwyczajnego wręcz kondensowania treści w krótkich zdaniach. Dwa przykłady z otwierającej zbiór „Grety”. Pierwsze w tym utworze: „Greta Herskovitz spojrzała pewnego ranka na buty męża i  pojęła z przerażającą klarownością, że go opuści”. Któż by nie chciał wiedzieć dlaczego.  I z tego samego opowiadania, jedno jedyne zdanie opisujące macochę bohaterki: „Żylasta żona Avrama powitała Gretę i Lee dwoma kieliszkami szampana, trzyletnia Ania trzymała ją za nogę”. Czy potrzebne jest  dodawanie czegokolwiek, co by dookreślało relacje łączące główną bohaterkę z następczynią jej matki i przyrodnią siostrą?  Nie, bo zająć tu mają dokładnie tyle miejsca, ile zajmują w myślach Grety.  Natychmiast znikają ze sceny. Błysk,ciach i już, jakby za biurko służył stół montażowy.

Na co dybie w wielorybie?

Zanim zaczęła mnie bawić książka Agnieszki Taborskiej ­­­­­­­­­­­­­- Wieloryb, czyli przypadek obiektywny (wyd. Czarne), ubawiłam się szczerze ilością wstępów i blurbów, jakie w niej zamieszczono.  O zarekomendowanie książki poproszone zostały cztery osoby  o nazwiskach zacnych (Natasza Goerke, Jan Gondowicz, Michał Paweł Markowski i Marek Zaleski),  przy czym teksty dwu z nich przecięto i podzielono, zaleceń jest więc w sumie sześć.  Ich lektura uwalnia czytelnika od żmudnej konieczności samodzielnej interpretacji tego zbioru króciutkich opowiastek, anegdot, zapisków na marginesie, bo  kto by się nie zorientował, ten ma czterokrotne potwierdzenie, że należy je potraktować jako dowód wyczulenia autorki na surrealną stronę realności. I że są świetne, co przyznaje nawet wyjątkowo niechętny do chwalenia czegokolwiek, co podane zostało w mowie ojczystej, prof. Markowski (możemy jednak założyć, że w tych okolicznościach mu nie wypadało ?)

Pisarze często powtarzają, iż książka powinna bronić się sama, co świadczy , z jednej strony  o idealizmie (że niby nagle cofniemy się do czasów przedpromocyjnych, bo nie można stawiać książek w jednym rzędzie z proszkami i piwem), z drugiej strony, o naiwnej wierze, że książki mają zdolność samodzielnego wygrzebywania się z półek księgarnianych czy rozpychania łokciami, z  trzeciej uznać to trzeba za kokieterię, bo stwierdzenie to pada najczęściej w wywiadzie, który sam się przecież nie przeprowadził albo w ściśle prywatnej rozmowie przy stoliku, gdzie siedzi trzech pisarzy i dwójka krytyków. Tak, ale w tym przypadku to chyba wydawca uznał, że potrzebne jest gremialne wsparcie oraz mocne zaznaczenie, że autorka, która na rzeczywistość patrzy tak a nie inaczej, to wybitna znawczyni surrealizmu ( tu odsyłam do w istocie wybornych „Spiskowców wyobraźni”).

Pytanie, czy polski odbiorca nie jest przygotowany na odbiór dziwnych zbiegów okoliczności, sytuacji podszytych groteską albo snów na jawie, niech pozostanie retoryczne.  A „Wieloryb…” broni się aż miło, sympatycznie nastraja na ponury dzień oraz inspiruje do przypominania sobie tego, co  dziwnego nam się przytrafiło. Pokazuje też, jak opisać osobliwe zdarzenie, tak by czytelnik miał wrażenie, że faktycznie nic do niego nie można już dodać  ani nic od niego ująć.

