Marcin Królik: Włosy

Mądrość ludowa powiada, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, i to z boku, żeby w razie czego łatwiej było wyciąć. Dorzućmy do tego kuferka kolejne odkrycie: z rodziną najlepiej spotykać się w Boże Narodzenie i zwijać manatki przed Sylwestrem. Trzymałem się tej złotej zasady, odkąd wyjechałem na studia. Potem wszczepiłem ją mojej żonie. Dzięki zaś żelaznej dyscyplinie, z jaką ją stosowaliśmy, stary dobry Cisów z jego barokowym kościołem, parkiem poprzecinanym wstążką rzeki i stanowiącym lokalną wszechnicę kultury klasycystycznym pałacem wciąż wydawał się nam godny powracania.

– Weźże, zgól tę wstrętną brodę! – wybuchła na powitanie moja droga i wielce tolerancyjna mamusia.

  Dziesięć lat temu identycznie było z włosami.

Pióra opadające na ramiona ciężkimi falistymi kaskadami udało mi się wyhodować po miesiącach wyrzeczeń. Nosiłem je z dumą niczym symbol mojej niezależności i wolności. Z zaciśniętymi zębami cierpiącego za słuszną sprawę męczennika wytrzymywałem niekończące się rodzinne lamenty, że niedługo zacznę wyglądać jak pospolity lump – jeden z tych leżących w krzakach, pokłutych igłami i wiecznie uwalonych kompotem z makowin ćpunów, którzy stali się istną plagą na naszej ulicy, kiedy byłem dzieckiem. Nie przekonywały ich tłumaczenia, że kompocik pani Lusi już dawno wyparły gandzie i kreski, a w ogóle współcześni kokainiści i morfiniści najczęściej noszą markowe ciuchy i strzygą się przeciętnie raz na miesiąc.

 Mój wspaniały pióropusz – był naprawdę dorodny i dbałem o niego jak o relikwię – straciłem przed studniówką, ale nie wskutek pedagogicznych zabiegów połączonych oddziałów mamy i babci, lecz dlatego, że założyłem się z kumplem.

– Założę się, że ich nie zetniesz – podpuszczał mnie Ziggi. – Stawiam dużą czekoladę, największą, jaką można kupić w tej pieprzonej dziurze.

Wyszedłem, a po godzinie wróciłem do niego obcięty jak pod linijkę. Ostrzygł mnie pewien dziwaczny gość – najprawdziwszy golarz, trochę grubawy, w białym fartuchu i z brzytwą. Jego zakład był jedynym, który wówczas kojarzyłem. Mieścił się w pasażu handlowo usługowym przy Mazowieckiej (głównej ulicy miasta) i wtłoczony pomiędzy sklep obuwniczy i salon z telefonami komórkowymi, które pod koniec lat dziewięćdziesiątych dopiero raczkowały, sprawiał obłędne wrażenie.

 Podobnie jak właściciel, który nazywał się Stanisław Miziołek, wyglądał jakby czas za jego drzwiami zatrzymał się na Gomółce albo późnym Gierku. Podłoga okryta szaro zieloną wykładziną, wybrzuszającą się na samym środku, brudno piaskowa lamperia, ogromna lada zawalona stertą fryzjerskich akcesoriów i czasopism, lustro poznaczone na krawędziach tłustymi smugami i przysadziste fotele, które nietrudno byłoby sobie wyobrazić w roli narzędzi tortur psychopaty – a to wszystko skąpane w zimnym blasku jarzeniówek. Dziś jakiś sprytny designer zapewne ochrzciłby ten wystrój mianem oldskulowo kultowego, ale wtedy przybytek pana Miziołka był po prostu syfiasty, a dzięki temu tani. Ale jednocześnie w jakiś przyjemnie szorstki sposób twardy, męski.

– Nie szkoda ci takich pięknych włosów, chłopcze? – zapytał, wiążąc mi pod szyją cuchnącą odczynnikami szmatę i odpalając elektryczną strzyżarkę.

A potem, gdy większość mej dumy ścieliła się wełnistymi kłębami wokół fotela, dodał:

–Dzielnieś to zniósł, bracie. Jednego razu jak jeszcze goliłem w jednostce, przyprowadzili mi chłopaki z żandarmerii takiego rekruta, co się kurewsko wyrywał. A jak już było po robocie, to się wziął i popłakał. To był jakiś tam hipis, pacyfista – diabli go wiedzą. Siłą go musieli do woja wlec. A ty przypadkiem nie jesteś hipis, co?

 – Nie.

