Joanna Marat: Mediewistka

 „Czy jesteś Joanną H., tą z Krakowa? Pytam, bo brzmisz znajomo. Jeśli nie, to bardzo chciałbym cię poznać. Jestem o osiem godzin lotu stąd. Pozdrowienia. Xawery Stadnicki.”

Długo czekałam na kogoś takiego. Zmęczonego życiem na emigracji. Zmęczonego życiem w ogóle. Niestety nie jestem Joanną H., tą z Krakowa i na szczęście nie muszę napisać
ci prawdy o sobie. Pewnie nie chciałbyś ze mną rozmawiać. Przyjmijmy, że ja jestem Juana la Loca, dobrze? Na potrzeby naszej korespondencji wyciągnę z zakamarków mojego twardego dysku wspaniały kostium ze słów i z marzeń. Zaprojektowałam go jakiś czas temu. Teraz mogę go założyć i mieć nadzieję, że jeszcze się do mnie odezwiesz. Może wyda ci się, że jestem słodką blondynką o buzi dziecka? Intuicyjnie wyczuwam
w tobie kogoś, kto nie potrafi przejść obojętnie obok takiej blondynki, nieprawdaż? Długonogiej, nieco anorektycznej.

Joanna H., ta z Warszawy, jest posiadaczką nóg niezbyt długich, natomiast jej włosy wpadają w szlachetny odcień miedzi. Całości dopełniają okulary w grubych, rogowych oprawkach. Wybrała je z premedytacją, żeby postawić kropkę nad „i”. Żeby pogrążyć siebie jako kobietę ostatecznie i nieodwołalnie. I żeby nie było żadnych wątpliwości,
że ona nadaje się wyłącznie do celów naukowych. Bowiem Joanna H. oddała się mediewistyce z rozmysłem i po głębokim namyśle. Żeby na nic innego w jej życiu miejsca nie było. Wśród bibliotecznego kurzu przybywało jej lat i dioptrii. Pudełka
z fiszkami z coraz większą pewnością siebie rozpychały się po asystenckim pokoju, gdzie mieszkała od momentu ukończenia studiów historycznych. Z wyróżnieniem i nagrodą rektorską za rozprawę o królewskich itinerariach. W końcu sama musiała ustalić swoje itineraria, jako że w jej pokoju wszystko było nieporządkiem i nadmiarem.

Niewiele z tego nadmiaru wynikło. Zaledwie skończony pierwszy rozdział i zarys dwóch następnych. Pół życia na to poświęciła. I pewnie za to wylali ją z uczelni. Tak po prostu,
z dnia na dzień. Za te pół życia spędzone w bibliotekach. I za cztery dodatkowe dioptrie
i za to, że już nigdy nie będzie młoda i obiecująca.

I wtedy umarł stary H., jej ojciec. Z powodu niewydolności nerek. Całkowitej
i nieodwracalnej. Podobno to u nich rodzinne, ta niewydolność. Niekoniecznie nerek. Chociaż, kto to może wiedzieć, co jest, a co nie jest dziedziczne w rodzinie H.?

Joanna z całą pewnością była niewydolna. Nie rokująca żadnych nadziei na bycie
przy nadziei. Za stara nawet na to. Bez żadnego dorobku naukowego. Nie licząc paru artykułów. Po francusku. Nawet z akademika kazali jej się wynieść. Dobrze, że mogła zamieszkać w kawalerce starego H. Dwadzieścia siedem metrów. Za Żelazną Bramą.
Od świtu jazgot śmieciarek i gonitwy karaluchów. I dzieci. Też jazgot, gonitwy, bluzgi.
I tak do późnej nocy. Gdzieś tam został jej otwarty przewód doktorski o królewskich itinerariach i snach. A ona zamiast dokończyć to, co zaczęła przed laty, wpatruje się
w ekran komputera. Czatuje. Tylko nie wiadomo na co. Na kogo?