A moim ulubionym przypadkiem z tej książki jest historia o otwieraniu zatrzaśniętych drzwi samochodu przy pomocy „packi na muchy i blaszanej zabawki choinkowej w kształcie Pinokia”

Przed drugą turą

Można sobie pomarzyć. Co by było gdyby do wyborów prezydenckich stanęła kobieta i dlaczego nie jest to pomysł pozbawiony sensu. Inspiracją do tych rozważań jest zbiór dramatów Hanny Samson” Ja, prezydenta i inne głosy”. Dramaty w formie książkowej to rzadkość, choć ostatnio swoje dwa zebrała w tom Dorota Masłowska (tzn. jej wydawca zebrał, żeby zapewnić ciągłą obecność pisarki na rynku).Tak czy siak, podoba mi się ta idea obcowania z dramatycznym tekstem z pominięciem wyczynów dzisiejszych realizatorów, którzy klasycznych tekstów nie uznają za godne zademonstrowania w formie nienaruszonej przez tzw. adaptatorów, krojących oryginały niemiłosiernie i uzupełniających powstałe luki czymkolwiek, co zapamiętali ze szkoły, a może nawet i adaptacji robionych po bożemu. Jak tak dalej pójdzie, to książka pozostanie jedyną okazją do obcowania z niewykastrowanym Szekspirem czy Słowackim.
Wracając jednak do rzeczy samej, czyli „Prezydenty”, to trudno mi sobie, no może poza dwoma aktami dopisanymi do „Moralności pani Dulskiej” wyobrazić na scenie, przy czym mówiąc to, nie chcę zapeszać, tylko chyba stwierdzić, że po wielu złych doświadczeniach nie chce mi się już chodzić do teatru, by się przekonywać, jaki koszmar ktoś z tego wysmaży. A tak w spokoju mogę to sobie sama wizualizować i wczytać się w przekaz. Niby żartobliwy, ale tak w pierwszej odsłonie nie do końca, zwłaszcza w sekwencji, kiedy udręczone kobiety niby na zbiorowym seansie psychoterapeutycznym, opowiadają o domowej przemocy. Brzmi to wstrząsająco i autentycznie, bo w ogóle Samson ma najlepsze ucho do kobiecego głosu, epizody z samymi mężczyznami pobrzmiewają jakoś bardziej teatralnie (cokolwiek to dziś oznacza), a może po prostu nie chciałam ich przyjąć do wiadomości w całym groźnym absurdzie. Nie wsłuchuję się w kampanię, ale pewno wszelkie inne kampanie wyborcze znajdują tu jakieś odbicie, co również daje do myślenia. To rzadki przykład teatru zaangażowanego w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mądrzejszego i ciekawszego formalnie niż nowela filmowa „Jezus na prezydenta”, gdzie zresztą kobiety sprowadzone zostały dosłownie do parteru. Nie chciałabym w ogóle o tym wspominać, lecz tylko dać znać o lekturach politycznych w rozpolitykowanym, gorącym okresie.

