Joanna Marat
Mieszkam i pracuję w Gdańsku. Napisałam kilka opowiadań, nagrodzonych na rozmaitych konkursach literackich. Między innymi moją „Koljaczkową” wyróżniono kiedyś w konkursie portalu literackiego Fabrica Librorum. Pracuję nad dalszym ciągiem tej historii.
.
Joanna Marat: Mediewistka
„Czy jesteś Joanną H., tą z Krakowa? Pytam, bo brzmisz znajomo. Jeśli nie, to bardzo chciałbym cię poznać. Jestem o osiem godzin lotu stąd. Pozdrowienia. Xawery Stadnicki.”
Długo czekałam na kogoś takiego. Zmęczonego życiem na emigracji. Zmęczonego życiem w ogóle. Niestety nie jestem Joanną H., tą z Krakowa i na szczęście nie muszę napisać
ci prawdy o sobie. Pewnie nie chciałbyś ze mną rozmawiać. Przyjmijmy, że ja jestem Juana la Loca, dobrze? Na potrzeby naszej korespondencji wyciągnę z zakamarków mojego twardego dysku wspaniały kostium ze słów i z marzeń. Zaprojektowałam go jakiś czas temu. Teraz mogę go założyć i mieć nadzieję, że jeszcze się do mnie odezwiesz. Może wyda ci się, że jestem słodką blondynką o buzi dziecka? Intuicyjnie wyczuwam
w tobie kogoś, kto nie potrafi przejść obojętnie obok takiej blondynki, nieprawdaż? Długonogiej, nieco anorektycznej.
Joanna H., ta z Warszawy, jest posiadaczką nóg niezbyt długich, natomiast jej włosy wpadają w szlachetny odcień miedzi. Całości dopełniają okulary w grubych, rogowych oprawkach. Wybrała je z premedytacją, żeby postawić kropkę nad „i”. Żeby pogrążyć siebie jako kobietę ostatecznie i nieodwołalnie. I żeby nie było żadnych wątpliwości,
że ona nadaje się wyłącznie do celów naukowych. Bowiem Joanna H. oddała się mediewistyce z rozmysłem i po głębokim namyśle. Żeby na nic innego w jej życiu miejsca nie było. Wśród bibliotecznego kurzu przybywało jej lat i dioptrii. Pudełka
z fiszkami z coraz większą pewnością siebie rozpychały się po asystenckim pokoju, gdzie mieszkała od momentu ukończenia studiów historycznych. Z wyróżnieniem i nagrodą rektorską za rozprawę o królewskich itinerariach. W końcu sama musiała ustalić swoje itineraria, jako że w jej pokoju wszystko było nieporządkiem i nadmiarem.
Niewiele z tego nadmiaru wynikło. Zaledwie skończony pierwszy rozdział i zarys dwóch następnych. Pół życia na to poświęciła. I pewnie za to wylali ją z uczelni. Tak po prostu,
z dnia na dzień. Za te pół życia spędzone w bibliotekach. I za cztery dodatkowe dioptrie
i za to, że już nigdy nie będzie młoda i obiecująca.
I wtedy umarł stary H., jej ojciec. Z powodu niewydolności nerek. Całkowitej
i nieodwracalnej. Podobno to u nich rodzinne, ta niewydolność. Niekoniecznie nerek. Chociaż, kto to może wiedzieć, co jest, a co nie jest dziedziczne w rodzinie H.?
Joanna z całą pewnością była niewydolna. Nie rokująca żadnych nadziei na bycie
przy nadziei. Za stara nawet na to. Bez żadnego dorobku naukowego. Nie licząc paru artykułów. Po francusku. Nawet z akademika kazali jej się wynieść. Dobrze, że mogła zamieszkać w kawalerce starego H. Dwadzieścia siedem metrów. Za Żelazną Bramą.
Od świtu jazgot śmieciarek i gonitwy karaluchów. I dzieci. Też jazgot, gonitwy, bluzgi.
I tak do późnej nocy. Gdzieś tam został jej otwarty przewód doktorski o królewskich itinerariach i snach. A ona zamiast dokończyć to, co zaczęła przed laty, wpatruje się
w ekran komputera. Czatuje. Tylko nie wiadomo na co. Na kogo?
Ale tej nocy chyba jej się powiodło. Znalazła go. Ten mężczyzna brzmi ciekawiej,
a w każdym razie inaczej niż całe to stado buraków, cuchnących potem lub tanią wodą
po goleniu. To może jest ON. Ktoś, dla kogo można by oszaleć. A jeśli nie oszaleć
to przynajmniej poudawać, że jest się kimś innym. Nie Joanną H. z krótkimi nogami i bez doktoratu, lecz Joanną H., tą z Krakowa, która może stać się marzeniem każdego mężczyzny. Platynową blondynką. Drobnokościstą, dziewczęcą. Z buzią jak u anioła.
I z anielskimi włosami. A on niech się tego wszystkiego domyśla, niech się gubi
w domysłach. To znakomite zajęcie dla samotnego mężczyzny, który już nie jest młody.
Joanna H. odchodzi od komputera. Zaraz pójdzie do łazienki się umyć. Gdy zapali światło, karaluchy rozbiegną się po katach. Obrzydlistwo. Blokowisko. Późny gomułka, wczesny gierek. A może jedno i drugie. Nie, nie pójdzie do łazienki. Jeszcze nie teraz.
Za wcześnie. Najpierw napije się herbaty. Godzina zero dwadzieścia pięć. Ktoś wrzeszczy na korytarzu. To normalne. Wszak po to są korytarze, żeby wrzeszczeć i budzić niepokój samotnej kobiety. To pewnie jakieś małolaty narąbane. A może kogoś zarzynają? Pijany mąż pijaną żonę, na przykład. Trudno. Żelazną zasadą za Żelazną Bramą jest nie wtykać nosa w nie swoje sprawy. Ojciec nawet czajnika elektrycznego sobie nie kupił. Pewnie
ze skąpstwa. Postawiła wodę na gazie w starym, okopconym czajniku, który pamiętała
z dzieciństwa. Woda oligoceńska. Podobno wcale nie lepsza od tej z kranu.
Jeszcze raz spojrzała na monitor. Chciałby ją poznać. Tak napisał. Wolne żarty! Imię arystokratyczne albo pretensjonalne, albo jedno i drugie. W każdym razie inne. Szlachcic, arystokrata. Jak ci od itinerariów. Sztywni i wyniośli. Pełni pogardy dla motłochu. Właściciele latyfundiów i zamieszkujących tam ludzi. Panowie życia i śmierci. Możnowładcy.
I co z tego, że jesteś? Możesz sobie być i o dwadzieścia godzin lotu stąd, na końcu świata możesz przebywać. Z Aborygenami w Australii tańczyć możesz. Ale imię masz ładne, pasuje do nazwiska. I brzmisz ciekawie. Takiego brzmienia szukałam od dawna, prawdę mówiąc. I chyba znalazłam. U ciebie. Więc odpiszę na tego maila. Chociaż nie jestem pewna, czy powinnam. Bo ja nie mam w zwyczaju rozmawiać z nieznajomymi.