Ale tej nocy chyba jej się powiodło. Znalazła go. Ten mężczyzna brzmi ciekawiej,
a w każdym razie inaczej niż całe to stado buraków, cuchnących potem lub tanią wodą
po goleniu. To może jest ON. Ktoś, dla kogo można by oszaleć. A jeśli nie oszaleć
to przynajmniej poudawać, że jest się kimś innym. Nie Joanną H. z krótkimi nogami i bez doktoratu, lecz Joanną H., tą z Krakowa, która może stać się marzeniem każdego mężczyzny. Platynową blondynką. Drobnokościstą, dziewczęcą. Z buzią jak u anioła.
I z anielskimi włosami. A on niech się tego wszystkiego domyśla, niech się gubi
w domysłach. To znakomite zajęcie dla samotnego mężczyzny, który już nie jest młody.

Joanna H. odchodzi od komputera. Zaraz pójdzie do łazienki się umyć. Gdy zapali światło, karaluchy rozbiegną się po katach. Obrzydlistwo. Blokowisko. Późny gomułka, wczesny gierek. A może jedno i drugie. Nie, nie pójdzie do łazienki. Jeszcze nie teraz.
Za wcześnie. Najpierw napije się herbaty. Godzina zero dwadzieścia pięć. Ktoś wrzeszczy na korytarzu. To normalne. Wszak po to są korytarze, żeby wrzeszczeć i budzić niepokój samotnej kobiety. To pewnie jakieś małolaty narąbane. A może kogoś zarzynają? Pijany mąż pijaną żonę, na przykład. Trudno. Żelazną zasadą za Żelazną Bramą jest nie wtykać nosa w nie swoje sprawy. Ojciec nawet czajnika elektrycznego sobie nie kupił. Pewnie
ze skąpstwa. Postawiła wodę na gazie w starym, okopconym czajniku, który pamiętała
z dzieciństwa. Woda oligoceńska. Podobno wcale nie lepsza od tej z kranu.

Jeszcze raz spojrzała na monitor. Chciałby ją poznać. Tak napisał. Wolne żarty! Imię arystokratyczne albo pretensjonalne, albo jedno i drugie. W każdym razie inne. Szlachcic, arystokrata. Jak ci od itinerariów. Sztywni i wyniośli. Pełni pogardy dla motłochu. Właściciele latyfundiów i zamieszkujących tam ludzi. Panowie życia i śmierci. Możnowładcy.

I co z tego, że jesteś? Możesz sobie być i o dwadzieścia godzin lotu stąd, na końcu świata możesz przebywać. Z Aborygenami w Australii tańczyć możesz. Ale imię masz ładne, pasuje do nazwiska. I brzmisz ciekawie. Takiego brzmienia szukałam od dawna, prawdę mówiąc. I chyba znalazłam. U ciebie. Więc odpiszę na tego maila. Chociaż nie jestem pewna, czy powinnam. Bo ja nie mam w zwyczaju rozmawiać z nieznajomymi.
Mam zasady. I w zasadzie ich nie łamię. Zasady są potrzebne i wygodne. Żyć bez nich nie sposób.

Może już pójdzie spać. Dochodzi druga. Miasto uśpione, cisza. I tak o szóstej rano obudzi ją sąsiad, włączając radio na cały regulator. Przed snem powinna się umyć, a w łazience karaluchy. Zresztą wszędzie karaluchy. Przecież w tym bloku więcej jest karaluchów niż ludzi. Znacznie gorszych od karaluchów, trzeba przyznać.

Dość już tego, pora spać. Bez mycia. Żeby nie wchodzić do łazienki. Żeby nie widzieć robactwa. Żeby nie psuć sobie smaku. Karaluchy pod poduchy. Już mnie nie ma. Dobranoc, Książę.

„Bardzo jesteś pełna zasad, widać, że lubisz sobie zadawać trochę bólu w życiu.
Św Bernard z Clairvaux powiedział tak: ecce si vir cecidit per feminam, iam non erigitur nisi per feminam – Szukasz rozmowy z innymi i uciekasz. Nie wszyscy na świecie
są niebezpieczni, rozmowa nic nie znaczy, a czasem może pomóc. Xawery.”

