Ewelina Jarosz: Efekt Pinokia
– ..podobno „Pinokio” to najlepszy lumpeks w mieście. Mogę cię tam zabrać jeśli szukasz czegoś na wieczór.
– Nie szukam. A co to za miasto?
– Z.? Burmistrz, zanim został burmistrzem, podobno wygrał je w karty.
– Ach tak. A jak się ludziom tam żyje?
– Pomysłowo! Mają własne zagłębie sklepów takiego autoramentu oraz jeden, który mieści się poza zasięgiem zagłębia, na krańcu lokalnego Manhattanu.
– Długo mnie nie musiałeś namawiać!W każdy poniedziałek na szybie witryny „Pinokia” pojawia się tekturowa strzałka z napisem „36 zł/kg” – znak firmowy nowej dostawy markowej odzieży zachodniej. Wtedy Eliza z najbardziej według niej reprezentacyjnych części garderoby komponuje konstelacje i przenosi je na dwa manekiny przypominające tarcze – męską i żeńską. Potem zapełnia ciuchami druciane wieszaki, jednak w nietypowy jak na chucholand sposób: zachowując sporą odległość pomiędzy jedną a drugą parą spodni, czy rozmieszczając swetry, bluzki i kurtki zgodnie z zasadą barwnego kontrastu, a nawet wzajemnego wykluczenia. Pośród mnóstwa kolorów, gatunków, materiałów, którym mimo naruszenia i nie pierwszej już świeżości organizuje się warunki dla pokazania własnej oryginalności, spojrzenie wytwarza rodzaj wizualnego napięcia, które umożliwia dostrzeżenie cechy jakiejś rzeczy bez zatracenia się w przeglądaniu towaru.
***
I znów był poniedziałek. Nataniel od kwadransa stał pod drzwiami, jak zwykle pierwszy w kolejce, lecz tym razem przed sklepem oprócz niego nikogo nie było.
Gdy go wpuszczono – punktualnie o 10 – od razu pognał pomiędzy wieszaki i nie zauważył nawet, że Eliza nie zdążyła jeszcze zapalić świateł. Panujący w środku lekki zaduch dopiero co rozpalonego kadzidełka o fiołkowym zapachu tylko rozjątrzył gorączkowe poszukiwania, które rozpoczął – bez rywalizacji – od najdalszego zakamarka sklepu.
Że coś mogło być inaczej niż zwykle, wcale nie zauważył. Na przykład z czterech stron wydzielona została ciasna przestrzeń ekspozycji, którą po skosie zatarasowano regałem, pozostawiając jedynie wąskie przejście. Nataniel przez ten właśnie przesmyk wpadł do środka i stamtąd taksował wzrokiem zawartość wieszaków. Lecz nie dostrzegł również, że znikła przestrzeń pomiędzy ubraniami i wszystkie zlewały się w szczelny gałgan bez jednego prześwitu.
Aż wreszcie zawołał nieśmiało „Elizo!”, lecz odpowiedziała mu cisza, a potem delikatny odgłos odpadającego pręcika popiołu.
***
Zanim Eliza rozpoczęła swą przygodę z filozofią – na rozmowie kwalifikacyjnej często podkreślała słowo „przygoda” – studiowała pedagogikę, lecz szybko poczuła się na tym kierunku zbyt rozwinięta intelektualnie. Dobrze, że wreszcie mogła poszerzać umysłowe horyzonty gdzie indziej! Do tego jej niebywały gust, wrodzona, mówiła, artystyczna smykałka, która ze zwykłego lumpeksu, gdzie rozpoczęła pracę na ćwierć etatu, szybko uczyniła nie tyle popularne, co pożądane miejsce o nieco artystycznej atmosferze.