Mam zasady. I w zasadzie ich nie łamię. Zasady są potrzebne i wygodne. Żyć bez nich nie sposób.
Może już pójdzie spać. Dochodzi druga. Miasto uśpione, cisza. I tak o szóstej rano obudzi ją sąsiad, włączając radio na cały regulator. Przed snem powinna się umyć, a w łazience karaluchy. Zresztą wszędzie karaluchy. Przecież w tym bloku więcej jest karaluchów niż ludzi. Znacznie gorszych od karaluchów, trzeba przyznać.
Dość już tego, pora spać. Bez mycia. Żeby nie wchodzić do łazienki. Żeby nie widzieć robactwa. Żeby nie psuć sobie smaku. Karaluchy pod poduchy. Już mnie nie ma. Dobranoc, Książę.
„Bardzo jesteś pełna zasad, widać, że lubisz sobie zadawać trochę bólu w życiu.
Św Bernard z Clairvaux powiedział tak: ecce si vir cecidit per feminam, iam non erigitur nisi per feminam – Szukasz rozmowy z innymi i uciekasz. Nie wszyscy na świecie
są niebezpieczni, rozmowa nic nie znaczy, a czasem może pomóc. Xawery.”
Co chciałeś mi powiedzieć między wierszami, cytując św. Bernarda? Że wykształcony jesteś. To już wiem. I wiem jeszcze, że chcesz, żebym myślała, że szukasz pocieszenia.
W moich słowach, a nawet, kto wie, w ramionach moich. We mnie. Tak mam myśleć, choć przecież Bernardowi niezupełnie o ten rodzaj pocieszenia chodziło. Sentencja jest
o czym innym i tak się składa, że oboje wiemy, o czym. Ale ty chcesz, żebym pomyślała, że jakaś nieczuła kobieta cię skrzywdziła, a teraz ja mam ci pomóc powstać. A przecież dobrze wiesz, że to mnie potrzeba czułości. Męskiego ramienia. I że jestem łatwą zdobyczą. Masz ochotę się zabawić, tylko nie wiesz, czy warto. Prosisz mnie o zdjęcie. Więc dość już tej durnowatej korespondencji! A zdjęcie możesz sobie obejrzeć, jeśli tak
ci na tym zależy. Jest w Internecie, wystarczy dobrze poszukać. Ale odpowiadać na twoje maile nie będę. Farewell Xavier, farewell!
Tak, dość tego. Nie będę się uzależniać od jakiegoś podstarzałego amanta, co siedzi przy komputerze o osiem godzin lotu stąd i pozuje na intelektualistę, marząc o długonogiej blondynce, z którą mógłby się przespać, o ile jeszcze cokolwiek może w tej dziedzinie. Xawery S., lat pięćdziesiąt z hakiem. Możnowładca. Niech sobie popatrzy na jej zdjęcie. W internecie. Zrobione w zeszłym roku, na dorocznym zjeździe mediewistów w Leeds, gdzie była moderatorką jednego z warsztatów. W rogowych okularach, z włosami ostrzyżonymi krótko, na chłopaka. Niech popatrzy w jej ciemne, inteligentne oczy. Niech się domyśli, że nie ma długich nóg, że jest drobna, filigranowa, delikatna. Nie w jego typie.
Niech to wreszcie zobaczy i przestanie odpisywać na jej maile.
Zamiast z nadzieją wgapiać się w monitor, pójdzie teraz do łazienki, stawi czoła karaluchom, wejdzie do pokrytej rdzą wanny, weźmie prysznic. A potem zrobi sobie kawę. I wreszcie popracuje nad CV. I zadzwoni do matki – wariatki. Może nawet się
do niej wybierze, chociaż nie była w mieszkaniu swojej rodzicielki od lat. Ilu? Trudno powiedzieć. Wielu, zbyt wielu. Więc może jednak najpierw ulepszy CV, a potem
w nagrodę za poświęcenie i trud sprawdzi pocztę. Xawery pewnie jeszcze nie odebrał jej maila. I nie zobaczył zdjęcia w Internecie, jeszcze się łudzi, że kobieta, której właśnie zaczął zawracać głowę ma na tej głowie burzę wspaniałych blond loków i najwyżej dwadzieścia cztery lata na liczniku. Jeśli jednak już się obudził i przeczytał jej ostatni pożegnalny komunikat, a co gorsza zajrzał pod wskazany przez nią internetowy adres,
wie już wszystko. Wie, że jego korespondentka, nie jest warta uwagi. Bo nie ma już dwudziestu lat, blond czupryny i niebieskich oczu. Tylko ciemne, pełne powagi
i doświadczenia. To ostatnie najbardziej jej ciążyło. Doświadczenie. Ale także niedoświadczenie w sprawach wiadomych, na których się nie znała z powodów oczywistych. Login, hasło. I oto jest! Odpisał, mimo wszystko. Nie spodziewała się tego.
„Miła Joanno, dziękuję Ci za zaufanie i za zdjęcie – jesteś ładna, skupiona, podobasz
mi się. I nie żegnaj się, bo chciałbym się z Tobą zobaczyć za kilka miesięcy, kiedy będę
w Polsce. Odpisz proszę. Ściskam. Xawery”
Spotkanie za kilka miesięcy. Też coś. Żadnych spotkań nie przewiduję ani teraz,
ani za kilka miesięcy. Zaletą tej znajomości jest dystans, owe osiem godzin lotu, które łatwo zmienić na osiem tysięcy kilometrów, jak w baśniach z tysiąca i jednej nocy. Odległość nie do przebycia, nie do pokonania. I oto właśnie chodzi, żeby nigdy się
nie spotkać! Żadnych marzeń, panie Xawery, żadnych marzeń. A swoją drogą –
i ty mógłbyś jakieś zdjęcie nadesłać, co bym Cię mogła ujrzeć!
„Popatrzyłem jeszcze raz na Twoje zdjęcie dzisiaj – trzymasz głowę jak Primavera Boticellego. Kiedyś znałem kogoś, kto tak przechylał głowę…fajne zdjęcie. pa Xawery.”
Bezsenny zza Oceanu. Pisze, że nie może spać od lat. I jak tu porzucić taką korespondencję? No jak? Po prostu się nie da. Nie da się i już. A przecież powinna!
Z braku lepszego zajęcia napisze do niego kolejnego maila. Po co pisać jakieś bzdurne CV? Po co starać się o pracę w archiwum, po co
w ogóle pracować? Po co dzwonić do matki, która niczego od niej nie oczekuje. A tym bardziej ona od matki. Lepiej korespondować z bezsennym możnowładcą, który już chyba wyzbył się złudzeń w sprawie jej wyglądu.
Tamtego dnia napisała trzy maile pod rząd. Nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Ani słowa. Więc napisała po raz czwarty, pytając wprost i bez ogródek, czy aby jej korespondent,
nie jest trochę zmęczony odpowiadaniem na jej wołania o pomoc.