  –To dobrze. To była, bracie, hołota, jakiej świat nie widział. Bród, smród i rozpusta. Łaziło to całe dnie schlane, zaćpane, nie pracowało… Że niby protestowali, o jakieś niby ideały walczyli. No – przejechał mi po głowie miotełką – to jesteś, bracie, facet jak ta lala. A jak maturę zdasz, będziesz mężczyzna pełnoetatowy.

Dzień przed pisemnymi znów go odwiedziłem. A potem przed wyjazdem na studia. Strzygł mnie też do ślubu. Robił się przy mnie gadatliwy. Najczęściej politykował. Piętrzące się na ladzie gazety to był głównie „Nasz Dziennik”, a ze stojącego obok nich radia sączył się katolicki głos z Torunia, toteż łatwo się domyślić kierunku, w jakim podążały jego poglądy, ale mnie to nie przeszkadzało – puszczałem jego diatryby o odżydzaniu parlamentu mimo uszu, potakując z grzeczności.

 Miał za to ciekawą, wywiedzioną z wojskowej praktyki filozofię glacy. Uważał, że przynajmniej raz do roku należy się ogolić na łyso – całkiem na zero, do gołej skóry. Potem włosy są zdrowsze i silniejsze, no i łupież się nie zalęga. Wypróbowałem jego metodę i spodobało mi się – znów ku rodzinnej zgrozie.

 – Najpierw Mojżesz, teraz bandyta! – żachnęła się matka, gdy przyjechałem na wakacje łysy jak buddyjski zakonnik.

 Na mieście starsze panie pierzchały przede mną jak przed zarazą.

 – Zmiłuj się, synciu – załamywała ręce babcia – już mówią, że taki byłeś dobry chłopak, do kościoła chodziłeś, nawet na księdza się miałeś szykować, a teraz zrobił się z ciebie pospolity skin.

 Rodzina – ani z nią, ani bez niej.

 – Nie zgolę brody – oświadczyłem stanowczo mojej żonie kilka godzin przed wigilijną wieczerzą.

Nie znosiła mojego zarostu, ale w ramach wypracowanego po długich i żmudnych negocjacjach kompromisu pozwalała mi zapuszczać brodę na jesień i zimę. Zresztą identyczne pertraktacje doprowadziły do uzyskania przeze mnie glejtu na golenie głowy i utrzymywanie jej w stanie lśniącej żarówy przez cały okres letni. O ile jednak do bezwłosowości z czasem się przyzwyczaiła, a wręcz zaczęła ją darzyć najpierw ostrożną, a potem czułą sympatią, o tyle brodę zaledwie tolerowała, skarżąc się, że przeszkadza w łóżku.

Nie przekonywała jej ideologia, jaką do kwestii zarostu dorobiłem. Za nic nie chciała słuchać o mistycznej transgresyjności doświadczenia przemiany wyglądu, ani o wiosennym pozbywaniu się brody jako wielkomiejskiej analogii do topienia marzanny. Z nadejściem września nasze życie łóżkowe ubożało o wszelkie elementy oralne. Teraz mając po swojej stronie babską koalicję postanowiła zerwać nasz kruchy pakt.

Zaczął się więc zmasowany desant lądowy.

– Przecież ty w ogóle nie umiesz o nią dbać. Rośnie ci jak chce. W ogóle jej nie skracasz, nie przycinasz. Trudno utrzymać ją w czystości, bo bez przerwy nurkujesz nią w jedzeniu. Nie jesteś zresztą stworzony do noszenia brody. Ona cię postarza. Masz bardzo ładną linię twarzy i nie musisz jej ukrywać.

 – A nie wydaję ci się bardziej męski? – podjąłem rozpaczliwą próbę ratowania swych okopów.

 – Męski? Chyba raczej niechlujny. Kochanie, proszę cię, zrób coś z tym. – I wreszcie ostateczny cios. – Zrobisz babci miły prezent na święta.

– Dobra – skapitulowałem. – Mogę się zgodzić na skrócenie.

– Na pewno zrobisz to krzywo. Powinieneś pójść do fryzjera, który zrobi to fachowo. Tylko wątpliwe, czy teraz jeszcze zdążysz. Chyba że spróbujesz u tego faceta, który strzygł cię do ślubu. Jak wracałam od bankomatu, widziałam, że jeszcze miał czynne.

Krytyk literacki zapewne skrzywiłby się w tym miejscu zniesmaczony i złajał mnie za zbyt proste, samo narzucające się rozwiązanie fabularne. Lecz żaden z nich nie ma pojęcia o kruchości, jaką zyskuje moje serce, gdy ta wspaniała, kochana dziewczyna patrzy na mnie w taki sposób, w jaki spojrzała wówczas.