Nataniela poznała stosunkowo niedawno, bo w te wakacje. Pewnego dnia usiadła wraz z nim na ławce na pomoście. Zaczął opowiadać ze szczegółami o odnowie elewacji Pałacu Ślubów w ich mieście. Mówił tak, jakby wiedział o czym mówi, żywo i plastycznie, pobudzając jej wyobraźnię do tego stopnia, że opisem gęstych i wysokich krzaków, które dawniej miały dookoła porastać Pałac, prawie nie pozostawiając przejść do ogrodu, wywołał w niej nastrój, który natychmiast zaowocował obrazem: zobaczyła siebie brodzącą po kolana w morskim brzegu. Wszędzie pełno było stworzeń, a każde z nich różniło się od siebie kształtem, rozmiarem i barwą: stąpała pomiędzy krabem i śmigającym rekinem, złotą rybką i żyjątkiem nurkującym w piasku, a znad powierzchni wody na moment, jakby z obawy przed statkiem do połowów, wyłonił się foczy pyszczek. Gdy Nataniel mówił, a ona oglądała jego słowa, położyła dłoń na jego udzie i poczuła, że robi jej się gorąco od słonecznego żaru. Jak mogła zauważyć, że z drugiej strony na jego ramieniu położył rękę ukontentowany ojciec, który przez cały czas siedział obok.
***
Nataniel nie otrzymał odpowiedzi po zawołaniu o światło, wyciągnął więc rękę i w półmroku zaczął rozchylać ubrania i przywracać dystans pomiędzy nimi. Dotykał i oglądał przód jednej rzeczy oraz tył drugiej. W pewnym momencie zastopował, gdyż jego oczom ukazała się rozpinana bluza, którą skądś dobrze znał, lecz ta na wieszaku była jakby większa i z wyciągniętymi rękawami. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, że przecież taką bluzę miał w tej chwili na sobie – niebieską, w chmurki i z naszytą wiosenną gałęzią, która pod nie sięgała.
Chociaż wydzielała szczególnie okropny zapach i miała kilka niepokojących plam, nie mógł się nadziwić, więc ściągnął ją z wieszaka i poszedł do przymierzalni. Nie rozpiął, lecz włożył przez głowę, a potem stał i z uniesioną kurtyną grzywki spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Nie był zadowolony, zwłaszcza ze swojego czoła. Z przykrością zauważył, że począwszy od lewej skroni pokryło je mnóstwo groteskowych pryszczy, których rano nie było. Natychmiast je policzył: 14, a każdy z nich przypominał cycka zwieńczonego zaczerwienionym bąbelkiem, jak z obrazów Wasselmana, gdy malował kobiety. Jemu ten w miarę symetryczny wysyp – po dwa jeden nad drugim – przypominał dwurzędowy listek sporych tabletek, z tą różnicą, że pryszcze ciasno na siebie nachodziły, a skrajny nawet buńczucznie odstawał na bok i ku górze, wykrzywiając się i potężniejąc z ciasnoty.
A jednak postanowił wydrylować jednego, gdyż w przeciwnym razie nici z przyjęcia, nici ze spotkania z…Cher! Przyłożył dwa palce do największego, który puchł i mocno ścisnął. Wtedy stało się coś jeszcze straszniejszego: po rozszarpaniu bąbla w powierzchni czoła pojawiała wyrwa, drugi cycek, dosłownie, tyle że w głąb. Opuszek kciuka idealnie pasował do zagłębienia. Jak szybko dziura napełniła się krwią, zupełnie jakby była rytualnym naczyniem.
„Za późno już – westchnął Nataniel – ten mi powiedział sam: muszę być!”
***
Wetknięty w książkę fragment opowiadania napisanego przez Cher w dniu poprzedzającym złą dla niej wiadomość. Odsłuchała ją z sekretarki. Do mieszkania, jakie przejął po zmarłej babci urząd miasta, wprowadzi się para nowożeńców…
„On miał koszulę lekko rozpiętą – mniej było gorliwości z mej strony. Całował nie tak namiętnie jak zwykle, ale za to silniej, jakby próbował się w ten sposób dla mnie uobecnić. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Wtedy niemalże stopił się z murem, do którego został w swej kolejności przyparty. Gdy rozpięłam jego koszulę, moim oczom ukazały się kobiece piersi, którym i on się przyglądał. To był właśnie on i to on był właśnie, on! Rozpoznawał swoje małe kobiece, które rosły w naszych oczach. Tak wyraźnie spod ich skóry nie prześwitywało jeszcze liczne niebieskie żyłkowanie. Powyżej, dokładnie na środku i tuż pod szyją, miał również tarczę, jednak już nie herbową, lecz telefoniczną i to starego typu, że się wkłada palec i wykręca numer. Urocza była ta tarcza u niego, żadne tam jabłko Adama, ale wypustki, które przypominały…sama nie wiem, lecz były znacznie piękniejsze i w pewnej chwili rozmieszczone już na chybił trafił, coś karminowego wyrastało z pomiędzy nich… Taka była tarcza, gdy włożyłam swój język w jedno z jej ócz i zaczęłam wykręcać. W prawą stronę, po czym całość wymknęła mi się. Powtarzałam bez słowa, aż wybrałam numer w całości. A wtedy on ponumerował moją sukienkę inną barwą włóczki niż czerwona, zielona i żółta.”
