Selby, czyli eksperymenty sprzed lat

Koniec roku, to oczywiście czas podsumowań, z których mnie oczywiście dotyczą te pod hasłem „Co tam pani w literaturze?” Jedno większe już uskuteczniłam, ale się tu nie będę reklamować, bo  chyba jeszcze nie poszło.

Ale tak korzystając z paru wolnych dni i braku telewizora, nadrabiam czytelnicze zaległości, bo ani w przyszłym, ani pewnie w kolejnych latach po pewne książki nie sięgnę, bo będę musiała skupić się na rzeczach premierowych.

„Piekielny Brooklyn” Huberta Selby Jr to z pewnością nie jest idealna pozycja na święta, z drugiej  jednak strony ze specjałów okazjonalnych wolę raczej filmy, a lektury dobieram sobie na zasadzie płodozmianu gatunkowo –tematycznego, żeby mi się nie znudziły. No dobra, to chyba jasne w moim przypadku. Tak czy siak, wracając jeszcze do podsumowań, trochę się w tym roku ukazało rzeczy mocno spóźnionych w stosunku do ich światowych premier. Część w  ramach intrygującej serii „Nowy kanon” (zapoznany Balzac, Colette, świetny Grosmann), inna część za sprawą wydawnictwa Niebieska Studnia, które wiosną sprezentowało nam legendarnego Huntera S. Thompsona, a późną jesienią kontrowersyjną powieść Selby’ego właśnie.

Znaną już poniekąd za sprawą filmu pod tym samym tytułem, ale film pochodzi sprzed 20 lat i ja także go nie pamiętam, nie wiem, czy był na polskich ekranach. O zawartości książki króciutko: to zbiór połączonych miejscem (Brooklyn) i czasem akcji (lata 50) historii poświęconych ludziom żyjących w tytułowej dzielnicy. Bohaterowie książki to m.in. prostytutka Tralala, działacz związkowy Harry, transwestyta Georgette, młody przestępca Vinnie oraz , stara wdowa Ada (bodaj jedyna jednoznacznie pozytywna postać) i wiele typów drugoplanowych wypełniających ostatnią część, w tym świetny „chór” kobiet.

O szumie, jaki wywołała powieść, nie wspomnę wiele (autora oskarżono o pornografię, odbyło się wiele procesów, nieco to wszystko przypomina perypetie Henry’ego Millera), bo skoncentrowałam się na formie. Bardzo ciekawej. Już w rozdziale interludium uderza włączenie kwestii wypowiadanych przez wiele osób w jeden strumień świadomości. Dziwne to, ale wywołuje efekt zgiełku, przekrzykiwania się, jest szalenie dynamiczne. Równie wyborny jest świetnie podsłuchany monolog o weselu. I na koniec  w „Kodzie” istna eksplozja narracyjnych eksperymentów, z której największe wrażenie zrobił na mnie opis komunikującego się wrzaskiem i przy pomocy pięści małżeństwa. Ciekawa jestem, czy sam autor zapisał te wrzaski dużymi literami, czy też to decyzja wydawcy korzystającego z tego, że w internetowym przekazie duże litery oznaczają krzyk właśnie – lecz ten dialog wręcz daje po uszach.  Podobno wszystko to wynika z tego, iż autor nie przejmował się regułami tradycyjnego zapisu, może i nie, trudno mi sobie jednak wyobrazić to wszystko w innej postaci graficznej.

Nie wiem, jaką dać kodę, po prostu – warto się skusić.

 

Comments

Leave a Reply