 – W porządku. Idę.

Zmierzając do zakładu Miziołka, uprzytomniłem sobie nagle, jak ważne miejsce włosy oraz ludzie mający z nimi do czynienia zajmowali w moim dzieciństwie. Byłoby delikatną przesadą stwierdzić, że się wokół nich kręciło, niemniej stanowili jeden z jego filarów. I tak oto dobrnęliśmy w tej historii do momentu proustowskiego. W tej chwili pierwszoosobowy narrator, pomimo iż nie poczuł woni magdalenki umoczonej w herbacie lipowej, dryfuje w zamierzchłą przeszłość.

Tak więc sześcioletni, trzymając się mamusinej dłoni, wkraczam do przestronnego wnętrza pachnącego szamponami, farbami do włosów i lakierami utrwalającymi. Przez wysokie, czyste okna ukośnie wpada słoneczne światło i ścieli się ciepłymi plastrami na podłodze wyłożonej zielonym, wyszorowanym na wysoki połysk linoleum, tęczuje w krawędziach luster i okrywających szeroki kontuar szybach, pod którymi tkwią barwne zdjęcia najmodniejszych fryzur. Obok nich leżą gazety – nie żadne tam „Trybuny Ludu”, „Nowe Wsie” ani „Przyjaciółki”, tylko oryginalne wydania „Elle” i „Vogue’a” o śliskich, połyskujących lepszym światem okładkach, z których bielutkimi zębami uśmiechają się do mnie opalone, nieziemsko piękne kobiety i muskularni mężczyźni o wydatnie zarysowanych kościach policzkowych, jasnych oczach i w obcisłych ubraniach, których u nas nie można prawdopodobnie kupić nawet w położonej w centrum galerii.

Kierujemy się do drugiego, mniejszego pomieszczenia, do którego wchodzi się po trzech stopniach. Dopiero tu objawia się prawdziwy luksus. Tu jest królestwo pań spoczywających nieruchomo i sennie, w pozycji półleżącej pod przypominającymi dzwony suszarkami. Tu urzęduje szef, którego boją się wszystkie pracujące w zakładzie dziewczyny i przemykają między klientkami bezgłośnie jak uzbrojone w lokówki duchy.

 Szef – niski, krępy mężczyzna o małych, ruchliwych oczkach prywaciarza – wita nas osobiście.

 –Jak pan sobie dziś życzy? – zwraca się do mnie.

  –Na jeża – odpowiadam.

  –Słusznie, słusznie. To idealna fryzura na lato. Zapraszam na fotel.

 Przeważnie strzyże mnie on sam, jego żona, bądź najstarsza córka. Nie wracamy do dużej sali – zawsze jestem obsługiwany właśnie tutaj, wśród dyskretnych młodych fryzjerek, szumu suszarek i kobiecych pogaduszek. Podczas gdy mama siedząc w kącie przy oddzielającej oba pomieszczenia kotarze przegląda jedno z tych zagranicznych czasopism, szef błyskawicznie obskakuje mi głowę nożyczkami i grzebieniem, w międzyczasie gawędząc ze mną o planach moich lotów w kosmos.

Nazywa się Bogdan Popławski i jest jedynym bogatym człowiekiem, jakiego znam. Zakład znajduje się na tyłach jego domu – wspaniałego, piętrowego, z dużymi widnymi pokojami, tarasem, ogrodem i wystawionym ku niebu talerzem anteny satelitarnej. Do domu można się dostać bezpośrednio stąd, schodami ukrytymi za kolejną kotarą z kolorowych frędzli. Czasem tam gościmy.

 Popławscy to dobrzy znajomi babci. Babcia ma piękne grube gęste włosy sięgające do pasa, ale odkąd rejestruje moja pamięć, nosi je upięte w okazały ciężki kok podtrzymywany niewyobrażalną ilością wsuwek i dodatkowo wzmocniony lakierem. Niektóre pasma skręcają się w kółeczka i ślimaczki i, żeby tej wspaniałości nie popsuć, zawsze śpi w chustce. Kilka razy do roku – zwykle w okolicy świąt lub imienin – chodzi do Popławskich, a pan Bogdan lub jego żona, która ma na imię Bogumiła (Bogusia), rozczesują to niesamowite dzieło sztuki, myją uwolnione włosy, poddają je jeszcze jakimś innym czarodziejskim zabiegom odżywiającym, a następnie na powrót zaplatają.

