Anna Wyrwik: Na tym rentgenie nie widać nawet nic
Nie wiem, czy jechał tam w konkretnym celu zatankowania samochodu, kupienia papierosów lub czegoś, czy może po prostu podróżował sobie ot tak, pusta droga, dla samego siebie, zadowolenia własnych myśli chcących, połechtania prawej nogi uwielbiającej naciskać na gaz. W każdym razie jechał, co było w owej chwili dla niego najważniejsze. Jechał wystukując palcami rytm muzyki, strzepując dym za drzwi w rytmie gitary muzyką wibrującej w nim od koniuszków palców po zniszczone końcówki niezadbanej fryzury, skręcał się przy tym niemiłosiernie jakby dźwięki saksofonu przechodziły przez jego wnętrzności, przymykając co chwila oczy przy bardziej wysokich nutach bez strachu
o wypadek, bo na tej trasie prócz niego nie było nikogo. Myślał o tym, co zostawił, do czego będzie musiał wrócić, ale z nadzieją, że inaczej. I co jakiś czas wypijał łyk puszkowego piwa nienajlepszej jakości, ale nie o jakość tu chodziło, a o sam fakt posiadania dużej ich ilości, jak zawsze w upale. Natura zmusiła go do szybkiego powrotu w rzeczywistość, upuszczenia papierosa, wywrócenia piwa i wciśnięcia z całej w pedał hamulca. Pies. Najzwyklejszy w świecie, bezdomny, może dziki, pies. Stanął przed maską, spojrzał wesoło, szczeknął i oddalił się, pewnie tam, gdzie one zawsze się oddalają.
Pies – pomyślał – zwykły, mały pies. Ilekroć widzimy zwierzę typu pies czy na przykład niedźwiadek, porównujemy i myślimy jak bardzo wielka różnica jest między takim psem bądź niedźwiadkiem a nami. I myślimy o wojnach, zabójstwach, kradzieżach i, jak to mówią, zbrodniach. I o oddaniu, przyjaźni, braku rzucania krzywdami na prawo i lewo. I wiemy, że przed nami myślało tak już wielu, setki, tysiące ludzi pisało, śpiewało, gadało o tym, że gówno jesteśmy nie zwierzęta, a my widząc takiego psa nie myślimy: acha, zwierzęta ludzie, okej, bo to wszystko już wiemy. Nie, my po raz kolejny, tymi samymi słowami, tymi samymi zdaniami, pewnie nieróżniącymi się od siebie niczym więcej niż parę przecinków i jakieś
a albo e, myślimy o tym samym, myśl po myśli, czyli… czyli może nie wszystko już było? Albo było, ale nie o to chodzi, a o to by przemyśleć sobie to dobrze jeszcze raz i jeszcze raz
o tym napisać, raz jeszcze zaśpiewać i choćby głośno powiedzieć.
Jechał dalej dobijając do dwusetki, bo nie lubił rozmieniać się na drobne. I takim to tokiem myślenia zajechał na stację benzynową. Od pustyni różniła się tylko obecnością budynku
i pojemnika z benzyną plus wąż. Zero żywej duszy, jak to się mawia bez wiedzy
o ewentualnych zaświatach. Zatankował i nie bił się z myślami, czy skoro właściciela brak, zapłacić. Postanowił zrobić to bezwarunkowo. Wszedł do budynku, który okazał się sklepem z paroma lodówkami piwa, wody i napojów, paczkami chipsów niechlujnie powywieszanymi na haczykach przy ścianie, stojakiem z okularami przeciwsłonecznymi o nazwach identycznych z nazwiskami gwiazd Hollywood i ladą, na której stała stara, fiskalna, czarna, a może szara, kasa. Położył przed nią banknot i udał się do wyjścia.
- Reszta! – usłyszał potężny ryk zza otwierających się drzwi toalety. Może byłby w stanie powiedzieć coś więcej o mężczyźnie, który krzyczał, ale był on na tyle duży i w śmierdzącej opiętej na brzuchu koszulce, że nie ryzykował zbyt długiej obserwacji.
Mężczyzna charknął, splunął w dłoń, wytarł zawartość o wnętrze kieszeni i usiadł za ladą.