Co chciałeś mi powiedzieć między wierszami, cytując św. Bernarda? Że wykształcony jesteś. To już wiem. I wiem jeszcze, że chcesz, żebym myślała, że szukasz pocieszenia.
W moich słowach, a nawet, kto wie, w ramionach moich. We mnie. Tak mam myśleć, choć przecież Bernardowi niezupełnie o ten rodzaj pocieszenia chodziło. Sentencja jest
o czym innym i tak się składa, że oboje wiemy, o czym. Ale ty chcesz, żebym pomyślała, że jakaś nieczuła kobieta cię skrzywdziła, a teraz ja mam ci pomóc powstać. A przecież dobrze wiesz, że to mnie potrzeba czułości. Męskiego ramienia. I że jestem łatwą zdobyczą. Masz ochotę się zabawić, tylko nie wiesz, czy warto. Prosisz mnie o zdjęcie. Więc dość już tej durnowatej korespondencji! A zdjęcie możesz sobie obejrzeć, jeśli tak
ci na tym zależy. Jest w Internecie, wystarczy dobrze poszukać. Ale odpowiadać na twoje maile nie będę. Farewell Xavier, farewell!

Tak, dość tego. Nie będę się uzależniać od jakiegoś podstarzałego amanta, co siedzi przy komputerze o osiem godzin lotu stąd i pozuje na intelektualistę, marząc o długonogiej blondynce, z którą mógłby się przespać, o ile jeszcze cokolwiek może w tej dziedzinie. Xawery S., lat pięćdziesiąt z hakiem. Możnowładca. Niech sobie popatrzy na jej zdjęcie. W internecie. Zrobione w zeszłym roku, na dorocznym zjeździe mediewistów w Leeds, gdzie była moderatorką jednego z warsztatów. W rogowych okularach, z włosami ostrzyżonymi krótko, na chłopaka. Niech popatrzy w jej ciemne, inteligentne oczy. Niech się domyśli, że nie ma długich nóg, że jest drobna, filigranowa, delikatna. Nie w jego typie.
Niech to wreszcie zobaczy i przestanie odpisywać na jej maile.

Zamiast z nadzieją wgapiać się w monitor, pójdzie teraz do łazienki, stawi czoła karaluchom, wejdzie do pokrytej rdzą wanny, weźmie prysznic. A potem zrobi sobie kawę. I wreszcie popracuje nad CV. I zadzwoni do matki – wariatki. Może nawet się
do niej wybierze, chociaż nie była w mieszkaniu swojej rodzicielki od lat. Ilu? Trudno powiedzieć. Wielu, zbyt wielu. Więc może jednak najpierw ulepszy CV, a potem
w nagrodę za poświęcenie i trud sprawdzi pocztę. Xawery pewnie jeszcze nie odebrał jej maila. I nie zobaczył zdjęcia w Internecie, jeszcze się łudzi, że kobieta, której właśnie zaczął zawracać głowę ma na tej głowie burzę wspaniałych blond loków i najwyżej dwadzieścia cztery lata na liczniku. Jeśli jednak już się obudził i przeczytał jej ostatni pożegnalny komunikat, a co gorsza zajrzał pod wskazany przez nią internetowy adres,
wie już wszystko. Wie, że jego korespondentka, nie jest warta uwagi. Bo nie ma już dwudziestu lat, blond czupryny i niebieskich oczu. Tylko ciemne, pełne powagi
i doświadczenia. To ostatnie najbardziej jej ciążyło. Doświadczenie. Ale także niedoświadczenie w sprawach wiadomych, na których się nie znała z powodów oczywistych. Login, hasło. I oto jest! Odpisał, mimo wszystko. Nie spodziewała się tego.