***
W kanciapie dla pracowników „Pinokia” dziewczęca stopa toczyła po wykładzinie pusty pojemnik po „Mazolu”. Kupiła go w sklepie z środkami chemicznymi – coś jak spray odświeżający używaną odzież (pełno ich szefowa umieściła w szafie), ale nie tylko. Eliza splotła dłonie na brzuchu i patrzyła w ścianę przed sobą. Na stoliku kawowym siedział pluszowy św. Mikołaj i patrzył na nią. Obok leżała książka „Wstęp do filozofii”, którą obiecała sobie przeczytać – tym razem ze zrozumieniem i bez strachu, jaki wywołało w niej pierwsze podejście. Jednak jej obecne położenie nie pozwalało na lekturę. Myśli miała rozproszone jak plamy sprayu, którym się przed chwilą irracjonalnie posłużyła i jedyną czynnością, w której mogła się pogrążyć było pocieranie stopą o „Mazol”, w tę i z powrotem, jakby to błąkanie – czy to już czas, aby wejść na stronę internetową i zarezerwować sobie miejsce w sanatorium z hollem dla palących? – miało przywrócić jej krążenie.
***
Przemowa Krzysztofa Z., burmistrza przecinającego wstęgę rozsnutą wzdłuż odrestaurowanej elewacji Pałacu Ślubów w Z., nieznacznie się opóźniała. Można było zaobserwować, że władze lokalne zainwestowały w przygotowania do uroczystego odsłonięcia ten rodzaj energii i zaangażowania, które pozwalały odebrać je jako wręczenie podarunku dla wszystkich. Chociaż doprawdy niewiele było widać samej elewacji – fakt, że była to boczna, wąska elewacja, którą trzeba było oglądać tylko z pewnego miejsca i pod pewnym kątem – tak wielu zgromadziło się tego dnia mieszkańców w całym ogrodzie, a gdy wreszcie przyjechała telewizja, ojciec Nataniela, mający po swej stronie proboszcza, ustawiając się tle Pałacu zwrócił się do kamer odurzony szczęściem:
„Od czasu, gdy jestem burmistrzem tego miasta, chronię je przed antyterrorystami, przepraszam, przed terrorystami. Dziś jednak nadeszła wiekopomna chwila, kiedy nic już nam nie grozi ze strony innych szkodników – tych, które żyją w materii mieszkalnej – i świętujemy ważne dla nas wydarzenie. Tak. Wspólnymi siłami udało nam się po żmudnych przygotowaniach i długich zmaganiach, pracując nierzadko w niesprzyjających warunkach pogodowych, ukończyć remont elewacji, a więc bocznej ściany zabytkowego Pałacu Ślubów. Właśnie następuje odsłonięcie części napisu na dekoracyjnym fryzie. Wybrałem go wraz z księdzem proboszczem.”
Stojąca za burmistrzem grupa młodzieży, z którą wymienił porozumiewawczy znak, wtapiając swą figurę i w młodość (kamery wychwyciły moment, gdy z gracją zjednywał się z otoczeniem, a pominęły podobny do puszczenia oka pomylonego z zezem tik), pociągnęła z dwóch stron za sznury. Opadła udrapowana jak perizonium jasna tkanina, pod którą oczom zebranych ukazał się fragment całkiem do rzeczy:
„UPADNIJ NA KOLANA”
„Oddaję teraz głos księdzu proboszczowi. Poświęci on elewację budowli, w której gościć będą nasze dzieci. Jak wszyscy wiemy, proboszcz jest literatem. Z niecierpliwością oczekujemy na kilka przygotowanych przez niego słów.”
Gdy ksiądz przejmował mikrofon, wiatr trącił leżącą na trawniku tkaninę i zafalowała.