Z głośników wytarabaniła się dyskotekowa muzyka lat osiemdziesiątych, a z sufitu zleciała papuga, która położyła na ladzie dwie monety reszty, po czym usiadła na ramieniu właściciela.
Stacji.
- Reszta – powiedział spokojniej i łagodniej mężczyzna. Włożył na nos delikatne okulary do czytania, zaślinił palec i przewróciła kartkę w encyklopedii litera G. – Nic więcej?
- Nie, chyba nie, a co mi jeszcze potrzebne?
Mężczyzna i papuga spojrzeli na siebie jak oczami ku niebiosom.
- Jeśli coś na G, to mogę poszperać. – Śmiech nie był jego walorem.
- Garnek, głowa, garbus, guma, cha! cha!, dużo jest rzeczy na G.
- Chodź – mężczyzna mlasnął i wskazał drzwi toalety.
- Do kibla?
- Do jakiego kibla?
- No na drzwiach jest kółko trójkąt, czytaj kibel.
- Czytasz figury geometryczne?
- Nie czytam figur, ale to symbole…
Zetknięcie wzroków papugi i mężczyzny powtórzyło się.
- Nie dzibdziaj się, tylko chodź.
Nie wiem, dlaczego zaryzykował, ale była to chyba ta nieodłączna, nierozerwalna i nie do opisania pokusa poznania dobra w sytuacji wyglądającej na nienajlepszą. Istotnie, za drzwiami kibla nie było, chyba że ktoś lubi załatwiać te, czyli fekalno-moczowe sprawy na schodach. Za drzwiami były schody. Ciemne z braku światła i długie z potrzeby dbania
o kondycję może, albo… tak się zastanawiał. Po parunastu schodach mężczyzna wyjął skądś latarkę i rozświetlił trochę sytuację. Trochę na tyle, by widać było głowę po prawej i trochę nie na tyle, by widać było stronę lewą. Rick wzdrygnął się i dalej już nie wiedział, co ma zrobić. Była to głowa dziewiętnastoletniej dziewczyny z południowej Dakoty, uczennicy szkoły tańca, fanatycznej miłośniczki Humphreya Bogarta, ukrywającej pod łóżkiem białe wino i noszącej sztywny czepek w momencie ścięcia.
Włosów.
Mężczyzna powtórzył sztuczkę z charknięciem pośrednio do kieszeni i szedł dalej jakby nigdy nic, a jednak coś, bo podrapał się w kark, na którym z powodu ciemności nie można było dojrzeć tatuażu.
- Ma pan tatuaż może… na karku?
- Pan to nie wiem, ja mam.
- Ładny.
- Ładny to nie wiem, na pewno jest męski.
- Pewnie też.
- Jak masz na imię Timothy?
- Rick.
- Nie wiem, co o tym myśleć.
- Ja wolę nie myśleć. Jeszcze wpadłbym w stany depresyjne.
- Tak myślisz?
- Trochę się obawiam.
- Zaryzykuj.
- Eee tam, wolę nie, wiesz jak to jest. Tu niby wszystko gra, a nagle zrobisz mały krok i noga w tartaku.
I tak przy pomocy rozmowy Rick nie zdążył obejrzeć się za plakatem nagiego Batmana, dzięki któremu mógłby odgadnąć tożsamość drania, i znalazł się w piwnicy będącej w tym przypadku salą dużą, zapajęczynioną z wysokim sufitem i wypełnioną meblami. Mężczyzna usiadł na fotelu, zapalił lampę i cygaro.
- Masz dziewczynę, Rick?
- Taką mam, ładna? – Rick wyjął z kieszeni małą laleczkę z KFC przedstawiającą dziewczęcą postać z kreskówki stworzonej komputerowo przy pomocy najnowszych technologii. Mężczyzna cmoknął, przymrużył oczy i zaczął robić miny tak trochę niepewne, trochę szydzące i pełne rozmyślań, jakby tu naprawić błędy ludzkości.
- A ty masz? – niepewnie spytał.
- Ja? – mężczyzna rozglądnął się po pomieszczeniu, pogłaskał papugę, spojrzał na swój wielki brzuch, podrapał się po kłującej brodzie prawie do krwi, powąchał koszulkę, po czym
z uśmiechem rzekł – Jasne, nawet dwie!
- Widziałem dzisiaj psa.
- Brawo! Dobry był?
- W czym?