„Miła Joanno, dziękuję Ci za zaufanie i za zdjęcie – jesteś ładna, skupiona, podobasz
mi się. I nie żegnaj się, bo chciałbym się z Tobą zobaczyć za kilka miesięcy, kiedy będę
w Polsce. Odpisz proszę. Ściskam. Xawery”

Spotkanie za kilka miesięcy. Też coś. Żadnych spotkań nie przewiduję ani teraz,
ani za kilka miesięcy. Zaletą tej znajomości jest dystans, owe osiem godzin lotu, które łatwo zmienić na osiem tysięcy kilometrów, jak w baśniach z tysiąca i jednej nocy. Odległość nie do przebycia, nie do pokonania. I oto właśnie chodzi, żeby nigdy się
nie spotkać! Żadnych marzeń, panie Xawery, żadnych marzeń. A swoją drogą –
i ty mógłbyś jakieś zdjęcie nadesłać, co bym Cię mogła ujrzeć!

„Popatrzyłem jeszcze raz na Twoje zdjęcie dzisiaj – trzymasz głowę jak Primavera Boticellego. Kiedyś znałem kogoś, kto tak przechylał głowę…fajne zdjęcie. pa Xawery.”

Bezsenny zza Oceanu. Pisze, że nie może spać od lat. I jak tu porzucić taką korespondencję? No jak? Po prostu się nie da. Nie da się i już. A przecież powinna!
Z braku lepszego zajęcia napisze do niego kolejnego maila. Po co pisać jakieś bzdurne CV? Po co starać się o pracę w archiwum, po co
w ogóle pracować? Po co dzwonić do matki, która niczego od niej nie oczekuje. A tym bardziej ona od matki. Lepiej korespondować z bezsennym możnowładcą, który już chyba wyzbył się złudzeń w sprawie jej wyglądu.

Tamtego dnia napisała trzy maile pod rząd. Nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Ani słowa. Więc napisała po raz czwarty, pytając wprost i bez ogródek, czy aby jej korespondent,
nie jest trochę zmęczony odpowiadaniem na jej wołania o pomoc.

Nie jestem trochę zmęczony. Pierwszego dnia zawsze jestem bardzo, bardzo zmęczony
i nie jestem do cholery zmęczony odpowiadaniem na Twoje e-maile! Jak będę to Ci to napiszę. Teraz jest dziesiąta rano, spokój w pracy, przestaje mnie łupać w głowie i mogę trochę napisać. Przeuroczy chudeusz jesteś! Śliczny masz uśmiech. Bardziej podobałabyś mi się w długich włosach – nie wiem, to chyba taka atawistyczna macho preferencja. Dziś wieczorem dźwięknę tylko melatonin i zobaczymy, co będzie. Jest też taki trick (sposób number 35 a – urwać się z roboty i wystawiać twarz na słońce aż do spalenia – u nas słońce jest b. ostre), wtedy wydzielanie melatoniny naturalnej cofa się b. mocno
i organizm nie próbuje kompensować za nie wydzieloną noc, a wieczorem jest lepiej. Zrobiły mi się od tych praktyk ciemne plamy na nosie. Muszę przerwać cdn. za 20 minut…..pa”

Najważniejsze, że przysłałeś mi zdjęcie. Nie wyglądasz na swoje lata. Śliczny masz uśmiech, taki słoneczny, rozbrajający. Pewnie nie raz ratował Cię z opresji, ten uśmiech. A do tego włosy w kolorze miedzi. I czoło takie wysokie. To przez te włosy,
które uciekają coraz wyżej i wyżej. Tylko, dlaczego nie możesz się pogodzić z tym,
że łysiejesz? Dlaczego to maskujesz? Zaczesujesz. Robisz pożyczki. Przecież to śmieszne i nie w twoim stylu! A jednak chyba się zakocham. Po raz pierwszy w życiu. Właśnie dlatego, że masz słabości, nie tylko te, o których mówisz otwarcie, ale także te zaczesane. Bardzo mi kogoś przypominasz. Kogoś ważnego…

***

– Jedno jest pewne, to już nie potrwa długo – to banalne stwierdzenie profesora Jerzego Pączka zapadło Joannie w pamięć.