„Mamy XXI wiek. Jesień, czas spacerów i spokojnego szykowania się do zimy. Niezmiernie ciesząc się z powodu okoliczności, jaka nas tu zgromadziła, chciałbym jednak powiedzieć coś o liściach i guzikach. Ot, liście rosną na drzewach, a wczesną jesienią opadają na ziemię. Jesienne liście unoszą się ponad chodnikami, gdy ludzie wracają do swych domów. Mają już na sobie palta – w każdej chwili może spaść deszcz. A co w tych paltach? Fabrycznie umocowane guziki nie przeszkadzają im być w dobrych humorach! Tak, guziki z fabryki. Jak wiele ich widzę, gdy z przyjemnością przechadzam się wśród moich bliźnich. Jak symboliczne stają się przy człowieczym palcie. Komuś odpadł taki guzik od kieszeni i toczy się po ziemi – zachichotał – wśród pożółkłych liści…lecz teraz nie musimy już spuszczać oczu, ponieważ miejscem, w którym będziemy się mijać, znów stanie się ogród przy Pałacu Ślubów. Zanim rozpocznie się remont fasady, z dumą spoglądając na bok będziemy…”
Wtedy z tłumu przedarł się na przód chłopak o smagłej twarzy i czarnej czuprynie, przerywając mowę proboszcza:
„A kto odremontował mieszkanie po mojej zmarłej babci, panie burmistrzu?”
„Charlie…złaź” z przodu próbowano powstrzymać znanego chuligana, o którym krążyły głosy, że nigdy nie stał się prawdziwym chłopcem, lecz ten nie dawał za wygraną i mocnym głosem, kontrastującym z delikatnością twarzy, powtórzył swoje pytanie.
„Jakie mieszkanie? O czym ty mówisz, smarkaczu?” zaatakował burmistrz.
„Zaraz się zacznie…” padło ostrzeżenie z ludu.
Charlie przejął od proboszcza megafon i zaśpiewał:
„Znacie to? Znacie? To śpiewamy:
Malowane na niebiesko okiennice,
Słoneczniki wyglądają na ulicę.
Na podwórzu kundel pręży się jak bury kot,
A Twe oczy tak się śmiały, gdy patrzyły wprost.
Ściany wybielone, okna wymienione,
Tapczany rozstawione już na sztorc
Żeby Ciebie spotkać w małym kącie świata,
Żeby z Tobą zostać na calutkie lata.”
Burmistrz, próbując ukryć zażenowanie i obrócić całe zajście w żart, zaczął klaskać, lecz wtedy Charlie przestał śpiewać i spojrzał mu prosto w oczy:
„A może chociaż wiesz, gdzie w tej chwili jest twój syn, bo ja nie!”
„Z dala od mojego syna!” warknął i już miał rzucić się na chłopaka z pięściami, gdy na ratunek pospieszył proboszcz.
„Drodzy mieszkańcy miasta. Postanowiłem odsłonić przed wami wielką tajemnicę, której aura unosi się nad niezbyt fortunnym spotkaniem naszego burmistrza z Charlim. Proszę cię drogi chłopcze, zejdź już z podium. Dziękujemy ci za występy. Ta piosenka ma w sobie coś, przyznam, momentami porywa. Lecz oto brakująca część napisu, jaki z Burmistrzem planowaliśmy umieścić na fryzie opasającym w przyszłości wyremontowaną fasadę. Podczas gdy pierwszą część bardziej wymyślił stojący obok mnie, autorem drugiej jestem już tylko ja sam. Niech zatem słowo i piękno znów ocalają!
…PRAWDA CIERNIEM JEST KORONOWANA!”
Widząc efekt, jaki ta część napisu wywarła na większości zebranych, gdy już słowa złożyły im się w przedwcześnie odsłoniętą całość, ksiądz postanowił skorzystać z ogólnego wzruszenia i zaprosił media do dalszego relacjonowania wydarzenia.
„Proszę, niech dziennikarze podejdą bliżej. Przeznaczone zostały dla was miejsca w pierwszym rzędzie. Niniejszym poświęcam elewację: bim-bam-bom. Chciałbym, aby wypowiedziała się teraz audiencja, gdyż bez jej zaufania i hojności, nie bylibyśmy w stanie oddać tak okazałej elewacji. Oni słuchali, a nie widzieli. Mogli pomyśleć, że idzie
o jakąś fałszywą fasadę, a nie pomyśleli.”
