Marta Kucharska: Festiwal Radzieckiej Poezji Śpiewanej
81.
W parku Józia, jak mówili złośliwi, Stalina, tuż obok jego zasranego popiersia, które przynajmniej raz w tygodniu służby sprzątające miasteczko musiały dokładnie myć, by nie mieć ewentualnej przyjemności bycia aresztowanym czy spędzenia paru zimowych miesięcy w głębi Rosji, więc w parku Józia Stalina wybudowano muszlę. Szarą, betonową, przed którą ustawiono kilka rzędów pomalowanych na niebiesko ławek. Tak właśnie powstała pierwsza w miasteczku scena na wolnym powietrzu, na której czy to z okazji święta pracy, czy dnia kobiet, odbywały się występy jak nie orkiestry strażackiej, to zespołu tęgawych babin, który powstał przy kole gospodyń wiejskich, i przeważnie nazywał się jak nie „Czerwony Aster” to „Czerwone Goździki”, istniał też swego czasu zespół „Polne Maki”, ale ze względu na wchodzący do powszechniejszego użycia kompot, musiał zostać rozwiązany. Jakkolwiek się działo, organizowano konkursy między szkołami czy festiwale radzieckiej poezji śpiewanej, podczas których wzruszone nastolatki piskliwym głosem śpiewały o nowych mieszkaniach dla ludu pracującego, nowych fabrykach i węglu kamiennym, podczas gdy chłopcy stali na baczność z chorągwią, a czerwony odcień na ich twarzach zdradzał, że duszą się ze śmiechu. Potem, ale to potem, ktoś z urzędu miasta, nadzwyczaj lubiący muzykę, podczas jednego z pobytów w sanatorium, zauważył, że może być też inaczej, i wprowadził w miesiącach letnich, cosobotnie spotkania z muzyką klasyczną. Rozklekotaną nyską przyjeżdżali wówczas do parku uczniowie szkół muzycznych, na dwu- trzygodzinne występy, w czasie których na rozstrojonym pianinie, wiolonczeli czy kilku parach lśniących, drewnianych skrzypiec, prezentowali zebranym Chopina, Prokofiewa albo Strawińskiego. A zebrani patrzyli ze wzruszeniem, jak chudy, pryszczaty chłopiec dmie w trąbkę i mało się przy tym nie przewróci, albo jak niemiłosiernie blada, czarnowłosa wiolonczelistka, z włosami do pasa, delikatnie uderza w mieniące się srebrno struny, a nieraz to i na włosach zagra.
82.
I występujący artyści, taki Jaś Pompka czy Klara Trumienko, publiczność też nie była byle jaka. Wielu współczesnych muzyków, gdyby miało przed taką występować, niejednokrotnie zapomniałoby w pośpiechu zabrać swoje instrumenty i co sił umykałoby najbliższym pociągiem wyjeżdżającym z miasteczka. Ale wtedy było inaczej i jakoś mniej przerażało, że połowę widowni stanowili wojskowi, agenci i służby zwiadowcze, gotowe za drobną pomyłkę w repertuarze czy przypadkowe pierdnięcie w wierszu o Józiu, zabrać wykonawcę czarną wołgą na przesłuchania, i to wcale nie radiowe. Za to po drugiej stronie, oddzieleni wąskim pasem trawy, siedzieli w ramach resocjalizacji więźniowie oraz ich kumple – tymczasowo byli więźniowie, drobni złodzieje kieszonkowi i żulernia, rumiana nie tyle od przygrzewającego słońca, co denaturatu, i, zdawałoby się, patrząc na twarze, całkiem dobrze odżywiona, choć jej pokazywane ze względu na tatuaże ręce, były tak chude, że wydawały się przyczepione od innego ciała. Między nimi wszystkimi biegały umorusane dzieci, w pieluchach tetrowych a czasem zupełnie nagie. Te, przeważnie cygańskie, miały na szyi zawieszone pudełeczka z dziurką, kubeczki czy puszki i uczyły się pierwszego zarobku. Uczyły się też pierwszego wydawania pieniędzy, gdyż między rozsiadłymi na ławkach widzami, krążył z dużym pudłem przyczepionym do paska od spodni i podobnych rozmiarów butlą zawieszoną na plecach chudy chłopiec sprzedający lody i lemoniadę. Lodów były dwa rodzaje, śmietankowe i śmietankowo czekoladowe w kształcie pandy, oba na patykach, lemoniada natomiast cytrynowa i mocno gazowana, tak że pijąc, czuło się, jak bąbelki wciskają się do nosa i zbiera się na kichanie. Więc lody były lekko roztopione, lemoniada bardzo słodka, ale prawdziwym problemem był brak kubków i naczynek, w które chłopiec mógłby lać przez gumowy wężyk nienaturalnie żółty płyn. Do paska od spodni miał bowiem zaczepione na metalowym łańcuszku tylko dwa blaszane garnuszki, które niedbale płukał po którymś z kolei kliencie w wiadrze z wodą i wycierał ściereczką. Dlatego po jakimś czasie wybierający się na koncerty do parku brali własne naczynia i łatwo było, idąc wieczorem przez miasteczko, rozpoznać, kto rzeczywiście jest melomanem, kto słuchał przed chwilą Liszta, a kto wraca z cukierni czy piwiarni. Inaczej bowiem niż w innych częściach świata, prawdziwych wielbicieli muzyki poważnej rozpoznawano nie po niebieskich beretach, niedbale przerzuconych czerwonych szalikach czy wyróżniających się, jaskrawych skarpetkach, ale po tych kubeczkach czy garnuszkach, z którymi z błogim uśmiechem wracali do swoich ciemnych już mieszkań, w zamyśleniu potykając się co chwilę o kocie łby, pochyleni nieco, jakby noc się materializowała na ich karkach i zaczynała przygniatać swoim ciężarem.