„Nie jestem trochę zmęczony. Pierwszego dnia zawsze jestem bardzo, bardzo zmęczony
i nie jestem do cholery zmęczony odpowiadaniem na Twoje e-maile! Jak będę to Ci to napiszę. Teraz jest dziesiąta rano, spokój w pracy, przestaje mnie łupać w głowie i mogę trochę napisać. Przeuroczy chudeusz jesteś! Śliczny masz uśmiech. Bardziej podobałabyś mi się w długich włosach – nie wiem, to chyba taka atawistyczna macho preferencja. Dziś wieczorem dźwięknę tylko melatonin i zobaczymy, co będzie. Jest też taki trick (sposób number 35 a – urwać się z roboty i wystawiać twarz na słońce aż do spalenia – u nas słońce jest b. ostre), wtedy wydzielanie melatoniny naturalnej cofa się b. mocno
i organizm nie próbuje kompensować za nie wydzieloną noc, a wieczorem jest lepiej. Zrobiły mi się od tych praktyk ciemne plamy na nosie. Muszę przerwać cdn. za 20 minut…..pa”
Najważniejsze, że przysłałeś mi zdjęcie. Nie wyglądasz na swoje lata. Śliczny masz uśmiech, taki słoneczny, rozbrajający. Pewnie nie raz ratował Cię z opresji, ten uśmiech. A do tego włosy w kolorze miedzi. I czoło takie wysokie. To przez te włosy,
które uciekają coraz wyżej i wyżej. Tylko, dlaczego nie możesz się pogodzić z tym,
że łysiejesz? Dlaczego to maskujesz? Zaczesujesz. Robisz pożyczki. Przecież to śmieszne i nie w twoim stylu! A jednak chyba się zakocham. Po raz pierwszy w życiu. Właśnie dlatego, że masz słabości, nie tylko te, o których mówisz otwarcie, ale także te zaczesane. Bardzo mi kogoś przypominasz. Kogoś ważnego…
***
– Jedno jest pewne, to już nie potrwa długo – to banalne stwierdzenie profesora Jerzego Pączka zapadło Joannie w pamięć.
A przecież jeszcze tak niedawno grał w tenisa… Jednak widok małej poduszki
w łososiowej powłoczce w czarny rzucik pod głową ojca, był dla niej sygnałem, że to już naprawdę koniec. Ta powłoczka towarzyszyła mu przez całe życie, od momentu, gdy
w nie do końca jasnych okolicznościach pojawił się w domu Bronisławy Szabli na Woli. Łososiowa powłoczka pochodziła z czasów, które mało kto pamiętał. Była pocerowana
i wytarta, lecz ciągle trwała w rodzinie. Nikt nie ośmieliłby się jej wyrzucić ani podrzeć na szmaty. Bronisława Łągwa primo voto Szabla, po drugim mężu H., zawsze kładła
ją pod głowę chorym lub śmiertelnie przerażonym. Wtedy na początku 1943, lub może raczej pod koniec 1942 też ją wyjęła z bieliźniarki, by powlec małą poduszkę, dla chłopca o wystraszonych oczach, którego ktoś przyprowadził do jej mieszkania. Na przechowanie.
Czterdzieści lat później, pozbawiona włosów, niemalże zmumifikowana głowa Bronisławy H. spoczywała na poduszce obleczonej w łososiową powłoczkę.
Ale to jeszcze nie koniec historii. Całkiem niedawno stary H. poprosił swoją jedyną córkę Joannę o przysługę:
Przynieś mi z domu małą poduszkę, w tej powłoczce, no wiesz…
– W której?
– Jak to w której, w tej różowej. Co za pytanie!
Teraz Joanna trzyma ją w szafie. Na specjalną okazję.
***
Dość tego mailowania! Przecież to już jest uzależnienie od humorów i nastrojów Bezsennego, który nie wiadomo dlaczego wciąż odpowiada na jej coraz bardziej niecierpliwe wezwania. Wbrew zwątpieniu i zniechęceniu w jej skrzynce
raz po raz pojawiają się wiadomości opatrzone prowokacyjnymi tytułami.
„Przytulam Cię czy tego chcesz, czy nie” albo „dziewczyna paryska” (to o niej!)
albo „Joanno, nie uciekaj czasem” (znowu do niej, ponieważ co jakiś czas żegnała się
z nim raz na zawsze) albo „Joanna trafia w sedno po raz pierwszy” (to o seksie),
albo „trzecie poważne pożegnanie” (po tym, jak po raz kolejny ogłosiła definitywne zerwanie raz na zawsze).
Nie pamiętała, żeby ją ktoś kiedyś przytulił. W rodzinie H. nie było takiego zwyczaju. Żadnych czułości. Co innego sprać dzieciaka po tyłku. Pasem. Albo po pysku
za pyskowanie. I jeszcze nawrzeszczeć. Trzasnąć drzwiami. To zdarzało się często.
Ale żeby przytulać, całować, głaskać po głowie ?! Na takie dziwactwa i niedorzeczności nie było zapotrzebowania. Piekło, czyściec, sąd ostateczny. Raju na ziemi, jak wiadomo, nie ma od dość dawna. O ile w ogóle kiedykolwiek był. Zdaniem matki nie było. Bo życie to piekło. Stary H. miał w tej kwestii nieco inne zdanie, ale kto by go tam słuchał?!
„I chudasie miły przestań w kółko przepraszać, że żyjesz – dzięki za zaufanie (e-mail
o przytulaniu). Przytulam Cię, bo mam dla Ciebie taki wirtualny rodzaj czułości. Dziś nie spałem – zaczyna się kolejna trzydniówka, jak u alkoholika. Będzie dobrze, ale jestem na razie tak zmęczony, że nie mam siły pisać. napp. więcej jutro, całuję X.”
Bezsenny zauroczył ją. Jego słowa miały niezwykłą moc. Słowa internetowego mężczyzny posmarowane były miodem, pachniały lawendą i macierzanką. I były skierowane do niej. Tylko do niej. Ciągle sprawdzała pocztę. Ale on w końcu zamilkł. Pewnie znudziły go te pożegnania, które domagały się czułości. A ona przestała jeść
i ze spaniem było coraz gorzej. Trzydniówka, jak u alkoholika. A może on jest alkoholikiem? Bezsennym alkoholikiem. Kochała bezsennego alkoholika, który gdzieś przepadł. Trzeba pójść wreszcie do matki. Stawić czoła, wrócić do rzeczywistości, skoro on już nie wróci. Nie wróci na pewno.
***
Matka otwiera drzwi niepewnie, powoli. Jest przestraszona. Z trudem poznaje Joannę.
W mieszkaniu cuchnie matczyną starością. Bałagan. Matka zaczyna się skarżyć. Znowu coś jej podrzucili. Dokumenty jakieś. W sprawie emerytury. Nie emerytury, tylko renty. Bo przecież emeryturę już jej zabrali. Rentę też zabrali. Jeśli jeszcze nie zabrali,
to wkrótce zabiorą. Zabiorą wszystko. Z pewnością. Bo to jest zbrodnia doskonała. Włamują się do jej mieszkania, gdy wychodzi po zakupy do sklepu, tego naprzeciwko.