Charlie zginął pomiędzy tłoczącymi się do mikrofonu, prędko podawanego z ręki do ręki:
„No Matka Boża tu nas przyciąga i przyjeżdżamy do świętego Józefa, a dziś przyszliśmy zobaczyć Pałac Ślubów. I nawet nie patrzyliśmy na pogodę, tylko przyszliśmy, bo święty Józef czeka i Matka Boża pragnie nas i tutaj u siebie zgromadzić.”
„Słucham na okrągło, dzień i noc, modlitwy, różaniec, bo radio mówi prawdę.”
„Ja przyszłam też, bo tu jest nadzieja dla mojej córki, moje życie i nic więcej.”
„Nasz kraj jest taki, że tylko to radio nas tu trzyma i Matka Boska. Żeby nie radio, Polska by…byśmy tu nic nie wiedzieli. A rodzina to jest świętość. Nie żałuję!”
„Dużo otuchy, trzyma przy życiu! Przynajmniej można się czegoś dowiedzieć, odkąd zostało zlikwidowane radio Wolna Europa.”
„…to znaczy był okres, kiedy nie słuchałam. Ale teraz bardzo mi się spodobały audycje prowadzone przez siostry zakonne, audycje z młodzieżą, z dziećmi, co chwytały za serce. I po prostu od dłuższego czasu już szukałam okazji, żeby jakoś się włączyć, nawet prywatnie. Ale tak się złożyło, że zawsze coś wypadło, nie mniej jednak skorzystałam z okazji, że została zorganizowana al a pielgrzymka do Pałacu Ślubów.”
„Przyjść i zobaczyć co się tu robi, gdzie są nasze pie-nią-żki! Widzę, że super, no nie wiem, nie wiem. Uściskanie dłoni to jest za mało. To jest wszystko tak piękne, że nie ma słów! Cieszymy się, jeszcze Polska nie zginęła! Wszystkim, wszystkim serdeczne Bóg zapłać!”
***
Nataniel stracił w przymierzalni poczucie czasu. Gdy wyszedł z “Pinokia”, cisza wokół niego rwała nadal, a on nie czuł się najlepiej sam ze sobą. Już nawet nie chodziło o to, że wstydził się swojego wyglądu, co o dyskomfort, jaki doskwierał mu z powodu wielu drobnych zmyśleń, jakimi ostatnio posłużył się w obawie przed demaskacją czegoś, czego nie potrafił nazwać, a co było tylko dla niego. Myślał o Elizie i dochodził do wniosku, że przy jej wybujałej wyobraźni pewne rzeczy niepotrzebnie i zbyt lekko zostały powiedziane oraz o ojcu, który za bardzo na niego naciska. Myślał też o Cher. Chyba żadna z tych osób nie była mu szczególnie bliska, a nie odczuwali wobec niego żadnego dystansu. Projektowali na jego osobę co się dało. I jemu wszystkie możliwe wyobrażenia ciążyły w tej chwili od środka, szczelnie powstrzymywane przed ujściem przez dwie pstre bluzy.
Robiło się coraz chłodniej, więc przyspieszył kroku. Gdy dotarł na przystanek, jego wzrok przykuł czerwony napis na jednej z planszy rozkładów jazdy autobusów:
Ostatni nocny do Cher – przy czym litera „r” wyglądała jak podkręcona rzęsa. Była podwyższona w stosunku do reszty i częściowo wystawiona na podmuchy wiatru, który nagle się wzmógł. Poczynał sobie jak chciał, zwłaszcza liście ucierając w każdym kierunku.
– Wybrałaś coś na dzisiejszy wieczór?
– Wiesz ile mnie obchodzi dzisiejszy wieczór…
– Spójrz, a może ta sukienka? Jest prosta, a z tyłu ma dość skomplikowane wiązanie. Trochę przetarta na rękawie. Co o niej myślisz?
– Nie lubię eleganckich sukienek na sobie. Wolę powyciągane sweterki.
– Lepiej konweniują z ekspresją twojej twarzy.
– Już przestań…
Comments
One Response to “Ewelina Jarosz: Efekt Pinokia”
Leave a Reply
To drugie opowiadanie Eweliny Jarosz w naszym serwisie.