Kundera

Tak, jasne, to już nie ten Kundera, co z czasów „Nieznośnej lekkości bytu” czy „Księgi śmiechu i zapomnienia”, to Kundera gazetowy: z felietonów, esejów, wystąpień okolicznościowych na temat i w obronie, z jednej rozmowy o Rabelaisie (swoją drogą, to jednak ewenement, by we współczesnej prasie gadać o starym Rabelaisie, wyobraźcie sobie Państwo, na ten przykład pogawędkę o Kochanowskim w „Newsweeku”, niechby i świątecznym).

Jako rzekłam „gazetowy”, a dalej swój, wypełniający przydzieloną mu szczupłą przestrzeń opowieściami o tym, jak czytać, jak słuchać, jak patrzeć.  Mało tego miejsca, to musi być sama esencja, jakiej nie można mylić z mówieniem oczywistości. Kto się zastanawiał choćby nad tym, że u Dostojewskiego nie ma humoru, a tylko sygnały tego, że bohaterowie się śmieją. Albo przejrzał powieściowych klasycznych bohaterów pod kątem tego, czy mają potomstwo. Albo wytłumaczył sobie zdeformowane Baconowskie twarze tym, że masakrując je, artysta szukał tego, co jest w środku.

Kundera zarzekał się bodaj, że nie napisze już powieści. Ledwie się zarzekł, wrócił na „salony” jako ofiara kolejnej fali lustracyjnej, eh, pewnie dlatego, że Czesi nigdy za nim specjalnie nie przepadali. Rozeszło się, szczęśliwie, po kościach. No a teraz mamy „Spotkanie”. Nie do przeoczenia.

Comments

Leave a Reply