- W graniu na kontrabasie…
- Nie wiem. Ale tak sobie pomyślałem, że zwierzęta to jednak…
- O nie, proszę cie! Tylko nie wyjeżdżaj mi z tymi porównaniami. Wystarczająco już się tego nasłuchałem, naczytałem, naoglądałem. Nawet nie chce mi się o tym myśleć. Wszystko jasne, sprawa zamknięta.
- Okej, sorry.
- W porządku, ale pilnuj się na przyszłość.
- Nie muszę, mam wykupione ubezpieczenie.
- Na ile?
- Nie jestem pewien. Jakieś dwieście tysięcy za wypadek podczas jazdy czy lotu i sto pięćdziesiąt za inny.
- Słabe.
- Ale z promocją na telefon i rachunki telefoniczne.
- Dużo dzwonisz?
- Nie.
- Ja też, nie można robić min.
- Można, jak się ma taki telefon specjalny z ekranikiem i…
- Ja to się w to nie chcę mieszać, dobra? Co ty, akwizytor jesteś?
- Nie, muzyk. Mogę ci pokazać, tylko skoczę do auta.
- Nie, no coś ty!
- Co?
- Nie idź do auta!
- Czemu?
- A co ja tu niby będę robił sam? Zwariowałeś chyba! Siadaj lepiej. Nie, nie tam, tam obok.
O właśnie, idealnie.
- Chciałem ci zagrać.
- Nie no bez sensu, nie słuchałbym.
Mężczyzna pokazał mu peryskop niczym na podwodnym okręcie, w którym obserwowali młodego obywatela Zimbabwe tankującego starego Pontiaca, zastanawiającego się nad tym, czy zapłacić, czy zwiać, decydującego się na zapłatę, wchodzącego do sklepu, kładącego banknot na ladzie.
- Wiesz, mnie się wydaje, że to jest tak, że każdy się na początku zastanawia, no bo wiadomo, niby nikogo nie ma, może można zaoszczędzić, może płacić bez sensu, ale potem, po tych kilometrach w samotności, myśli sobie, że może jednak ktoś tu jest i warto…
- Nie, no błagam cię, przestań!
- O co ci chodzi?
- No o nic, to jest oczywiste! Po co o tym mówisz?
- Tak chciałem się podzielić.
- Podziel się tym, że lampa świeci albo, że jest środa, jedno i to samo.
- Jest wtorek.
- To samo.
- Ja po prostu czasem mam potrzebę…
- Podoba ci się moja papuga?
- Jest ładna.
- Znasz jakiś inny przymiotnik niż ładna?
- Tak.
- Ok. Nie ma imienia.
- Kto?
- Papuga.
- W sumie po co jej imię.
- No pewnie, niepotrzebne.
- Nie dałeś temu facetowi reszty.
- Nie należała się, dał akurat.
Rick rozglądnął się po pomieszczeniu. Raz, drugi się rozglądnął, a za trzecim zauważył powieszoną na ścianie ludzką nogę ubraną w różową skarpetkę bez palców, z wymalowanymi w kolory tęczy paznokciami.
- Gdy widzę takie kolory to…
- Jasne, że zginął z marszu.
- Tak?
- Pewnie.
Nad drzwiami wisiał zielony garnek w pozycji poziomej, z którego bulgotało, a on bał się zapytać, a spojrzeć jeszcze bardziej, choć może to była zwykła potrawa, ale może też flaczki albo co gorsza zupa szczawiowa.
- Czy to są może flaczki albo co gorsza zupa szczawiowa? – zebrał się na odwagę.
- Spokojna głowa.
- Coś w stylu tej w czepku?
- Nie, bardziej spokojna, taka trochę w stylu kadeta marines po szkółce niedzielnej, z ojcem chowającym pod łóżkiem karty z gołymi parkami.
- Ja to nie lubię takich klimatów. Wtedy wszystko wygląda jakby umarło. Wielka pustka i śnieg. Wolę, kiedy wszystko kwitnie, jest zielone…
- Tylko mi się tu nie rozczulaj nad przyrodą. Nieważne i już.
- Wiesz, no ja czasem lubię posłuchać śpiewu ptaków, popatrzeć na malutkie żabki skaczące w stawie, czy tulipany…
- A ty muzyk jesteś czy ekolog?