I wtedy oni wchodzą i dokumenty podrzucają i fałszują. Dopisują różne rzeczy. Fałszują dokumenty, gdy nie ma jej w domu. Fałszują całe jej życie. Chcą zabrać mieszkanie,
jej mieszkanie. Już zabrali stare recenzje wycięte z gazet, które zbierała od początku swojej kariery aktorskiej. Chcą ją pozbawić nawet wspomnień. Przeszłości.
Żeby zapomniała wszystko. To pismo ze spółdzielni też sfałszowane. W spółdzielni zawsze fałszowali. Rachunki zawyżone przysyłali. A podsłuch to jej założyli w łazience podczas wymiany rur. To dlatego te rury tak często wymieniali, żeby zakładać podsłuchy, a potem zabrać się do fałszowania dokumentów. Dokumentów jej życia. Bardzo ważnych dokumentów. Ale tak naprawdę to oni mają zupełnie inny cel. Chcą mianowicie pozbawić ją życia. W białych rękawiczkach. Bez rozlewu krwi. Bez żadnych śladów. Zbrodnia doskonała. Nic dziwnego, że przestała wychodzić z domu. Nie robi już zakupów w sklepie naprzeciwko, nie mówiąc o chodzeniu do „Kwiryny”. Nie wychodzi, żeby nie mogli fałszować i podrzucać. I tak ciągle jej coś podrzucają, jakieś nowe dokumenty. I czają się pod drzwiami. Teraz pewnie też tam stoją. Tylko czekają, żeby wzięła leki i poszła spać. Wtedy wejdą. I znowu się zacznie. Będą wynosić różne ważne rzeczy. Zdjęcia
na przykład. Zabrali nawet zdjęcie z pierwszego roku PWST, to z Zelwerem. I zdjęcie jej matki, które wisiało zawsze nad łóżkiem. Ramkę zostawili, a zdjęcie zabrali. Indeks matki też pewnie ukradli, bo już od dawna nigdzie go nie ma. Za to podrzucają jej mnóstwo niepotrzebnych ulotek reklamowych. Z różnych banków. Kiedyś podrzucili jej w kopercie kartę kredytową. Chciała od razu wyrzucić tę kopertę, razem z kartą. Ale karta nagle zaczęła mrugać do niej takim ciepłym, pomarańczowym światłem. I poprosiła przymilnym, dziecięcym głosikiem: „Weź mnie”. Trudno się oprzeć prośbie dziecka, nieprawdaż? Przecież miała kiedyś dziecko. Córeczkę. Taką małą. Odprowadzała
ją do szkoły. Za rączkę. Taką małą, drobną. Więc cóż miała począć? Wzięła kartę. Zawsze nosi ją przy sobie w torebce, a w nocy wkłada pod poduszkę. Czasem nawet rozmawiają. Matka z tą kartą, co ma cienki, dziecięcy głosik. Rozmawiają po cichu, żeby nikt nie usłyszał. W nocy, gdy w mieszkaniu słychać szmery, szelesty i szepty fałszerzy, matka zagląda pod poduszkę. I wtedy karta mruga do niej przyjaźnie. Dzięki temu może zasnąć. Stracić na chwilę przytomność. Ale gdy zaśnie znowu ten hałas. To pewnie oni już się włamali do mieszkania i znowu czegoś szukają w jej papierach.
– Mamo, dlaczego jeszcze się nie ubrałaś?
– Kto to?
– Mamo, to ja, mówię do ciebie. Czy jesteś już gotowa?
– Niby na co mam być gotowa?
– Miałam cię zawieść do lekarza.
– Do jakiego lekarza? Tu żaden lekarz nie pomoże, ja już żywy trup jestem.
Nikt jej nie wierzy. Mają ją za wariatkę. Pod byle pretekstem próbują wywabić ją z domu. Wiadomo, czyja to robota! Przecież oni tylko na to czekają, żeby mieć swobodny dostęp do jej mieszkania. Jeśli stąd wyjdzie, to oni zabiorą całą resztę zdjęć. I nie wiadomo,
co w zamian podrzucą, co jeszcze sfałszują. I już nie będzie do czego wrócić. Jeśli Joanna jest dobrą córką, to powinna zrozumieć, że nie można zostawić pustego mieszkania. Matka zostanie tu do końca. Może coś uda się jej ocalić.
– Mamo zabiorę cię do siebie, nie możesz mieszkać sama.
– Nigdzie nie pójdę. Nie ruszę się stąd.
– A kiedy ostatnio jadłaś?
Po co ułatwiać im robotę? Przecież jeśli zacznie gotować, to będzie musiała wychodzić
po zakupy. A oni tylko na to czekają. Teraz się gdzieś pochowali, bo przyszła jej córka, ale jak tylko wyjdzie znowu będą się czaić pod drzwiami. I czekać, aż zaśnie, żeby wejść do mieszkania. Tego nie da się uniknąć. Oni już zawsze tu będą. Dopiero, jak on umrze,
to może sobie pójdą. A i to nie wiadomo. Ale nie teraz. Będą ją dręczyć do śmierci.
– Mamo, kim są oni?
– Po co zadawać takie pytania.
– Czy mają twarze, nazwiska?
– Nie wiem.
– Jak to nie wiesz ?! Przecież ciągle o nich mówisz.
***
W samotnym mieszkaniu za Żelazną Bramą było ciemno i zimno, ponieważ Joanna postanowiła oszczędzać energię. Żeby nie płacić takich horrendalnych rachunków i nie zbankrutować. Gdy weszła, poczuła dojmujący chłód. Zrezygnowana, od razu chciała położyć się do łóżka, żeby odpocząć, a może nawet zasnąć po tym męczącym popołudniu. I już się nie obudzić, przynajmniej do rana. Zauważyła jednak migotanie czerwonego światełka diody w telefonie. To pewnie znowu matka dzwoniła, żeby opowiedzieć
o podrzuconych dokumentach. Nie, nie pójdzie do niej. Nawet nie zadzwoni. Nie dziś.
Nie w tym stuleciu.
Usiadła do komputera i chciała napisać kolejny list – skargę do wirtualnego mężczyzny. Równie dobrze mogłaby pisać w zaświaty. Do ojca i do tych wszystkich, co ją na tym świecie samą zostawili. Nie, nie samą, tylko z matką-wariatką, co jest jak kula u nogi!
W skrzynce znalazła nową wiadomość.