 Popławscy też składają nam wizyty. Przychodzą na imieniny babci lub dziadka i są kluczowymi gośćmi. Pan Bogdan – jowialny, ruchliwy i zawsze w swetrze w serek – jest duszą towarzystwa, ale gdy kończy jeść, nie ma siły zdolnej zatrzymać go za stołem. Ostatni kęs jaja w majonezie lub kiełbasy to znak dla jego żony, że pora zacząć się żegnać. Lubię ich córki – o najstarszej, tej która niekiedy mnie strzyże, mówi się, że ma włoskiego narzeczonego, a średnia, starsza ode mnie o sześć lat, nigdy się ze mną nie nudzi.

Pan Bogdan jest niezniszczalny – nie jest go w stanie pokonać nawet poważny wypadek samochodowy, który przydarzył mu się, gdy wracał w ulewnym deszczu z jakichś targów dla fryzjerów. Pani Bogusia mówiła potem, że w chwili, gdy to się stało, zmywała naczynia i talerz, który akurat zamierzała wytrzeć, wypadł jej z rąk i stłukł się w drobny mak. Przez pierwsze dni nie było wiadomo, czy w ogóle przeżyje. Zagrożenie jednak w końcu minęło, ale w szpitalu leżał prawie pół roku. Po powrocie, z powodu niesprawnej ręki, której nie dało się już w pełni przywrócić do funkcjonowania, przestał strzyc i ograniczył się – ku boleści pracujących u niego fryzjerek – do skrupulatniejszego niż kiedykolwiek dotychczas zarządzania. Ale mimo wszystko trwał na tronie niekwestionowanego króla cyrulików.

Trwa na nim do dziś. Choć przez te lata Cisów się rozwinął – jak grzyby po deszczu powyrastały salony piękności, kluby fitness, siłownie i gabinety masażu – prestiż Popławskich, jako pionierów stylizacji pozostał nienaruszony. Król i królowa wprawdzie przeszli już w stan spoczynku, ale ich zakład przejęła najstarsza córka, która – z tego co wiem –  nie wyszła jednak za wymarzonego Italiano. Średnia otworzyła własny salon. Moja żona raz robiła sobie u niej balejaż i była zachwycona.

 No, tośmy się zapędzili. Pora wracać do głównej linii fabuły.

 Tamtego popołudnia Stanisław Miziołek rzeczywiście miał jeszcze otwarte. W otoczeniu migoczących świąteczną komercją witryn jego interes z oknem zasłoniętym poszarzałą firanką wyglądał jak antyteza postępu i apoteoza przeszłości – niezmienny w czasie jak wzorzec metra, ale przez to coraz bardziej cofający się w mrok. Ząb, który dentysta zapomniał oczyścić przy zabiegu wybielania, świat, który się posunął – w niewłaściwym kierunku.

W środku było prawie ciemno. Stary zapomniał włączyć nieśmiertelne jarzeniówki. Katolicki głos z Torunia podawał serwis informacyjny. Miziołka zobaczyłem w fotelu – tym samym, na którym w ubiegłym tysiącleciu straciłem włosy. Na wpół leżał z głową na piersiach. Nie zareagował na dźwięk dzwonka nad drzwiami.

 –Halo, klient przyszedł! – zawołałem.

  Żadnej reakcji.

 Zbliżyłem się, spodziewając się, że gdy go dotknę, będzie zimny i sztywny jak stara chomiczka, którą kiedyś miałem i pozwoliłem jej umrzeć samotnie w akademiku. Mimo obawy trąciłem go w łokieć. Był ciepły, ale nadal się nie ruszał. Delikatnie szarpnąłem go za ramię. Podskoczył. Głowa ociężale wróciła w pion. W mroku ledwie rozpoznawałem jego twarz, ale wyraźnie zobaczyłem nitkę śliny połyskującą na brodzie.

 –Już, już – wybełkotał nieprzytomnie – już jestem…

 Odniosłem wrażenie, że mnie nie poznał. Powlókł się do włącznika, szurając butami i ocierając rękawem ślinę.

– O, a kogo to my widzimy? – udał radość, gdy wnętrze rozbłysło. – Dawno cię, bracie, nie było w rodzinnym mieście.

 Usadził mnie w fotelu, po czym rozpoczął jeden ze swoich wykładów o owłosieniu – tym razem poświęcony właściwej pielęgnacji brody. Przyciął ją i wyrównał, nie przestając tokować już to o charakterze, jaki zarost nadaje mężczyźnie, już o aferze hazardowej i komisji śledczej, a niekiedy wtrącając pytanie o mnie, choć nie wyglądał, jakby zależało mu na odpowiedzi.

 I nagle pamięć znów cofnęła mnie w przeszłość.