A przecież jeszcze tak niedawno grał w tenisa… Jednak widok małej poduszki
w łososiowej powłoczce w czarny rzucik pod głową ojca, był dla niej sygnałem, że to już naprawdę koniec. Ta powłoczka towarzyszyła mu przez całe życie, od momentu, gdy
w nie do końca jasnych okolicznościach pojawił się w domu Bronisławy Szabli na Woli. Łososiowa powłoczka pochodziła z czasów, które mało kto pamiętał. Była pocerowana
i wytarta, lecz ciągle trwała w rodzinie. Nikt nie ośmieliłby się jej wyrzucić ani podrzeć na szmaty. Bronisława Łągwa primo voto Szabla, po drugim mężu H., zawsze kładła
ją pod głowę chorym lub śmiertelnie przerażonym. Wtedy na początku 1943, lub może raczej pod koniec 1942 też ją wyjęła z bieliźniarki, by powlec małą poduszkę, dla chłopca o wystraszonych oczach, którego ktoś przyprowadził do jej mieszkania. Na przechowanie.

Czterdzieści lat później, pozbawiona włosów, niemalże zmumifikowana głowa Bronisławy H. spoczywała na poduszce obleczonej w łososiową powłoczkę.
Ale to jeszcze nie koniec historii. Całkiem niedawno stary H. poprosił swoją jedyną córkę Joannę o przysługę:

 Przynieś mi z domu małą poduszkę, w tej powłoczce, no wiesz…

– W której?

– Jak to w której, w tej różowej. Co za pytanie!

Teraz Joanna trzyma ją w szafie. Na specjalną okazję.

***

Dość tego mailowania! Przecież to już jest uzależnienie od humorów i nastrojów Bezsennego, który nie wiadomo dlaczego wciąż odpowiada na jej coraz bardziej niecierpliwe wezwania. Wbrew zwątpieniu i zniechęceniu w jej skrzynce
raz po raz pojawiają się wiadomości opatrzone prowokacyjnymi tytułami.

„Przytulam Cię czy tego chcesz, czy nie” albo „dziewczyna paryska” (to o niej!)
albo „Joanno, nie uciekaj czasem” (znowu do niej, ponieważ co jakiś czas żegnała się
z nim raz na zawsze) albo „Joanna trafia w sedno po raz pierwszy” (to o seksie),
albo „trzecie poważne pożegnanie” (po tym, jak po raz kolejny ogłosiła definitywne zerwanie raz na zawsze).

Nie pamiętała, żeby ją ktoś kiedyś przytulił. W rodzinie H. nie było takiego zwyczaju. Żadnych czułości. Co innego sprać dzieciaka po tyłku. Pasem. Albo po pysku
za pyskowanie. I jeszcze nawrzeszczeć. Trzasnąć drzwiami. To zdarzało się często.
Ale żeby przytulać, całować, głaskać po głowie ?! Na takie dziwactwa i niedorzeczności nie było zapotrzebowania. Piekło, czyściec, sąd ostateczny. Raju na ziemi, jak wiadomo, nie ma od dość dawna. O ile w ogóle kiedykolwiek był. Zdaniem matki nie było. Bo życie to piekło. Stary H. miał w tej kwestii nieco inne zdanie, ale kto by go tam słuchał?!

„I chudasie miły przestań w kółko przepraszać, że żyjesz – dzięki za zaufanie (e-mail
o przytulaniu). Przytulam Cię, bo mam dla Ciebie taki wirtualny rodzaj czułości. Dziś nie spałem – zaczyna się kolejna trzydniówka, jak u alkoholika. Będzie dobrze, ale jestem na razie tak zmęczony, że nie mam siły pisać. napp. więcej jutro, całuję X.”