- Muzyk.
- No to się tego trzymaj i nie gadaj bzdur jak nikczemnik.
- Postaram się. Coś bym jednak zapuścił, bo tak cicho…
- Zapuść brodę.
- Nie, dziewczyny tego nie lubią, ponoć kłuje.
- Tak się tylko mówi. To jedna z tych gadek w stylu „masz za małe stopy”, „nie zgadzamy się charakterologicznie”, „nigdy nie mogłabym być z chłopakiem czytającym do poduszki Demokryta” , „twoja matka uprawia rodzinny mobbing” i tak dalej.
- Może masz racje, ale małych stóp to mi nikt nie może zarzucić – wyciągnął z butów czterdziestki siódemki jak się patrzy, a jak odwraca, to cień jeszcze większy.
W tym momencie Ricka ogarnęła melancholia. Przypomniał sobie, że chce wrócić do domu, bo przecież każdy ma swój dom i on też ma takie miejsce na ziemi, które może nazwać domem, i do którego pewnie nie wróci już ten sam, jak po każdym wyjściu, ale wróci i znów będzie mógł zagrać na trąbce skręcając się od tworzonych przez siebie samego dźwięków
i dając chwile radości ludziom zgromadzonym w knajpach i przydrożnych barach, którzy po całym dniu ciężkiej pracy, spierania się ze współpartnerami, wysłuchiwania w jedynej stacji radiowej tyrad polityków, mają tę jedną chwilę radości, tę jakże małą wobec wieczności godzinę wytchnienia, gdy słuchają muzyki wydobywającej się z trąbki Ricka. Łzy popłynęły mu z oczu, gdy tak myślał o pięknie tego świata, o kwitnących kwiatach, liściach zielonych od szczęścia dobierających się w pary orłów bielików, pieskach przechodzących przez jezdnię po pasach, by choć trochę ułatwić żywot mieszkańcom miast, wiewiórkach cichuteńko
w cieniu parków zajadających orzechy, miłosnych uniesieniach doprowadzających do czynów miłosiernych i szlachetnych, i o tych okropnych czynach współziomków siejących nienawiść
i zniszczenie, wojny i cynizm, przede wszystkim cynizm niepozwalający ujrzeć.
Nie pozwalający.
- Ricky – mlasnął mężczyzna. – A co ty tak się rozmarzyłeś, ee? Znowu ci jakieś głupoty
w głowie? Co, źle ci, tak? Źle na świecie? Ludzie źli? Niewrażliwi, tak? Niemili, nieczuli. Rany, błagam cię, daj już temu spokój! Mażesz się jak stara betoniarka po deszczu nad rozlanym półtoraprocentowym. Aż mi się kieszeń z nożem otwiera, a wiesz co tam jest.
- Dobra, dobra, tak, wiem, już nie będę.
Tak siedzieli rozmyślając dobre dwie godziny, patrząc po sobie, na siebie i wokół, drapiąc się po włosach i nie żeby im to wzajemne milczenie jakkolwiek przeszkadzało.
- Tak siedzimy rozmyślając już dobre dwie godziny, patrzymy po sobie, na siebie
i wokół, drapiemy się po włosach i nie żeby mi to wzajemne milczenie jakkolwiek przeszkadzało, ale my tu gadu gadu, a jam cię niczym nie poczęstował.
- „Tum cię czekał.”
- Miętowa czy truskawkowa?
- Wiesz, zawsze wolałem raczej bezowocnie.
O ile on żuł po cichu i prawie niewidocznie, o tyle mężczyzna cmokał, mlaskał i wykonywał miny głośne co niemiara.
- A właściwie to jak ty masz na imię?
- No jak to? Timothy.
- Acha, no tak…
W tym momencie, choć dokładnie w którym tego zaaferowany poczęstunkiem nie zarejestrował, wszedł do pomieszczenia człowiek niski acz długi. Niski przez małą odległość jaka dzieliła go od podłogi i dużą między nim a sufitem, a wysoki przez długość ciała, które jednak z powodu permanentnego ukłonu uwieńczonego nad normę wygiętymi plecami sprawiało wrażenie bardziej pingpongisty niż koszykarza. Miał na szyi krawat w królicze łapki przymocowane taśmą izolacyjną, kolczyk w lewym uchu i tenisówki z napisem „nie deptać”. Szedł przez pomieszczenie, jakby czynił to codziennie o tej samej porze (na co wskazywały mrugnięcia prawym okiem na sekundę przed uderzeniem pełno-godzinnego zegara) od setek lat (na co wskazywała kronika Galla Anonima pod jego pachą prawą). Usiadł na stole, założył nogę na nogę i rozpoczął deklamację wypowiadając wyraźnie każde słowo, czyniąc pauzę po każdym wersie.