 Ponownie znalazłem się w domu Popławskich, rok lub dwa po wypadku pana Bogdana. Był przyjemny letni wieczór, babcia gawędziła z nimi w ogrodzie, a ja poszedłem obejrzeć wrak poloneza, który nie wiadomo po co zholowali właśnie tu, zamiast po prostu oddać na złomowisko. Stał przed garażem. Właściwie była to tylko pusta skorupa karoserii, całą resztę – silnik, siedzenia, tapicerkę, a nawet deskę rozdzielczą i kierownicę – wymontowano. Przód był doszczętnie zmasakrowany, a dach od strony kierowcy – wgięty do środka. Pamiętam, że gapiłem się na to motoryzacyjne truchło jak w hipnozie, przejęty kamienną, lodowatą grozą, której moja dziecięca dusza jeszcze nie rozumiała.

– Wracamy! – zawołała za moimi plecami babcia.

 – Gotowe – zameldował raźno Stanisław Miziołek. – Od razu, bracie, inna twarz. Przejrzyj się i sam powiedz.

 – Faktycznie – przyznałem szczerze zachwycony rezultatami.

– Broda to, bracie, odpowiedzialność. – Odłożył nożyczki. – Jeśli już decydujesz się ją nosić, nie wolno ci jej zaniedbywać. Twoja pani ma rację.

 Potem złożyliśmy sobie życzenia i pożegnałem go. Wigilia była uratowana. Nikt nie narzekał na stan mojego zarostu.

Wspomniałem wcześniej o przyjeździe na wakacje. Uważny czytelnik może więc zarzucić mi brak konsekwencji, skoro w pierwszym akapicie piszę o przyjeżdżaniu tylko na święta od czasów studiów, a potem nagle zjawiam się w lecie. Cóż, uproszczenie jest prawem, a wręcz wymogiem literatury, która choćby nie wiem jak pragnęła, nigdy nie odzwierciedli życia w całej jego niezborności i dynamice. Prawda jest taka, że choć odciąłem pępowinę, nigdy nie umiałem sobie wyobrazić świąt poza rodowym siołem, w czym moja żona, która własnej rodziny nie ma, gorąco mnie wspierała. Rzucam tę niepotrzebną, rozdymającą tekst i łamiącą tok narracji autoapologię po to, by zagruntować płótno przed następną sceną, w której przyjeżdżamy do Cisowa na Wielkanoc.

Stanisław Miziołek nie żył. W miejscu jego zakładu powstał lumpeks z ciuchami na wagę. Staliśmy właśnie w wielkanocną sobotę przed jego zamkniętymi drzwiami, z niedowierzaniem wpatrując się w kiczowaty szyld i kontemplując przemijalność postaci świata, gdy ktoś zaszedł nas od tyłu.

 – Umarł zaraz po nowym roku. Znaleźli go tu.

 Odwróciłem się.

 – Cześć, Ziggi – powiedziałem, podając mu rękę. – Poznaj moją lepszą połówkę.

 Staliśmy jeszcze kilka minut pod tym współczesnym panteonem syfu i przekazywaliśmy sobie telegraficzny skrót z paru ostatnich lat.

– A pamiętasz jak się założyliśmy, że zetnę włosy? – zapytałem go.

– Naprawdę założyliśmy się o czekoladę? Nie o browara? – Nie mógł uwierzyć mój dawny szkolny kolega. – Chociaż ci ją kupiłem?

– Jakoś sobie nie przypominam.

– Cholera. – Kręcił głową. – Ale te pióra to miałeś, stary, nieprzeciętne. Strasznie o nie dbał, jak dziewczyna – zwrócił się do mojej żony.

Potem powiedział, że musi lecieć, bo jeszcze nie byli ze święconką i rozstaliśmy się. Stary Ziggi, a właściwie Zbigniew Krusiewicz – właściciel kwiaciarni, mąż, ojciec, niegdyś niedościgniony mistrz wsadów, teraz facet pod trzydziestkę z lekkim brzuszkiem, który wciąż wisi mi czekoladę.

–Ten twój kolega – zauważyła moja żona – on chyba zaczyna siwieć.

 – Czarni siwieją szybciej, kotku. Mnie na szczęście to nie grozi. A zresztą, za dużo władowałem we włosy odżywki, żeby się martwić.

 Ściemnienie obrazu i napisy końcowe. W tle miękko śpiewa Louis Armstrong.

Comments

One Response to “Marcin Królik: Włosy”

  1. admin on styczeń 18th, 2010 21:38

    To już trzecia publikacja Marcina Królika w naszym serwisie. Zainteresowanych odsyłam do opowiadań “Sikoreczka” i “Przełomy jesieni”

Leave a Reply