„Jestem z powrotem. Wirtualny rodzaj czułości to jest rodzaj czułości – wyrażany
za pomocą komputera, a nie dotyku czy głosu. Jest takie angielskie powiedzenia
dla głodnych i niecierpliwych: ALL GOOD THINGS TO THOSE WHO WAIT….a więc wait…Xawery”
Twarz z okładki
Tak się w Onecie rozpędziłam w zachwytach nad ostatnią powieścią C.S.Lewisa „Dopóki mamy twarze”, że nie napisałam w końcu, iż okładka książki wydała mi się jednak od czapy. Książka jest poszerzoną o wątki fikcyjne opowieścią o Amorze i Psyche, przy czym główną bohaterką opowieści Lewis uczynił Orual, starszą siostrę wybranki boga, która zainspirowała akcję odsłaniania jego twarzy. Mamy więc mit osadzony w jak najbardziej antycznych realiach (wrażenie robi zwłaszcza scena składania ofiary z Psyche przez kapłanki Ungit) i piękną dziewczynę przykrytą nie podartą szatą, lecz kocykiem w kratkę – bo pewno takie było dostępne w agencji. W zasadzie jestem ostatnią osobą, która sięga po lekturę, bo ją zaintrygowało opakowanie, często zresztą czytam gołe szczotki wydawnicze, ale tu się trochę zdziwiłam rozbieżnością między treścią a wydawniczą formą sugerującą, że książka opowiada o perypetiach współczesnej cud dziewicy, więc przeznaczona jest dla podrośniętych czytelniczek „Opowieści z Narnii”. W sumie i tak to można interpretować, pod warunkiem, że podrośnięcie oznacza pełnoletniość.
A tak na marginesie: w powieści nie widać twarzy Orual, a w Onecie ostatnio ciężko trzeba się naszukać zakładki do Czytelni. Dla ułatwienia podaję więc: www.czytelnia.onet.pl . Dopóki jeszcze jest.
Ryszard Lenc
Mieszka i pracuje w Katowicach. Publikował w „Akcencie”, „Frazie”, „Odrze” (m.in. w styczniu br.), „Opcjach”, „Pan Slawiście”, „Toposie”. SLKKB w Łodzi wydało w 2007 r. tom jego opowiadań
“Ja, Wittgenstein”. Wyróżniony na V MFO we Wrocławiu, co uważa za duży zaszczyt.
Najnowsze numery Akcentu, Frazy zamieszczą niebawem jego teksty.
Główne wątki literackie: mity, związki filozofii i religii.
Mistrzowie literaccy: Borges, Miłosz (ba!)
Lubi prozę Dehnela. Nie lubi szczerze prozy Masłowskiej.
Ryszard Lenc: Wybranka Mero
Jak co roku po zakończeniu egzaminów maturalnych, gdy już ostatni abiturient opuści mury mojej szkoły (patrząc na nią z ulgą lub obrzydzeniem), gdy już podpiszę wszystkie protokoły i większość bardziej lub mniej potrzebnych kuratoryjnych sprawozdań (które sporządza C., mój nudny, ale solidny zastępca), biorę w rękę laskę, a w drugą parasol (jeśli na niebie kłębią się złowrogie chmury), do chlebaka wkładam małe składane krzesełko, czasem pelerynę, przygotowaną wcześniej kanapkę, butelkę wody, fajkę dobrze nabitą tytoniem, w końcu moją małą książeczkę, i ruszam starą ścieżką na drugi brzeg jeziora. Dotarcie na miejsce zajmuje mi ponad godzinę, muszę bowiem obejść wokoło stare, zarosłe zielskiem torfowisko. Popołudniowe słońce albo grzeje mocno, albo jest parno i zbiera się na deszcz, albo już pada; bywa też, że niebo cedzi ulewą. Niezależnie od pogody rozkładam turystyczny stołeczek i siadam u podnóża skarpy schodzącej stromo do dzikiej plaży nad małą zatoką, zarośniętą trzciną i tatarakiem. Wschodnia strona Wyspy Konwaliowej oddalona jest od brzegu jeziora o jakiś kilometr i jeśli mamy dobrą pogodę dobrze stąd widać rosnące na ostrowi stare dęby i sosny. Majowych konwalii niestety nie da się dojrzeć, chociaż łąka nad jeziorem ma tam delikatną żółto-różową barwę (są, są takie konwalie). Nad wodą krąży mnóstwo ptaków, gdy szczęście dopisuje, widzę siwe czaple, jak dostojnie przepływają w przywyspowym powietrzu. Zapalam fajkę (jeśli silnie wieje od jeziora, trwa to dłuższą chwilę), otwieram moją mocno już podniszczoną książeczkę, kartkuję ostrożnie i czytam parę stron, od czasu do czasu popatrując na piasek na plaży. Czy spodziewam się coś zobaczyć? Tamte ślady i żółte sandały na brzegu? Czasami odruchowo spoglądam przez prawe ramię, czy aby na szczycie skarpy nie pojawi się znienacka stary dom z kamienia. Nie zjawia się nigdy, oni zresztą też nie, co mnie specjalnie nie dziwi, choć wiem, że pamięć i wyobraźnia chętnie podsunęłyby mi parę zupełnie rzeczywistych obrazów. Tak spędzam godzinę lub dwie, fajka dopala się, słońce gaśnie, deszcz – jeśli był – przycicha, ptaki powracają na Wyspę i w szuwary, a ja wędruję do naszego miasteczka. I tak rok w rok o tej samej porze, z małą przerwą na czas studiów, służby wojskowej i krótkiej wędrówki po świecie. Rok w rok od tamtej wiosny.
W liceum, które kiedyś kończyłem, uczę teraz literatury, od jakiegoś czasu rada miasta powierzyła mi także obowiązek przewodzenia naszej niewielkiej szkolnej społeczności. Wróciłem do naszego miasteczka po zaliczeniu kilku niezbyt udanych prób założenia gniazda w jednym z uniwersyteckich ośrodków. Powrót, choć z początku bolesny, nawet mnie specjalnie nie zdziwił; od tamtej wiosny wiedziałem, było to dla mnie absolutnie jasne, że prędzej czy później i tak mnie czeka.