Odkręcony kran
Pstryknięta zapalniczka
Rozbita donica
Przekłuty balon
Rozpoczyna się
Niewiadomoczysiękończąca
wędrówka
Następnie wstał, ukłonił się, uderzył parę razy dłonią o dłoń uzyskując poklask, po czym usiadł przy stole i patrzył w okno, jakby czekał.
- Nie przejmuj się nim, często to robi w stosunku do obcych. Zaśmieca im głowę wybrykami
i potem tak się gapi godzinami, czekając na komentarz.
- Może więc pokuszę się?
- Nie kuś się, szatan wystarczające spustoszenie sieje na ziemskim padole.
- Myślisz, że w tym… jakby to nazwać… wystąpieniu był zawarty jakiś klucz?
- Nieee tam, klucz jest pod wycieraczką.
- Ale chodziło mi o klucz sens, taka metafora, wiesz…
- Naprawdę? – Mężczyzna spojrzał z papugą w sufit. – Aaa metafora, metafora może i jest, ja tam bym wolał mapę do skarbca, ale tego to mi akurat nie chce pokazać, tylko te krany
i krany.
- Mógłbym spróbować rozwikłać te, jak to mówisz, krany, może to jest swego rodzaju mapa.
- Nie. Popatrz. Ej ty tam! Deklamator! To jest mapa do skarbca?
- Nie.
- A masz mapę do skarbca?
- Tak.
- Pokażesz mi?
- Nie dzisiaj.
- No widzisz. I tak to właśnie wygląda.
- Myślisz, że można mu wierzyć?
- A wiesz, co to jest paradoks kłamcy?
- Wiem.
- Ja też.
- A ostrzałka trójkolista?
- Tak.
- Ja też.
W tym czasie deklamator przechadzał się z rękoma założonymi do tyłu, głową schyloną, co nikogo nie powinno dziwić i nie dziwiło, przyglądając się uważnie wszystkim przedmiotom i obwąchując rozmówców.
- Tak! – krzyknął w pewnym momencie, jednocześnie wskazując palcem w górę, a zaraz po tym jak obwąchał jego ramię. – Widzisz, co tu jest napisane? – Wskazał na buty.
- Tak, widzę: nie deptać.
- No właśnie. Nigdy nie waż się, ale żeby to nigdy a nigdy mi się nie zdarzyło, żebym zobaczył ciebie lub poczuł, jak depczesz te buty, żeby mi to było jasne, niech cię ręka boska broni, czy to jest jasne?
- Myślę, że tak, chociaż z tą ręką boską… Co, gdy nie wierzę…
- No proszę cie, przestań! Nie wierzysz to nie wierzysz, nie musimy chyba z tego powodu przez parę godzin wysłuchiwać historyjek o argumentach za i przeciw. Twoja sprawa, co
z tym robisz, ale dla nas nieważne. Nie musisz wierzyć w rękę… nieważne. Rozmawiamy
o kompletnych bzdurach a ja mam do ciebie, Rick, jedno podstawowe, fundamentalne, jedyne ważne teraz i zawsze pytanie: czy wierzysz w to, że człowiek może niechcący podczas tankowania wdechnąć benzynę w taki sposób, by przez godzinę być totalnie oszołomionym, wyobrażać sobie bóg wie co bez względu na to czy w niego wierzy, a w rzeczywistości prowadzić samochód, potrącić słuchacza Zetki, wyrzucić piwo do rzeki, wjechać w drzewo, cofnąć, być złapanym przez policję, od razu zgodzić się na mandat i wziąć na stopa Metysa, którego pasją jest jazda na quadzie i który mówi o tym od piętnastu minut i mówić będzie jeszcze przez najbliższe trzysta kilometrów?
- Nie.
- To spójrz za siebie.
Comments
Leave a Reply