83.
Czasami Miron brał ze sobą swoją siostrę, zezowatą Jagódkę, o dużych, granatowych oczach, i rzadkich, szarych włoskach związanych w kitkę (należałoby napisać koński ogon, ale co to za koński, skoro włosów, gdyby się je zebrało, może starczyłoby na dwa mysie ogonki). Jagódka przybiegała za Mironem w kolorowym fartuszku, jaki uszyła jej babka Nela, i w zamian za przyjemność ciągłego jedzenia lodów oraz picia do woli słodkiej lemoniady, pomagała bratu w sprzedaży, a to zbierając puste kubeczki, a to płucząc je w wiadrze z wodą, czy zanosząc klientom wypełnione po brzegi lepkim sokiem. Choć z tym dostarczaniem napoju były nieraz problemy, nawet dochodziło do awantur, o jakie, zważywszy na przekrój społeczny słuchaczy, wcale nie było trudno. Bo Jagódka nie dość, że była trochę niezdarna, toteż zanosząc kubeczek soku jakiejś eleganckiej pani w środku rzędu, rozchlapywała słodkie plamy na spodnie, koszule i spódnice wszystkim, których po drodze musiała minąć, to ze względu na swoją przypadłość – jedno oko patrzyło na wprost, czyli jak u każdego człowieka, a drugie zawsze na bok, jak u kury, to nieraz, zamiast podać kubeczek lemoniady dowódcy brygady, dawała go siedzącemu dwa miejsca dalej więzionemu dezerterowi czy zadowolonej z owej pomyłki żulerce, którą właśnie męczył przeraźliwy kac. Miron musiał wówczas przepraszać za siostrę i nalewać ponownie, gdyż wręczonego źle napoju przeważnie nie dało się odzyskać, obdarowana nim błędnie osoba miała bowiem świadomość, że takie szczęście nie może trwać za długo, i wypijała lemoniadę pospiesznie, brudząc sobie przy tym brodę i kołnierz koszuli, jeżeli taki posiadała, i gdy czerwony z gniewu Miron zdążył podbiec, krzycząc, „proszę nie pić, to nie pana, czy nie pani”, pokazywała mu, robiąc przy tym niewinne i maślane oczy, blaszane dno garnuszka, lekko nadżarte przez rdzę.
84.
A raz przyjechał na koncert w parku imienia Józia Stalina prawdziwy fotograf ze stolicy, w surducie i wysokim czarnym kapeluszu, i zrobił zdjęcie widowni do jakiegoś popularnego dziennika. Zdjęcie o pokarbowanych brzegach i w kolorze sepii, do którego dorobiona została cała ideologia: że tak ludzi potrafi zjednoczyć tylko socjalizm, i żaden inny system czy religia. A na zdjęciu mundurowi w przepoconych koszulach i roznegliżowana żulernia, i umorusane dzieciaki na kolanach wytatuowanych przestępców, między którymi siedzi w bawełnianym golfie i marynarce jakiś profesor historii sztuki czy doktor nauk przyrodniczych. A wszyscy jak jeden mąż z roztopionymi na pół lodami albo obszczerbionymi kubkami, w których nagrzewa się lemoniada, a na pierwszym planie Jagódka z czarnym, kudłatym psem, jednym okiem patrząca w obiektyw, a drugim gdzieś poza siebie, w dal, w ołowiany błękit, z którego sypią się ciemne, klonowe liście i której, porównując pozostałe twarze, jako jedynej zdaje się została udostępniona jakaś tajemnica, ta przeznaczona przez Pismo tylko dzieciom i prostaczkom.
85.
