Aleksandra Kukuła: Klej dla prawdziwego mężczyzny
Kiedy popsuły się drzwi harmonijkowe od sypialni rodziców, tato wymontował je z futryny i postawił pod ścianą. Bo jak się człowiek bierze za naprawianie drzwi, to że pierwszym krokiem będzie wyjęcie ich z ościeżnicy – o tym wiedział nawet tato, który do robót ręcznych nie miał zupełnie ani serca, ani głowy. Ani przede wszystkim rąk. Przysparzało mu to niemało kłopotów, albowiem zarówno w jego rodzinie, jak i w rodzinie mamy, męskość mierzyło się metrami kwadratowymi pomalowanych ścian, kilogramami przybitych gwoździ, czy liczbą udrożnionych syfonów. We wszystkich tych dyscyplinach tato miał na koncie zero punktów.
Poza tym na męskości mu nie zbywało – dzieci robił ochoczo i na swoje podobieństwo, miał włochatą klatkę piersiową i wąsy, chodził po domu w samych majtkach, no i był najmądrzejszy – nie było takiego tematu, gdzie nie czułby się na siłach nie zgodzić się z przedmówcą. – Zaraz, zaraz, zaraz!… – zwykł wchodzić w słowo każdemu, kto zbyt pewnie wypowiadał się o czymkolwiek. I potem już tylko od siły nerwów interlokutora zależało, czy pozwolił tacie zatriumfować, czy też wolał, żeby tato się – i jego – obraził. Jeśli pozwolił się pokonać, tato puszył grzywę i piękniał jak lew w słońcu (bo tato jest spod znaku Lwa, a jego opiekuńczym ciałem niebieskim jest, a jakże, Słońce!). Mruczał pod wąsem i przyjaźnie porykiwał potem do mamy: – Widziałaś, jak go zupełnie zbiłem z tropu? Ale mu było łyso! Znalazł się uczony jeden!… – a mama głaskała go po grzywie i wąsach, i wesoło pukała papierosem o popielniczkę, strząsając popiół.
Jednakże na kogo tato mógł sobie porykiwać, to mógł, ale na pewno nie na swoją teściową. Babcia Krystyna za misję życiową miała zaprowadzenie na świecie takiego porządku, w którym każdy marny grzesznik wiedziałby raz na zawsze, gdzie jego miejsce. Siebie samą umiejscawiała na drugiej od góry pozycji, czyli zaraz za Papieżem. Papieżykiem jej ukochanym, któremu to jedynemu byłaby skłonna ustąpić, gdyby akurat znalazł się gdzieś w pobliżu. A tato… – siłą rzeczy było lepiej, kiedy przy babci za bardzo się nie mądrzył. Czasem jednak zapominał się i wtedy babcia jednym zdaniem sprowadzała go na ziemię: – Zdzisiu, a czy ty nie powinieneś lepiej zająć się podklejeniem tej tapety koło lampy, bo ci zaraz w talerz spadnie i co wtedy, chłopie, poczniesz?!… A w łazience płytki się poluzowały, to może tam byś skierował swoją uwagę, bo ci w końcu zleci, chłopie, kafelek na łeb, jak znów się zaczytasz w wannie?!
W takich chwilach tato milkł, wzruszał ramionami, czasem tylko rzucił spode łba: – …no i bardzo dobrze!… – a zawstydzona mama zaciągała się raz po raz papierosem przez zaciśnięte wargi, bo to przecież ona tego zarozumiałego niedorajdę ściągnęła rodzinie na kark. Bywało, że swoje dokładał jeszcze ośmielony perorą babci Krystyny własny taty ojciec czyli dziadek Józek: – Jiiiii tam, Krystyna, Zdzisiek nie przyklei płytek! On niczego nie przyklei! Od małego ma dwie lewe ręce. I mędrkować tylko umie. O, mędrkować to on umie! Raz w szkole jak jeszcze był, to przeczytał, proszę ja ciebie, profesorowi z zeszytu wypracowanie, a wcale go wcześniej nie napisał! I potem, rozumiesz, ten profesor chciał mu piątkę w zeszycie postawić i wydało się wszystko. Dwóję dostał! O, gadane to on ma. Ale jak coś zrobić, to fujara! Tylko by rozmyślał o niebieskich migdałach! Od małego taki!