Gdy przed laty zdawałem ostatnie egzaminy maturalne, wcale przecież nie było dla mnie oczywiste, że pojadę gdzieś po dalszą naukę, że w ogóle stąd wyjadę. Podobnie jak ja myśleli moi szkolni koledzy: Rufus, Długi, Jaszczur, Janko Muzykant, Sewer, dwaj młodsi bracia Li oraz inni chłopcy z naszej paczki: Maks, Pepe i starsi z braci Li, wszyscy, którzy skończyli szkołę parę lat wcześniej i którym wcale dobrze wiodło się w naszej nieco sennej, nieco omszałej mieścinie. Pracy, nie nazbyt ciężkiej, było tu dość, letnicy co roku przyjeżdżali do domków nad jeziorem, więc i dziewczyn – przynajmniej w czasie wakacji – nie brakowało, okolica była przyjemna, darmowych ryb w jeziorze wciąż sporo, lasy jeszcze niezadeptane, łąki ciepłe i miękkie, ludzie spokojni i ustępujący dla świętego spokoju młodym z drogi. Takie też wydawało nam się życie w miasteczku – łatwe i przyjemne, choć czasami leniwe. Wymyślaliśmy więc często coś dla hecy, dla zabicia nudy, dla zgrywy; a to nocą rozwaliliśmy starej Żydówce straganiarce kram na targu (że niby wichura), tak że cały następny dzień musiała spędzić na doprowadzeniu budy do jakiego-takiego porządku, a to spaliliśmy wyliniałego psa złośliwemu dziadowi, który włóczył się po okolicy, ludzi zaczepiał i studnie brudził, a to wrzuciliśmy chciwemu grubemu aptekarzowi nadmuchane żaby za kontuar, a one pękały z hukiem jak granaty w ogniu, a to podrzuciliśmy szczura do okienka głupiej kioskarce, która młodzieży nie chciała sprzedawać papierosów, to znów przemądrzałemu księdzu dobrodziejowi zwinęliśmy z zakrystii i utopiliśmy w jeziorze wszystkie ornaty, gdy odprawiał pierwszą poranną mszę, to przymusiliśmy do tego i owego którąś nadto oporną i nadto dobrze wychowaną panienkę z kolonii nad jeziorem. Nie należy sądzić, że była z nas jakaś łobuzerka, chuliganeria, czy coś w tym rodzaju, że było w nas jakieś zło wcielone, nie. Mnie tego psa nawet było trochę żal, ale dziadyga zalazł ludziom za skórę i należała się – tak wówczas uważałem – skurwysynowi odpłata. Ksiądz był w sumie w porządku, ale za dużo na nas pokrzykiwał z ambony i – byłem wtedy pewien – przydała mu się taka niewielka nauczka. Chłopaki uczyły się przyzwoicie (tylko Sewer repetował czwartą klasę), a ja, Piotr Merowik, nawet zupełnie dobrze; rodziny mieliśmy porządne, domy i obejścia zadbane. Wszystko brało się z nudy i naszego kozackiego, może nadto okrutnego stylu. Dawaj rebiata, poguliajem. Tak to widziałem wtedy, tamtej wiosny, gdy po raz ostatni zamykały się za mną drzwi klasy, w której urzędowała Wysoka Komisja. Ukłoniłem się jeszcze w progu szarmancko paniom profesorkom, pokazałem im (gdy już nie mogły widzieć) wielce obraźliwy gest, zmiąłem w ręce zapisaną kartkę, wyrzuciłem do kosza obmierzły krawat, roztrzepałem ulizaną grzywkę. Jeszcze wyniki i już wakacje. Co robić w ż y c i u dalej – nie interesowało mnie zupełnie.
Pierwszy zauważył ją Pepe, który zarabiał na bazarze sprzedawaniem jabłek. Po te jabłka, szampiony, koksy i kosztele, jeździł zdezelowanym roburem ojca do sadowników aż pod granicę z sąsiednim okręgiem i zupełne nieźle na tym prostym interesie wychodził. Więc, jak wieczorem opowiadał z przejęciem w „Złotym Linie”, naszej ulubionej tawernie na przystani, przyjechała na rowerze tuż po otwarciu targowiska i położyła swój koszyk z rybami na jednym z wolnych jeszcze o tej porze stołów. Tuż koło jego kramu, tuż obok skrzynek pachnących jabłkami. Usiadła na tym stole i zaczęła czytać. Gazetę? Nie, chyba jakąś książkę. Od czasu do czasu zachwalała swój towar, ale bardziej zajęta była czytaniem. Ryb – zdaje się – nie było za dużo, rozeszły się szybko i tyle ją Pepe widział. „To wszystko? I co w tym dziwnego? Bo to jedna dziewczyna handluje rybami na targu?” „Nie w tym rzecz, idioto, ona jest jakaś inna”. „Inna? Jak wygląda? Ma ogon i pazury, a ze ślepiów lecą jej iskry?”. „Nie, kretynie, jest inna i tyle. A twarzy nawet nie widziałem, bo nosi kaptur na głowie. Nawet nie wiem czy młoda, czy stara. I czy nie jakaś maszkara. Ale głos na miły”. „Miły głos! Chryste… No to trzeba ją sobie obejrzeć. A właściwie posłuchać. I – mówisz – że nigdy jej tu wcześniej nie było? Może jest z osady po drugiej stronie jeziora. Oni rzadko do nas zaglądają, mają swoje własne sprawy. To rzecz powszechnie wiadoma”.
Pepe lubił fantazjować, ale tym razem nie bujał zanadto. Rzeczywiście była jakaś dziwna. Obejrzeliśmy ją sobie już następnego ranka. Długi nawet próbował nawijać (Długi miał gadane, że hej!), ale nawet nie spojrzała na niego. Coś przecież ciągnęło nas do niej i zaczęliśmy obserwować dziewczynę z ukrycia. Najpierw ja, Długi i Jaszczur, potem dołączyli inni. Maks tylko nas wyśmiał, miał inny, zdecydowany, może nieco jednostronny pogląd w kwestii kobiet. „Nadajcie sprawie kryptonim: ‘dziewica jeziorna’, a jak już ugadacie, co i jak, możecie do mnie zadzwonić. Przyłączę się”.
Nieznajoma przyjeżdżała na targ prawie codziennie. Jej niewielki wiklinowy kosz wyłożony był liśćmi wierzby i przytroczony do bagażnika starej przerdzewiałej damki. Jak utrzymywała równowagę na tych wkołojeziornych wertepach, wiedziała tylko ona. Pewno większą część drogi szła, prowadząc swój rower. Ryb nie miała za dużo, zwykła drobnica, jakieś karasie, płotki, ukleje, kiełbiki, czasem trafił się okoń, czasem szczupak lub leszcz. Towar skromny i utarg niewielki. „Że też chce jej się pedałować taki kawał drogi, musi im bieda w osadzie doskwierać”. Ubrana zawsze tak samo, biała plisowana spódnica, biała kurtka z kapturem nasuniętym głęboko na twarz (kurtki nie zdejmowała nawet w ciepłe dni), spod którego wysuwał się kosmyk czarnych jak smoła włosów, na nogach żółte sandały. W koszyku zamknięta na holenderski kapsel butelka z grubego, ciemnego szkła, z wodą, może jakimś sokiem. No i ta książeczka. Zawsze taki sam, niezmienny rytuał: kosz i butelka na stół, rower prask na ziemię, ona na stół obok kosza, książka w rękę, głowa w książkę, twarz schowana pod kapturem, i co jakiś czas ciche, melodyjne: „Ryby, świeże, z dzisiejszego połowu, tanio”. Głos brzmiał jak igranie wiatru w liściach i gałęziach drzew rosnących przy targu i miało się wrażenie, że to drzewa sprzedają te ryby, nie ona. Z nikim nie rozmawiała, czasem tylko zdawało się, że czegoś nasłuchuje uważnie. Na nasze nieudolne szczeniackie zaczepki wzruszała ramionami i tylko głębiej chowała twarz w kapturze. „Jak ci na imię?” Cisza. „Jesteś z osady po drugiej stronie jeziora? Cisza. „Skąd te ryby? Łowi je twój ojciec, brat, a może twój chłopak?”. Cisza. „To jak, masz chłopaka?”. Cisza. „Po ile ten szczupak?” „Po trzydzieści za sztukę”. „A co pijesz z tej butelki?” „Rosę”. „Rosę??” Cisza.