Coenów opowieści zawieszone

Bracia Coen robią się niestrudzeni jak Woody Allen: co roku realizują nowy film, a ich plany obejmują pięć pozycji do przodu. W zdobyciu funduszy na kolejne projekty, bo przecież rozmach twórczy ściśle się z tym wiąże, zapewne pomógł im Oskar za „To nie jest kraj dla starych ludzi”, ale najważniejsza jest dla mnie ich doskonała passa.
Obejrzałam wczoraj „Poważnego człowieka” i po wyjściu z kina stwierdziłam, że trzy ostatnie filmy układają się w formalny tryptyk, tworząc opowieści bez zakończenia. Przy czym w każdym z nich, a mówię o „To nie jest kraj dla starych ludzi”, „Tajne przez poufne” i najnowszym brak konkluzji przedstawia się inaczej. W pierwszym mamy do czynienia z eskalacją przemocy, dla której brak przeciwwagi w postaci kogoś, kto wymierza sprawiedliwość mordercy. W drugim kompletna idiotka wygrywa nie tylko z innymi kretynami, ale i CIA, bezradnym wobec absurdu, o jakim nie ma mowy w procedurach. Wreszcie trzeci to opowieść o człowieku, którego bez powodu dotyka szereg kataklizmów, przy czym kiedy wydaje się, że może już odetchnąć, okazuje się, iż to dopiero początek jeszcze gorszych wydarzeń.
Rozprawa z literą pisma (Tory konkretnie) jest chyba najciekawszym filmem w tej krótkiej serii „opowieści bez morału”, bo jest rozprawą z własną żydowską tożsamością twórców. Kiedy zgnębiony i bezradny profesor Lawrence Gopnik zwierza się przyjaciółce ze swoich problemów, ta pociesza go niczym zagubionego chłopca, że „przecież są Żydami” i zawsze mogą znaleźć pomoc u mądrzejszych. Gopnik udaje się więc do trzech rabinów, którzy częstują go enigmatycznymi radami. Jeden każe spojrzeć na rzeczywistość oczyma kogoś innego, drugi serwuje niewytłumaczalną przypowieść, przy pomocy której pozbywa się wszystkich potrzebujących, trzeci, najstarszy nie przyjmuje petenta, gdyż właśnie zajęty jest rozmyślaniem. Kiedy się jednak w innej scenie odzywa, wyraża swoje błogosławieństwo słowami wyjętymi z piosenki Jefferson Airplane. Jest i czwarta powieść włączająca się w ciąg bezużytecznych rad – otwierający film epizod z rzekomym dybukiem. I tajemnicza teoria wszystkiego budowana przez niesfornego wuja bohatera. W efekcie skazany na samego siebie profesor pogrąża się coraz bardziej, a zestawiona z jego dramatem scena solidarnych śpiewów podczas bar micwy ma wymiar jeszcze bardziej ironiczny. Film mówi więc o żydowskiej samotności.
I będzie się łączył z przygotowywaną przez Coenów ekranizacją powieści Michela Chabona, „Związek żydowskich policjantów” opowiadającej o młodym człowieku, który ucieka od przeznaczenia i odpowiedzialności, wyrzeka się tego, w co profesor Gopnik wierzy, choć nie ma ku temu żadnych przesłanek. To adaptacja cudzego dzieła, ale wpisuje się w krąg zainteresowań twórców „Fargo”, zmusi ich jednak do kolejnego zwrotu formalnego. Niekonwencjonalny tryptyk z lat 2007-09 warto jednak zapamiętać jako przykład tego, jak narracyjnie poradzić sobie z tym, co wymyka się zdroworozsądkowemu pojmowaniu. Czasem warto to pozostawić w stanie zawieszenia.

Opowiadania Schlinka

Siedem lat temu, urzeczona „Lektorem”, sięgnęłam po wydany niewiele później zbiór opowiadań Berharda Schlinka. W wersji Wydawnictwa Poznańskiego i przekładzie Ryszarda Wojakowskiego nosił on tytuł „Miłosne ucieczki”. Natomiast w wersji Muzy i tłumaczeniu Marty Szafrańskiej-Brandt nazywa się „Coraz dalej od miłości”. Nie pamiętałam tytułu, mój egzemplarz leżał upchnięty w drugim rzędzie, więc nie skojarzyłam, że chodzi o ten sam tom. Aż tu nagle wszystko mi się przypomniało dzięki pierwszemu z opowiadań, „Dziewczyna z jaszczurką”, potem odszukałam całą książkę, no i już wiem, że chodzi o inną jej edycję.
Co jest znakomitą okazją, by ten zbiór, a zwłaszcza utwór otwierający całość polecić, bo – może z wyjątkiem dość wydumanego konceptu, na którym opiera się „Groszek cukrowy” – zawiera on perełki. Budowane w zasadzie tak samo – coś się w życiu bohaterów rozstrzyga, dochodzi do momentu kulminacyjnego, po którym spodziewalibyśmy się szczęśliwego rozwiązania, a tu nagle autor skręca w zupełnie inną ścieżkę. Drogowskazem dla niej jest jednak tytuł.
To przykład tomu konceptualnego, w którym fabuły podporządkowane są konstrukcji, a nie tematowi, choć oczywiście tematem opowiadań jest miłość (do kobiety, ale także syna czy obrazu). Lecz właśnie takie przemyślane książki dowodzą, że czasem temat to za mało, żeby mówić o zbiorze. I jeszcze opowiadań jest w sam raz (siedem), gdyby bowiem było ich więcej to ta dyskretna zabawa z formą stałaby się nużąca. Polecam zatem – i na wzór, i dla pierwszego opowiadania, które chętnie dodałabym do swojej złotej listy najpiękniejszych.