Chyba dlatego tato postanowił jednak naprawić te drzwi. Sam. Ułożył je sobie w dużym pokoju na dywanie, obstawił się wszystkimi posiadanymi skrzynkami z narzędziami, z których w swoim czasie każda po kolei miała uczynić zeń faceta uzbrojonego po zęby do boju z przeciwnościami losu. Podrapał się po głowie, popatrzył na to towarzystwo jak kura w gnat i po dłuższej chwili namysłu poszedł poszukać – kleju.
Dwuskładnikowy klej epoksydowy marki Distal był jego wielką namiętnością, gdyż dało się nim skleić praktycznie wszystko! Tato urywał kawałek gazety, wyciskał trochę z jednej tubki, potem tyle samo z drugiej, mieszał obie masy zapałką, a następnie za pomocą tej samej zapałki nakładał na „uprzednio dokładnie oczyszczone” powierzchnie tego czegoś, co akurat zamierzał ocalić przed rozpadem.
Dlaczego i drzwi miałyby nie dać się skleić? Tato poszedł do kuchni, wziął stamtąd taboret, stanął na nim na palcach i otworzył drzwiczki pawlacza.
– Czego tam szukasz? – zasyczała czujnie mama, wychylając głowę przez kuchenne drzwi.
– Niczego – odpowiedział tato.
– No bo chyba nie szukasz distalu, prawda, kochanie? – ciągnęła.
– A czy ja się ciebie pytam, co ty wsypujesz do zupy?! – odkrzyknął już lekko podirytowany tato, dalej nerwowo i trochę na oślep przerzucając graty na pawlaczu. Wtedy mama wyszła z kuchni – w prawej ręce trzymając papierosa, w lewej popielniczkę – i stanęła obok niego, spoglądając znacząco w górę.
– Kobieto, czego ty się czepiasz? Czego tu stoisz?! Chcesz, żebym naprawił te drzwi, czy nie? Jak mi będziesz patrzyć na ręce, to…
– Stać mi też nie wolno, chłopie?!
– A sama sobie naprawiaj do cholery te drzwi! Albo niech przyjdzie najlepiej twoja matka i je naprawi!
– I pewnie by sobie poradziła lepiej od ciebie!
– No i bardzo dobrze! – tato z furią zatrzasnął drzwiczki pawlacza, zeskoczył ze stołka i ruszył do pokoju. Mama stała znacząco w przejściu i dmuchała mu powoli dymem w twarz.
– Czego tu stoisz, kobieto? Przepuść mnie do cholery!
¬– A co masz w łapce, kochanie?
– Co mam?! Nic nie mam! – ale mama miała bystry wzrok!
–…no, co tam masz w lewej łapce? A może ty masz obie lewe?!
– A weź się ode mnie w końcu odczep! – krzyknął tato i cisnął o podłogę biało-zielonym pudełeczkiem z distalem. – Jeszcze dziś wyprowadzam się z tego domu! I więcej mnie nie zobaczysz! – odgrażał się mamie.
– Obiecanki cacanki! – krzyczała ona z kolei: – Od piętnastu lat mi to obiecujesz!
– No to teraz w końcu spełnią się twoje marzenia! – wrzeszczał.
– Mam taką nadzieję! I żebyś mi tu za pół godziny nie wrócił, jak zwykle!!!
– O, nie! Nie wrócę na pewno! Nie wyobrażaj sobie, że jesteś jedna na świecie???
– A myślisz, że ty jesteś jeden???…
…i tak przewalał się ten kłąb wzajemnych wyzwisk, pretensji i żalów – tym razem dokładnie tak samo, jak wszystkimi innymi razami. Tato znów wszedł na stołek – po walizkę. Mama przyniosła mu z sypialni naręcze ubrań i demonstracyjnie rozsypała na podłodze w przedpokoju. A potem pociągała papierosa i rytmie zaciągania się i wypuszczania dymu czubkiem stopy wrzucała mu jedną po drugiej koszule do bagażu, a on je z furią udeptywał. Wreszcie z trzaskiem zamknął walizkę, a mama jednym celnym kopniakiem posłała ją pod drzwi. Tato założył spodnie, sięgnął do kieszeni – nie było portfela! Jak zwykle. Mama mu ten portfel, jak zwykle, gdzieś znalazła, po czym rzuciła przez okno z okrzykiem: – Będziesz miał mniej ciężarów do znoszenia po schodach, kochanie!
