Maria Chmielarz: Cienie

Ciemny, pokryty resztkami kredowej farby tunel, prowadzi na smutne, wewnętrzne podwórze. Przekraczam go jak strefę demarkacyjną. Gdyby nie lata praktyki i pamięć mięśniowa, z pewnością teraz wyłbym z bólu, bo moja noga powinęłaby się na niskim, wystrzępionym schodku, uparcie leżącym przed wejściem na klatkę.
Klatka schodowa, od lat bez domofonu, obskurna, z ciągle nowymi warstwami farby olejnej na i tak już udręczonych kornikami drewnianych
schodach.
Krok za krokiem, stopnie przesuwają się pode mną. Śródstopie trzeszczy
przy każdym stąpnięciu, stanowiąc rytmiczne tło dla skrzypnięć wyschniętych ze starości stopni. Nareszcie poddasze i koniec poręczy, jeszcze tylko znalezienie kluczy i po dwa przekręcenia trzech zamków.
Za progiem nagły atak zmęczenia przypomina mi, że do układania drapieżnych kotów nie wystarczy przeczytanie podręcznika: “Tresura dzikiego znużenia nie tylko dla orłów”.                                                   
                                                                  ***
 
Kolejny sen o tej samej drodze. Co noc ten sam, co noc kończący się za
drzwiami mieszkania.
Milcząca, cykliczna katorga. Koszmar, obraz monotonii. Okrutna drwina
odpadków świadomego życia.
 Mimo kilkunastu godzin snu jestem bardziej zamęczony niż przed zaśnięciem. Kark pulsuje napiętym bólem po kawalkadzie skondensowanych nocnych obrazów, plecy ciążą jak granit, zgniatają prześcieradło i niosą zagładę tysiącom roztoczy.
Zimny strach przebudzenia między żebrami, jak Obcy, mości sobie miejsce, wgryzając się w żołądek.Szary pokój, szare cienie słońca na ścianie i postacie między nimi. Dwie z nich wychylają główki. Patrzą na mnie twarzyczkami pozbawionymi mimiki.
Wszystko zaczęło się siedem lat temu, gdy nastał pierwszy Dzieniodzień. A ściany domów zacieniły się.
Wtedy to Cienie zamieszkały też na moich ścianach. Teraz gromadzą się i prowadzą swoje „cieniste” życie towarzyskie między konturem szafy a framugami okien. Zachęcają.
 Obserwuję je okiem wprawnego naukowca, jak kolonie chorobotwórczych bakterii na szalkach Petriego. Nie są groźne, póki nie ingeruje się w ich życie własnym cieniem.
 Jestem posiadaczem magicznego, zielonego sznurka, który przywiązałem do ażurowego stelaża przy wezgłowiu łóżka. Połączony z zasłonami o siatce drobnych oczek, przepuszcza tylko odrobinę światła. Jedno jego szarpnięcie wystarczy by skromny światek grafitowych postaci uwięzić i na chwilę z naukowca przeistoczyć się w strażnika.
 Dni stają się coraz dłuższe, powoli nadchodzi Dzieniodzień – jak co pół
roku. Kraty zasłon przestają mnie chronić przed ich wpływem na moją
szarość.
Cienie czując to, zrobiły się bardziej przestrzenne.
Coraz więcej światła, coraz ostrzejsze kontury naściennych postaci. Przypominające krawędzie żyletki.
 Tym razem przykucie do łóżka i niemożność ucieczki, ukrycia się przed
nimi, był wyrokiem odbywanym za kratami samotności. Tunel bez żarówki u kresu otworzył się w mojej głowie, cienie bezbłędnie namacały dłońmi z powietrza jego mroczną obecność.
 Dialogi istot z półmroku ciągle drgają na płaszczyźnie ściany, a ich twarzyczki marszczą słowa, nakładając geometrycznie światłocień.
 Warkot tych zmarszczek zagina moją przestrzeń za oczodołami, wprawia w drżenie każdy receptor bólu.
 Wyciągnąłem rękę i przyłożyłem opuszki palców do ściany, żeby lepiej
słyszeć. Ściana wibrowała i była ciepła.
 Wystraszony cofnąłem dłoń. Na powierzchni zostały ciemne punkty po palcach, jakby moje ręce były ubrudzone sadzą.
Punkty zbiły się w ciemną plamę, którą wchłonął cień rozlewający się najbliżej.
– To jest żywe! Jednak się nie mylę – krzyknąłem w sobie, nie drażniąc powietrza falami dźwiękowymi.
 Opuszki palców mrowiły jakby zetknęły się z lodem. Energia cieplna mojej dłoni została jakimś sposobem zaabsorbowana i przeistoczona w składową śródściennej krainy.
Natrętna myśl pojawiła się w mojej głowie – dotknij, poczuj mnie !  Przysunąłem więc stołek żeby podeprzeć łokieć, który  osunął by się pod wpływem grawitacji i osłabienia mięśni.
 Ściana nadal drgała, nie wydając żadnego tonu. Była teraz gorąca i lepka. O dłoń już nie musiałem się martwić, sama mocno przywarła do nibysluźni tynku.
 Strach ustąpił, mięśnie szkieletowe rozluźniły się. Otworzyły się we mnie kanały, które rytmicznie kurczyły się i rozkurczały, tworząc siłę ssącą. To ona kolejnymi haustami przesuwała energię cieplną od stóp; głowy, poprzez tułów, do aorty ręki przy ścianie.
 Kątem oka widziałem, jak przy kolejnym skurczu ściana na styku dłoń-tynk, zalana zostaje kolejnymi porcjami substancji cienia, tworząc coś w rodzaju kałuży na pionowej tafli.
Stopy, dłonie, uszy, nos, czubek głowy powoli stygły, skóra broniła się jeszcze przed oddaniem ciepła gęsią skórką. Uczucie chłodu i przejmujące drżenie potęgowało się po każdym spazmatycznym impulsie.
 To powinno mnie otrzeźwić i zmusić do oderwania dłoni. Zamiast tego wczuwałem się w każdą falę dreszczy i ukłuć przejmującego bólu w klatce piersiowej.
Czarna otchłań zaczęła się powoli przeciskać, jak zator przez powstały kanał. Począwszy od półkul mózgowych przez „macicę” szyi dusząc mnie i dalej. Siła ssąca transportowała ją do ramienia w kierunku ściany, tuż za śladem energetycznym.
Z wolna ciepło poczęło wracać do stóp, ale już czułem, jak wiercę się w przestrzeni swojego ciała. Szybkie, rytmiczne kurcze uwolniły mnie w sobie. Odlepiłem się od ścianek swojej powłoki cielesnej i pełzłem za ciemną kulą przedzierającą się przez jeszcze moje przedramię.
Ucisk na świeżo odspojoną powierzchnię mojego nowego ja był tak
silny, że zapadłem się w trwanie bez doznań.
 

 

                                                                  *** 
– Jak to się mogło stać ? – lamentowała sąsiadka, siląc się na szczerość
swoich łez.
Przez wilgotne, ale nie smutne oczy patrzyła z chciwą ciekawością na łóżko, gdzie leżały zwłoki młodego mężczyzny przypominające zmumifikowane szczątki z Doliny Królów.
– Przecież wczoraj żył, normalnie, herbatę mu przyniosłam, gorąca była!
To było przecież tylko jakieś przeziębienie, tak to wyglądało, panie dzielnicowy.

 

 

Comments

Leave a Reply