Don Kichot i barany

Przyznaję uczciwie, że czytając mnóstwo, bardzo niewiele czytam prasy. Wyjątek czyniąc dla tej, w której się produkuję, bo sobie ją kupuję, czemu towarzyszy chyba lekko absurdalna myśl, że kiedyś będę musiała zebrać swoje dokonania do teczki i się komuś wykazywać, gdzie, ile i jak. Taki nawyk z czasów przedinterenetowych. Mniejsza o to, od paru tygodni co tydzień nabywam „Przekrój”, który pod wodzą Katarzyny Janowskiej stał się znów pismem, gdzie się o kulturze nie pisze w ramach odrabiania misji (w sensie telewizyjnym), tylko się jej okazuje mnóstwo szczerej sympatii.
W tym numerze znalazły się przede wszystkim dwie kapitalne rozmowy. Marcina Sendeckiego z Urszulą Kozioł, która właśnie wypuściła w świat swój kolejny tom poezji, zatytułowany „Horrendum” i Piotra Najsztuba z Andrzejem Stasiukiem opowiadającym o swoim podejściu do żałoby narodowej i zbliżających się wyborów. Interlokutorów ze sobą nie skonfrontowano, ale ich rozmowy świetnie się dopełniają, bo pokazują dwie zupełnie odmienne postawy wobec rzeczywistości: zaangażowanie i odklejenie. Przy czym debatę ze światem prowadzi poetka w swoich odrzańskich felietonach, a prozaik realista ma do niego ogromny dystans. W związku z tym rozmowy mają swoje leitmotivy, w przypadku pierwszym Don Kichota (którego Urszula K. nie napisała, nad czym ubolewa w nowym wierszu), i barany, które Andrzej Stasiuk właśnie sobie sprawił, jako żywą kosiarkę do trawy. Oczywiście ani zaangażowanie, ani odklejenie nie określa bohaterów wywiadów do końca, ale jak wspomniałam – ich usytuowanie na dwu biegunach widoczne jest dopiero, kiedy się obie rozmowy porówna.
Ładne te symbole. Don Kichot – wiadomo. I barany ujawniające swoją moc, gdy się przywoła słynne zdanie : wróćmy do naszych baranów (z XV wiecznej francuskiej farsy).
Polecam gorąco, 21 numer „Przekroju” do poniedziałku w kioskach.

Kto to mówi

Pracując nad recenzją do „Litery”, gdzie znajdą się teksty poświęcone nominowanym autorom, odświeżyłam sobie „Achtung! Banditen” Wojciecha Albińskiego. To z pewnością jest książka, do której chce się wracać i w której za każdym razem odkrywa się inny fragment – bo składa się ona z niewielkich opowiadań. Kilka utworów przeleciałam, po pierwszym zdaniu zorientowawszy się, że pamiętam, co było dalej, większość jednak dopiero teraz ujawniła mi się w swojej precyzji i złożoności.
Wiedziałam, co chcę znaleźć: te obrazy, które mogło zapamiętać i zrozumieć dziecko, oraz te, których raczej nie mogło sobie zinterpretować. I wtedy właśnie ponownie odkryłam opowiadanie tytułowe. Ściślej drugiego rozmówcę w dialogu, który je wypełnia, a jego treścią jest zamordowanie rannego powstańca oraz pomagających mu sanitariuszek, uprzednio zgwałconych. Umknęło mi zdanie z początku, w jakim wyjaśniona zostaje tożsamość rozmówcy Wojtka, uderzyła za to obojętność z jaką konstatuje, że zgwałcone dziewczyny utopiono w rowie. Odwróciłam więc stronę. To Rottenfurer Schultz opowiada dzieciakowi, jak jego oddział spacyfikował potencjalnych „Banditen”. Polskie dziecko, mieszkające poza terenem zapalnym, i esesman. Ich konfidencjonalna rozmowa. Zestawienie rozmówców, które wali po głowie i które sprawia, że tytułu książki już się nie zapomni.
Czasem tak bywa: jedno zdanie, jeden obraz, jedno opowiadanie sprawiające, iż coś robi książkę. I zostaje z nami na zawsze.

