Brakujące ogniwo
Kiedyś tam recenzowałam książkę „Jak napisać powieść” Nigela Wattsa. Pewnie przydatną jako zbiór wskazówek, ale po dziś dzień mało praktyczną w naszych realiach. Kiedy już się zakończy ten proces – twierdził mniej więcej autor – dzieło należy złożyć agentowi literackiemu. Taaa, agent literacki, słyszałam o tej mitycznej instytucji, nawet podobno w Polsce jacyś są, ale funkcjonują w połączeniu z nazwiskami pisarzy (np. agentka Czesława Miłosza), bardziej jako pośrednicy w kontaktach ze światem. Lecz ciągle nie tak, jak Lucy Flammia, agentka, u której zatrudnia się Angel Robinson, bohaterka „Ślepego posłuszeństwa” Debry Ginsberg (powieść właśnie wydał Rebis). Pochłonęłam tę opowieść w jeden wieczór, wciąż pytając się, dlaczego u nas nie ma tak fajnie? Dlaczego tak niewiele osób chciałoby wyręczyć pisarzy w zajęciach odbierających im energię? Pewnie dlatego, że procent z zaliczek wystarczyłby na opłacenie rachunków za gaz i że nie ma mowy o żadnym licytowaniu się między potentatami rynku, choć wiadomo, że pisarze przeskakują z jednego wydawnictwa do drugiego, celując w te bogatsze. Eh, tak sobie nieśmiało coś złożyć do agencji i zostać odkrytym, jak tajemniczy Eskimos u Ginsberg. Tak się oddać w dobre ręce z zaimpregnowanymi łokciami. I móc wreszcie powiedzieć, że nasz rynek osiągnął normalność. Za pewną cenę, o czym mówi ta powieść, którą wchłonęłam przez wieczór (468 stron, ha!)
Comments
Leave a Reply