Bezsenny zauroczył ją. Jego słowa miały niezwykłą moc. Słowa internetowego mężczyzny posmarowane były miodem, pachniały lawendą i macierzanką. I były skierowane do niej. Tylko do niej. Ciągle sprawdzała pocztę. Ale on w końcu zamilkł. Pewnie znudziły go te pożegnania, które domagały się czułości. A ona przestała jeść
i ze spaniem było coraz gorzej. Trzydniówka, jak u alkoholika. A może on jest alkoholikiem? Bezsennym alkoholikiem. Kochała bezsennego alkoholika, który gdzieś przepadł. Trzeba pójść wreszcie do matki. Stawić czoła, wrócić do rzeczywistości, skoro on już nie wróci. Nie wróci na pewno.

***

Matka otwiera drzwi niepewnie, powoli. Jest przestraszona. Z trudem poznaje Joannę.
W mieszkaniu cuchnie matczyną starością. Bałagan. Matka zaczyna się skarżyć. Znowu coś jej podrzucili. Dokumenty jakieś. W sprawie emerytury. Nie emerytury, tylko renty. Bo przecież emeryturę już jej zabrali. Rentę też zabrali. Jeśli jeszcze nie zabrali,
to wkrótce zabiorą. Zabiorą wszystko. Z pewnością. Bo to jest zbrodnia doskonała. Włamują się do jej mieszkania, gdy wychodzi po zakupy do sklepu, tego naprzeciwko.
I wtedy oni wchodzą i dokumenty podrzucają i fałszują. Dopisują różne rzeczy. Fałszują dokumenty, gdy nie ma jej w domu. Fałszują całe jej życie. Chcą zabrać mieszkanie,
jej mieszkanie. Już zabrali stare recenzje wycięte z gazet, które zbierała od początku swojej kariery aktorskiej. Chcą ją pozbawić nawet wspomnień. Przeszłości.
Żeby zapomniała wszystko. To pismo ze spółdzielni też sfałszowane. W spółdzielni zawsze fałszowali. Rachunki zawyżone przysyłali. A podsłuch to jej założyli w łazience podczas wymiany rur. To dlatego te rury tak często wymieniali, żeby zakładać podsłuchy, a potem zabrać się do fałszowania dokumentów. Dokumentów jej życia. Bardzo ważnych dokumentów. Ale tak naprawdę to oni mają zupełnie inny cel. Chcą mianowicie pozbawić ją życia. W białych rękawiczkach. Bez rozlewu krwi. Bez żadnych śladów. Zbrodnia doskonała. Nic dziwnego, że przestała wychodzić z domu. Nie robi już zakupów w sklepie naprzeciwko, nie mówiąc o chodzeniu do „Kwiryny”. Nie wychodzi, żeby nie mogli fałszować i podrzucać. I tak ciągle jej coś podrzucają, jakieś nowe dokumenty. I czają się pod drzwiami. Teraz pewnie też tam stoją. Tylko czekają, żeby wzięła leki i poszła spać. Wtedy wejdą. I znowu się zacznie. Będą wynosić różne ważne rzeczy. Zdjęcia
na przykład. Zabrali nawet zdjęcie z pierwszego roku PWST, to z Zelwerem. I zdjęcie jej matki, które wisiało zawsze nad łóżkiem. Ramkę zostawili, a zdjęcie zabrali. Indeks matki też pewnie ukradli, bo już od dawna nigdzie go nie ma. Za to podrzucają jej mnóstwo niepotrzebnych ulotek reklamowych. Z różnych banków. Kiedyś podrzucili jej w kopercie kartę kredytową. Chciała od razu wyrzucić tę kopertę, razem z kartą. Ale karta nagle zaczęła mrugać do niej takim ciepłym, pomarańczowym światłem. I poprosiła przymilnym, dziecięcym głosikiem: „Weź mnie”. Trudno się oprzeć prośbie dziecka, nieprawdaż? Przecież miała kiedyś dziecko. Córeczkę. Taką małą. Odprowadzała
ją do szkoły. Za rączkę. Taką małą, drobną. Więc cóż miała począć? Wzięła kartę. Zawsze nosi ją przy sobie w torebce, a w nocy wkłada pod poduszkę. Czasem nawet rozmawiają. Matka z tą kartą, co ma cienki, dziecięcy głosik. Rozmawiają po cichu, żeby nikt nie usłyszał. W nocy, gdy w mieszkaniu słychać szmery, szelesty i szepty fałszerzy, matka zagląda pod poduszkę. I wtedy karta mruga do niej przyjaźnie. Dzięki temu może zasnąć. Stracić na chwilę przytomność. Ale gdy zaśnie znowu ten hałas. To pewnie oni już się włamali do mieszkania i znowu czegoś szukają w jej papierach.