Ogłoszono wyniki egzaminów (zdali wszyscy, a ja najlepiej), ale nas bardziej obchodziła tajemnicza dziewczyna z rybami. Chłopaków ogarnęła jakaś obsesja, mnie zaś dopadło najmocniej. Wyznaczyliśmy dyżury, kto, którego dnia, od której do której. Bracia Li usiłowali dziewczynę śledzić, raz i drugi, gdy wracała do domu, ale gubili ją już na skraju lasu. Nic z tego nie rozumieliśmy. Potem szedł za nią Jaszczur, ale zatrzymała się, zsiadła z roweru i tak długo tkwiła na poboczu drogi – oczywiście czytając tę swoją książeczkę – aż Jaszczurowi znudziła się ta zabawa w detektywa Gittesa.
I tak dzień po dniu. Czasem nachodziły nas wątpliwości, czy aby wszyscy nie ulegamy zbiorowej halucynacji. „Nauka zna takie przypadki. To wynik wkuwania po nocach i egzaminacyjnego stresu. Odreagowujemy, tworząc w zbiorowej podświadomości fantasmagoryczne zjawisko, które z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Ot, zwykła dziewucha, jakich wiele, może nawet dość zgrabna, tyle że typ samotnika i wyjątkowego dziwaka. Dziwaczki, bądźmy dokładni. Ale – moim zdaniem – warto popróbować”. „Z twojego uczonego bełkotu, Rufusie, wynika jedno. Za tydzień komers w naszej budzie, niech się dziewczyna określi, czy chce iść – a jeśli tak, to z kim – na naszą ostatnią szkolną zabawę. Zwycięzca stawia każdemu po pół metra piwa”.
– Tak, chętnie, ale pod jednym warunkiem. Z wszystkimi przecież nie pójdę, a żadnego z was tak naprawdę nie znam. Może tylko tego, który sprzedaje tu jabłka, ale on maturę zdawał już chyba dość dawno. Na imię mu: Pepe. No i znam jeszcze ciebie, wskazała na mnie, wołają cię „Mero”. To od imienia czy nazwiska? Kręcisz się tu bez przerwy. Też coś sprzedajesz na targu? – zsunęła kaptur z głowy.
Jęknęliśmy, a Rufus przysiadł aż na stołku. Była bardzo, bardzo ładna, jej migdałowe oczy błyszczały spod wąskich łuków czarnych brwi (ja wiem jak to głupio brzmi, ale jej oczy były migdałowe, żadne inne), a kruczoczarne włosy okalały łagodny owal twarzy („łagodny owal twarzy”, o Jezu).
– A warunek jest taki, znacie tę książkę? – podała Sewerowi niewielki tomik, ten, który codziennie czytała. Zauważyłem, że tytuł wypisano złotymi literami. – Nie? Nikt z koleżeństwa? Ależ z was prześwietni znawcy literatury! W takim razie ten, który chce iść ze mną na zabawę, musi książkę zdobyć i oczywiście przeczytać. Macie czas do jutra.
Siedzieliśmy na Rynku, przy fontannie z utopcem. Z okien magistratu spoglądał na nas burmistrz. Zawsze miał ten dziwny wyraz twarzy, gdy widział całą naszą paczkę.
„Ja tam żadnej głupiej książki szukał nie będę. Ani tym bardziej czytał. Czytania mam dosyć na następną dekadę. Poza tym raczej nie jestem w jej typie. A tak naprawdę wolę blondynki” – dziobaty Długi, który stąpał twardo po ziemi, odpadł od razu. Popatrzyliśmy po sobie. A potem na burmistrza. Dla takich migdałowych oczu? Rano przy straganie z rybami stawiło się nas czterech. Ja, Rufus, Janko Muzykant i drugi brat Li. Każdy z nas dzierżył pod pachą egzemplarz książeczki. Jak każdemu z nas udało się ją zdobyć, było niepojęte. Fakt faktem, staliśmy tam w czwórkę i zaskoczeni liczną konkurencją spoglądaliśmy po sobie.
– Jak książka? Podobała się? Ale czterech to nadal za dużo. Jestem tylko jedna. Nie mogę iść na zabawę z czterema. Słońce świeci nad każdą kałużą, ale przecież jest jedno. Ale gdyby ktoś z was nauczył się paru fragmentów z tej książki na pamięć, on będzie tym, z którym wybiorę się w sobotę na bal. Na kiedy? Na jutro, a jakże. Czas pędzi, nie czeka, panowie.
„Mam już tego dość. Wydałem pół stówy na tę książczynę. I teraz mam zakuwać na blachę? Jeszcze czego. Wiola pójdzie ze mną na komers, kobita aż nogami przebiera. Jak nie Wiolka, to ruda Marianna. Rzuciła mojego brata, więc jest wolna. A dajcież co zapalić”. Drugi brat Li znany był z powodzenia u miejscowych panienek. Janko Muzykant też się obruszył. „W głowie jej się przewraca. Cześć, ja pasuję. Idę poćwiczyć z kapelą. Przecież za parę dni mamy występ. Po co zresztą mam ciągnąć ze sobą babę, skoro całą noc będę grał?”. W ten sposób zostało nas dwóch: ja i wysoki, chudy Rufus.
Następny poranek zastał nas obu na targowym placu, cierpliwie czekających na dziewczynę z wiklinowym koszem. Przyjechała – jak zwykle – bardzo wcześnie. Bazar budził się do życia, handlarze otwierali budy, stragany; zaspani, zdrętwiali powoli rozpakowywali torby, rozkładali towary na ladach.
– Brawo! Oto finał godny olimpijskich zawodów. Który pierwszy? Powiedz, podobało ci się, Rufusie? Którą część lubisz najbardziej? To mądra książka i bardzo dla mnie ważna. Czytam ją wciąż i wciąż, i ciągle znajduję tam coś nowego. Chciałabym, aby taka była i dla was. Hej, Rufusie, poczekaj. Rufusie!
Dziewczyna roześmiała się głośno.
– Widzę, Mero – mogę tak do ciebie mówić? – że zostaliśmy sami. Czułam, że to będziesz ty. I wiesz co? Z przyjemnością pójdę z tobą na ten szkolny ubaw. Ale musimy się trochę poznać. Nawet nie wiesz, jak mi na imię. Powiem oczywiście, że powiem. Nie w tej chwili, ale już wkrótce. Wieczorem odnajdziesz mój dom na tamtym – wskazała ręką – brzegu jeziora, na skarpie nad małą zatoką. Nie obawiaj się, trafisz na pewno. Torfowisko obejdź z prawej strony, tylko uważaj – tam zdradliwe bagniska. Idź ścieżką i nie zbaczaj w las. Poznasz moich rodziców, ucieszą się bardzo. Widzisz, jesteśmy tradycyjną rodziną – muszą wiedzieć, z kim ich córka idzie, hm, na… bal. Jestem też strasznie ciekawa, co sądzisz o książeczce, której lekturę zadałam. Pewnie uważasz mnie za zwariowaną nudziarę?
Spojrzała do koszyka, dziś leżał tam tylko jeden duży, tłusty karp.