Co naprawdę było między Jasiem Pompką i Klarą Trumienko, do końca nie wie nikt. Jasio był dosyć niefrasobliwym chłopakiem, z dużymi, owalnymi rumieńcami na policzkach, lubiącym a to nadmuchać żabę, a to zabić z procy wróbla, ale wszystkie te małe cierpienia zadawane zwierzętom, zadawane jakb nieświadomie i niecelowo, stąd nigdy nie odczuwał jakichś większych wyrzutów sumienia, a jedynie radość, że ma tak dobrego cela, że strącił ptaszka w locie z wysokości kilku metrów, a nawet zachwyt nad możliwościami przyrody, gdy korpus dżdżownicy potrafił się odtworzyć i z jednej dżdżownicy robiły się dwie. Co innego natomiast Klara Trumienko, kilkunastoletnia szatynka o cerze białej jak kreda, i długich, rozpuszczonych włosach sięgających jej niemal do pasa. Z zabaw z ptaszkami i żabami już dawno wyrosła, stąd jej niespotykany pociąg do śmierci wydawał się tym bardziej niezrozumiały i straszniejszy. Chodziła po miasteczku w długich, czarnych sukniach i z tak samo czarną, niewielką i półprzezroczystą parasolką, na szyi i palcach miała biżuterię zrobioną z ciemnozielonych szkielecików owadów, mówiono, że w pokoju trzyma czaszkę i chodzi do ciasnej i wykafelkowanej sali, znajdującej się na piętrze katedry patomorfologii i medycyny sądowej, na sekcje zwłok. Że niby hoduje czarne róże, ma w pokoju szczura, który gnieździ się zresztą w owej czaszce, i chodzi na seanse spirytystyczne, a cała ta gra na wiolonczeli w szkole muzycznej i fascynacja Bachem to całkiem wyrafinowana przykrywka jej niecnych i bezbożnych zabaw. Wszystko to jednak były przeważnie plotki, którymi kobiety siedzące w kawiarni okraszały sobie niby kandyzowanymi wiśniami czekoladowe ciastka, czy którymi umilali sobie czas mieszkańcy czekający z talonami w niemożliwie długich kolejkach po buty czy kiełbasę. Bo nikt, prócz Jasia Pompki nie miał dostępu do tajemnicy tej dziewczyny z wioski, istoty obdarzonej niepospolitym słuchem i długimi, delikatnymi palcami, która mieszkała w najbardziej oddalonym pokoju w internacie, na drugim piętrze, z oknem wychodzącym na podwórko i w połowie zarośniętym gęstymi pędami winorośli.
86.
Jasiu Pompka chodził do tej samej klasy co Klara, ale był o głowę niższy i jak to chłopcy w tym wieku, znacznie mniej od niej dojrzały. Dlatego Klara nigdy nie patrzyła na niego jak na chłopaka, z którym można by chodzić za ręce w pachnące maciejką i rozgwieżdżone wieczory, i traktowała go jedynie jak dobrego kumpla czy młodszego brata, którego zresztą dwa lata temu straciła w wypadku, ćwiczyła z nim gamy i rozmawiała o Mozarcie. Dziwna to była zresztą przyjaźń chłopca śmiejącego się jak młody warchlak i lubiącego opowiadać zbereźne dowcipy, i milczącej, bladej dziewczyny, w każdej sytuacji poważnej, zawsze nad wyraz dorosłej i wodzącej po świecie szarym, nieobecnym spojrzeniem, wyglądającej, jakby całe jej ciało mówiło, że nie jest stąd. Ale podobno to Klara pierwsza pocałowała w usta Jasia, a on odwzajemnił się jej długim, zaślinionym pocałunkiem, jakie widywał tylko na hollywoodzkich filmach, podczas którego ona omal się nie udusiła. I to ona pierwsza wzięła go za rękę, i położyła jego pulchne, różowe palce na swojej białej piersi. Później mówiono, że w ten sposób wołała ratunku, że to była jej pierwsza i ostatnia tak heroiczna próba, by wlać w swoje puste naczynia jakieś życie, by w końcu poczuć, że krew szybciej płynie i uderza do głowy, i słychać, jak serce bije, i czuje się, jak omdlewają nogi. Czy tak się stało, nie wiadomo, bo Jasio nie mógł stwierdzić, czy ciało jej stało się cieplejsze, czy bardziej różowe, gdyż próbowali się kochać przy otwartym oknie, w wyjątkowo zimną jak na sierpień noc, noc, czyli było ciemno, więc nie widział. Podobno chciała czuć zapach maciejek i słyszeć, jak cykają świerszcze, choć tego, czy tak się stało, że czuła i słyszała, też Jasio nie mógł powiedzieć, a jedynie że całą noc głaskał jej pierś, i był cały mokry od potu, i przerażony, jak sobie poradzić, by wyjść na mężczyznę. Powiedział, że zrobił to trzy razy, na co przesłuchujący go policjant powiedział, że chyba w rękę, bo na ciele dziewczyny nigdzie nie ma takich śladów, na co chłopiec w odpowiedzi zarumienił się jak nigdy dotąd a do oczu nabiegły mu łzy. Wracając do Klary, dzień po owej nocy znaleziono ją w pokoju martwą, a przeprowadzający sekcję lekarz stwierdził zawał serca i chorobę krwi. Nie odszukano natomiast w pokoju czaszki ani szczura, który miałby się w niej gnieździć.
Comments
Leave a Reply