– Mamo, dlaczego jeszcze się nie ubrałaś?

– Kto to?

– Mamo, to ja, mówię do ciebie. Czy jesteś już gotowa?

– Niby na co mam być gotowa?

– Miałam cię zawieść do lekarza.

– Do jakiego lekarza? Tu żaden lekarz nie pomoże, ja już żywy trup jestem.

Nikt jej nie wierzy. Mają ją za wariatkę. Pod byle pretekstem próbują wywabić ją z domu. Wiadomo, czyja to robota! Przecież oni tylko na to czekają, żeby mieć swobodny dostęp do jej mieszkania. Jeśli stąd wyjdzie, to oni zabiorą całą resztę zdjęć. I nie wiadomo,
co w zamian podrzucą, co jeszcze sfałszują. I już nie będzie do czego wrócić. Jeśli Joanna jest dobrą córką, to powinna zrozumieć, że nie można zostawić pustego mieszkania. Matka zostanie tu do końca. Może coś uda się jej ocalić.

– Mamo zabiorę cię do siebie, nie możesz mieszkać sama.

– Nigdzie nie pójdę. Nie ruszę się stąd.

 A kiedy ostatnio jadłaś?

Po co ułatwiać im robotę? Przecież jeśli zacznie gotować, to będzie musiała wychodzić
po zakupy. A oni tylko na to czekają. Teraz się gdzieś pochowali, bo przyszła jej córka, ale jak tylko wyjdzie znowu będą się czaić pod drzwiami. I czekać, aż zaśnie, żeby wejść do mieszkania. Tego nie da się uniknąć. Oni już zawsze tu będą. Dopiero, jak on umrze,
to może sobie pójdą. A i to nie wiadomo. Ale nie teraz. Będą ją dręczyć do śmierci.

– Mamo, kim są oni?

– Po co zadawać takie pytania.

– Czy mają twarze, nazwiska?

– Nie wiem.

– Jak to nie wiesz ?! Przecież ciągle o nich mówisz.

***

W samotnym mieszkaniu za Żelazną Bramą było ciemno i zimno, ponieważ Joanna postanowiła oszczędzać energię. Żeby nie płacić takich horrendalnych rachunków i nie zbankrutować. Gdy weszła, poczuła dojmujący chłód. Zrezygnowana, od razu chciała położyć się do łóżka, żeby odpocząć, a może nawet zasnąć po tym męczącym popołudniu. I już się nie obudzić, przynajmniej do rana. Zauważyła jednak migotanie czerwonego światełka diody w telefonie. To pewnie znowu matka dzwoniła, żeby opowiedzieć
o podrzuconych dokumentach. Nie, nie pójdzie do niej. Nawet nie zadzwoni. Nie dziś.
Nie w tym stuleciu.

Usiadła do komputera i chciała napisać kolejny list – skargę do wirtualnego mężczyzny. Równie dobrze mogłaby pisać w zaświaty. Do ojca i do tych wszystkich, co ją na tym świecie samą zostawili. Nie, nie samą, tylko z matką-wariatką, co jest jak kula u nogi!

W skrzynce znalazła nową wiadomość.

 „Jestem z powrotem. Wirtualny rodzaj czułości to jest rodzaj czułości – wyrażany
za pomocą komputera, a nie dotyku czy głosu. Jest takie angielskie powiedzenia
dla głodnych i niecierpliwych: ALL GOOD THINGS TO THOSE WHO WAIT….a więc wait…Xawery”

 

Comments

Leave a Reply