– Był sobie syn króla smoka, który przyjął postać karpia, lecz został chwycony przez rybaka i wystawiony na sprzedaż na targu. Poradź mi, Mero, co mam zrobić z tą rybą? Sprzedać karpia czy wypuścić do jeziora? O, widzę z twych oczu, że mam mu zwrócić wolność – wsiadła na rower i już jej nie było.
Dotarłem nad zatoczkę, gdy zapadał wieczór. Niebo było czyste, jasno świecił księżyc. Drugi, jego brat-bliźniak, spoglądał na mnie z wody. Na skarpie nad małą piaszczystą plażą stał murowany, nieduży dom. Dwoje starych ludzi, kobieta i mężczyzna, wyszło mi naprzeciw. „To pan jest Mero?” – mężczyzna, zapewne ojciec dziewczyny, wyciągnął do mnie rękę, a kobieta, pewno jej matka, patrzyła na mnie z uśmiechem. „Czekaliśmy na pana. Prawdę powiedziawszy, czekamy od dawna. Proszę wejść do środka” – stara kobieta wzięła mnie za rękę i poprowadziła za sobą. Wszedłem do małego, przytulnego pokoju, ale w pokoju nikogo nie było. Drzwi werandy prowadzącej nad jezioro były otwarte, w oknie, poruszana wiatrem, trzepotała firanka. Wyszedłem na zewnątrz. Na piasku, od skraja skarpy do jeziora biegły ślady stóp. Zsunąłem się ostrożnie na plażę. Spokojne, senne fale obmywały żółte sandały, leżące przy brzegu. Rozejrzałem się bezradnie. Spojrzałem przez ramię. Szczyt skarpy był pusty. Sitowie w zatoce szeleściło cicho.
W lipcu zdałem egzamin na uniwersytet i po wakacjach pojechałem na studia; razem ze mną wyjechało z miasteczka kilku chłopaków: Rufus, Janko, bracia Li, inni też, nawet Długi. Wróciłem jednak tylko ja. W liceum, które przed laty kończyłem, uczę teraz literatury, nauczam właściwie tylko z tamtej książeczki, którą kiedyś czytała na targu dziewczyna z wiklinowym koszem. Jest w niej prawie wszystko, po co więc mam sięgać po inne lektury? Z tego co wiem, nikt teraz w aptece nadmuchanych żab za kontuar nie wrzuca.
***
Z cyklu Daimonia
Guanyin, chiński odpowiednik indyjskiego bodhisattwy Awalokiteśwary, „Obserwującego dźwięki świata”, przedstawiany w postaci kobiecej (japońska Kannon). Jeśli cierpiąca istota wypowie jej imię i gorliwie ją wezwie, G. usłyszy wezwanie i wybawi tę osobę od trosk i cierpienia.
Według legendy przytoczonej przez Josepha Campbella.
Cała radość sztuki pisania
Przepisuję z “Dopóki mamy twarze”, ostatniej powieści C.S. Lewisa, będącej opowiedzianym na nowo mitem o Psyche (ukaże się niebawem, nakładem wydawnictwa Esprit, w przekładzie Alberta Gorzkowskiego):
Kiedy Lis uczył mnie pisania po grecku, nieraz mawiał: “Dziecko, wyrazić dokładnie to, co masz na myśli, wyrazić w całości ni mniej nie więcej tylko to, co rzeczywiście pragniesz powiedzieć – oto cała radość sztuki słowa” Ładnie powiedziane.Ale kiedy nadejdzie chwila, gdy musisz wreszcie wyrazić słowami to, co od lat leży ci na duszy, i co cały czas powtarzałeś sobie w kółko jak idiota, na pewno nie zaznasz przy tym żadnej radości.
Zostać czy nie?
Już niebawem ukaże się pierwsza książka z nowej serii zainicjowanej przez wydawnictwo Czarne. Tytuł serii mówi sam za siebie „Proza świata”, co oznacza, że oficyna zamierza wyjść poza klimaty europejskie. „Jeszcze rok” Sany Krasikov, zbiór opowiadań rozpoczynający serię, jest dobrym pomostem łączącym stare przyzwyczajenia wydawcy z nowymi ambicjami. Krasikov to młoda Gruzinka mieszkająca obecnie w Stanach i pisząca po angielsku. Cieszę z niej szczególnie, bo jest doskonałym dowodem na to, że nie można się krzywić na krótką formę i w ten sposób pozbawiać czytelnika kontaktu z tym, co naprawdę wyborne.
Opowiadania Sany są mocno ze sobą spojone – traktują o emigrantkach, przeważnie Gruzinkach jak autorka. Jej bohaterki uchwycone zostały w stanie zawieszenia, nie wiedzą, czy wrócą czy nie, bo wciąż nie mogą się zaadaptować do nowych warunków. Dają sobie więc jeszcze rok, a może kolejny, wierząc, że potem wszystko się zmieni. Wreszcie podejmą decyzję. Sytuacja emigrantek ładnie się tu przekłada na sytuację ciągłego odkładania szczęścia na potem, tej tkwiącej w wielu ludziach nadziei, że coś się samo cudownie kiedyś załatwi albo że wreszcie wystarczy odwagi, by wszystko rzucić w diabły. Pięknie to napisane, nasycone odrobiną wschodniego absurdu, ale pozbawione okrucieństwa wobec portretowanych.
Brakujące ogniwo
Kiedyś tam recenzowałam książkę „Jak napisać powieść” Nigela Wattsa. Pewnie przydatną jako zbiór wskazówek, ale po dziś dzień mało praktyczną w naszych realiach. Kiedy już się zakończy ten proces – twierdził mniej więcej autor – dzieło należy złożyć agentowi literackiemu. Taaa, agent literacki, słyszałam o tej mitycznej instytucji, nawet podobno w Polsce jacyś są, ale funkcjonują w połączeniu z nazwiskami pisarzy (np. agentka Czesława Miłosza), bardziej jako pośrednicy w kontaktach ze światem. Lecz ciągle nie tak, jak Lucy Flammia, agentka, u której zatrudnia się Angel Robinson, bohaterka „Ślepego posłuszeństwa” Debry Ginsberg (powieść właśnie wydał Rebis). Pochłonęłam tę opowieść w jeden wieczór, wciąż pytając się, dlaczego u nas nie ma tak fajnie? Dlaczego tak niewiele osób chciałoby wyręczyć pisarzy w zajęciach odbierających im energię? Pewnie dlatego, że procent z zaliczek wystarczyłby na opłacenie rachunków za gaz i że nie ma mowy o żadnym licytowaniu się między potentatami rynku, choć wiadomo, że pisarze przeskakują z jednego wydawnictwa do drugiego, celując w te bogatsze. Eh, tak sobie nieśmiało coś złożyć do agencji i zostać odkrytym, jak tajemniczy Eskimos u Ginsberg. Tak się oddać w dobre ręce z zaimpregnowanymi łokciami. I móc wreszcie powiedzieć, że nasz rynek osiągnął normalność. Za pewną cenę, o czym mówi ta powieść, którą wchłonęłam przez wieczór (468 stron, ha!)