– Ty jesteś nie-nor-mal-na! – zaryczał tato i pobiegł po portfel na dwór. Za chwilę wrócił…
W tym czasie budowaliśmy z bratem w jego pokoju na podłodze domek z klocków lego i pozornie obojętnie przyglądaliśmy się tej scenie.
– Ewka, a jak on nie wróci?… – dopytywał szeptem zaniepokojony Piotrek. – Byłoby bardzo fajnie – odpowiedziałam, szukając miejsca dla kolejnego klocka. – Ja bym wolał, żeby wrócił… – usta Piotrka ułożyły się w podkówkę. Przewróciłam oczami. – Wróci, wróci, zawsze wraca – wzruszyłam ramionami. – Ale żeby wrócić, to najpierw musi wyjść.
Piotrek przerwał układanie i wielkimi niebieskimi oczyma wpatrywał się w miotającego się po przedpokoju tatę.
– Tato, a mieliśmy w sobotę jechać na grzyby?… – Tato przystanął. – I pójdziemy synku, nic się nie martw. Tatuś po ciebie przyjedzie.
– Zamek może być już zmieniony, weź taką ewentualność pod uwagę! – wykrzyczała mu zza pleców mama. Ale tato już się trochę uspokoił i układał sobie metodycznie rzeczy do zabrania. Torba, walizka… Nagle coś sobie przypomniał i wrócił do pokoju. Drzwi przecież! Szybko zamknął skrzynkę z narzędziami i też przestawił ją do przedpokoju. Zrolowane drzwi włożył sobie pod pachę, torbę przerzucił przez ramię, lewą ręką chwycił walizkę (bo tato naprawdę jest trochę leworęczny, choć lewą rękę ma oczywiście tylko jedną!) a w prawą skrzynkę. – Piotruś, czy możesz mi otworzyć drzwi? – poprosił brata, który już na całego rozszlochany nacisnął klamkę.
– Tak, synku, patrz, patrz!!! – przemawiała mama – Patrz i ucz się! Ucz się, jak wyprowadza się z domu prawdziwy mężczyzna!!! – Tato spojrzał na nią z wyższością. – Patrz, synku, co prawdziwy facet zabiera, jak się wyprowadza od żony i dzieci! – ciągnęła mama – Walizkę, skrzynkę z narzędziami i oczywiście – drzwi od sypialni!!!
Tato wzruszył ramionami i wyszedł, nogą zatrzaskując drzwi od mieszkania. Mama jednym ruchem odstawiła popielniczkę z dymiącym papierosem na podłogę i z furią wybiegła za ojcem. Na odchodne cisnęła za nim jeszcze obrączką, która z brzękiem poleciała po schodach.
– Wariatka! – krzyknął wesoło tato z parteru.
– Wariatka?! – piszczała mama – wariatka?!
Wbiegła do mieszkania i nerwowo czegoś szukała. Jest! Otworzyła okno w kuchni i wrzasnęła: – Jeszcze czegoś zapomniałeś! – i w kierunku wychodzącego z klatki schodowej taty poleciał kartonik z distalem.
***
Tato wrócił jeszcze tego samego wieczoru. Z obrączką. I z klejem. Walizka powędrowała na pawlacz, a portfel znowu się zgubił. Sklejone distalem drzwi od sypialni po paru dniach się urwały i dziadek Józek musiał je w końcu skręcić drutem. Dziadek wszystko do wszystkiego mocował na drut. – Bo dziadek to taki paprok – mawiała babcia, zapewne mając na myśli swój mezalians sprzed lat, kiedy ona – córka rzeźnika i kułaka postanowiła wydać się za dworusa bez ziemi. – Pracowity to on jest, prawda, ale co by nie robił, to byle jak. Tak nie po gospodarsku. Wszystko na druta!…
Comments
Leave a Reply