20 maja, dzień nominacji.

Wstępnych do Nagrody Literackiej Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. Szczegółowa rozpiska tu: http://www.salonkulturalny.pl/nominacje-do-nagrody-nike-2010  i tu: http://www.nagrodaliterackagdynia.pl  . Na pierwszej liście odnotowano rekordową ponoć ilość nominacji poetyckich, na co wpływ ma zapewne pojawienie się wrocławskiej konkurencji, tylko pro forma więc przypomnę, że dawniej zaznaczano „nagroda dla książki roku ze szczególnym wskazaniem na powieść”, ale nie wiem, czy tak brzmiał jakiś punkt regulaminu.
Nieistotne, bo przecież w tym miejscu programowo nie zajmuję się poezją, przeto skupię się na nominacjach dla prozy i innych gatunków. A to dlatego, że dawno nie miałam aż takiego poczucia, że jest ciekawie i że, z uwzględnieniem powtarzających się tytułów („Piaskowa góra” Joanny Bator, „Śmierć czeskiego psa” Janusza Rudnickiego, „Proszę bardzo” Andy Rottenberg), o wielu z tych książkach myślałam sobie: no tak, ta na pewno wejdzie.
Jeśli chodzi o „Toksymię” Małgosi Rejmer, miałam taką nadzieję, i choć jurorzy Nike woleli „Pensjonat” Piotra Pazińskiego, to wg mnie nominacja gdyńska potwierdziła, że to prozatorski debiut roku. Z kolei za najbardziej odważną decyzję jury Nike uważam nominowanie „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk, jakby chcieli dorównać śmiałością ubiegłorocznej nagrodzie gdyńskiej dla Świetlickiego. Do śmiałości jury nagrody Bookera obu gremiom sporo jeszcze brakuje – tam nominacje dla książek flirtujących z gatunkami popularnymi są normą. I to na krótkiej liście. Bo Anglicy biorą pod uwagę jakość realizacji, nie wdając się, przynajmniej oficjalnie, w dywagacje, czy gatunek niski czy wysoki.
A propos gatunków – mam pewne wątpliwości, czy „Proszę bardzo” jest esejem, ale już nominowanie dwa lata temu reportażu Małgorzaty Szejnert, tj. „Czarnego ogrodu” dowiodło, że tworząc trzy kategorie, nie da się objąć wszystkiego, za to można zainspirować nowe nagrody, takie, jak powstała w tym roku nagroda dla reportażu literackiego, którym i „Czarny ogród”, i „Wyspa klucz” jest. Olga Tokarczuk tworząc „Prowadź swój pług…” nie wymyśliła nowego gatunku (kryminał ekologiczny?), ale niezmiernie ciekawa jestem, jaki wpływ będzie miała ta książka na polski kryminał.
I by zakończyć tę wyliczankę wszystkich moich sympatii (to te wyboldowane), dorzucę do nich jeszcze jeden tytuł: „Jerzy Giedroyć. Do Polski ze snu” Magdaleny Grochowskiej, bo coś mi się widzi, że będzie czarnym koniem Nike. Szczerze bym sobie życzyła, żeby pokonała wszystkie tomu poezji.

Next Page →