Bogumiła Hyla: Miejsce, gdzie nic nie ma

Tego roku zima była mroźna. Ta zima była diabelnie mroźna. Nie pamiętam tak lodowatej zimy.
Tak powinno brzmieć jedno z pierwszych zdań tego opowiadania, sprawozdania, wynurzenia czy jakkolwiek to nazwać. A mimo to, nie mogę zacząć go w żaden z proponowanych sobie sposobów, ponieważ ta zima była potwornie gorąca, niczym klimakterium pastwiące się nad kobietą przed 50.
Stopka. Zatrzymaj się i zastanów się nad spacją. Kochana, spacje są po to aby ich używać, przypatrywać się im, odczuwać z całą mocą, gryźć się nimi, wkładając do pustej głowy, zapraszać je do siebie i proponować kawę.
Spacja to nic nie znacząca przerwa pomiędzy jednym a drugim oddechem, czy może pomiędzy jednym a drugim zastanowieniem się nad moralnością, egzystencją, bytem i niebytem. Odstęp, który nic nie kosztuje.
Tak, zastosujmy spację. Zasłońmy się nią. Powiedzmy głośno, pora na kilkusekundową przerwę, a zanim zdążymy dojść do końca zdania, przerwa ulotni się i opadnie razem z kurzem na drodze.

Tego roku zima była kapryśna. Leniwa i kapryśna jak kobieta w ciąży. Wyłączmy klimakterium, musi je poprzedzać ciąża. Wyłączmy również okresy przejściowe i przyjściowe. Zamknijmy rozdział zwany dojrzewaniem. I spalmy kłaniającą się starość, podpierającą się drewnianą laską. Najlepiej omińmy również zaawansowaną ciążę, czy rozpoczętą ciążę. Żaden z powyższych stanów nie istnieje.
W ten sposób znaleźliśmy się w niebycie, w jałowej ziemi, pozbawionej pługu i radła. Stoimy na środku pola my, ja, jako człowiek, na środku czarnych grud ziemi.
Co z nami zrobią? Jesteśmy wszak kłoskiem jakiegoś bliżej nie określonego zielska. Wyrwą nas z korzeniami, zaorzą, zerwą do bukietu, spryskają środkiem ochrony roślin.
Którą śmierć wybierzemy?
Nie, nie. Śmierć również nie istnieje.
Unosimy się na podobieństwo leciutkiego powietrza, lawirując pomiędzy niebem i ziemią. Przezroczyści.
Tego roku zima dała nam nieźle w kość. Gdzie się podziało klimakterium?
Tego roku zima zamroziła każdy stan w jakim może znaleźć się istota ludzka.
 
Tego roku… czyjaś ręka pokroiła mnie na kawałki i poukładała na talerzu, udekorowała sałatą oraz pomidorami. Pomyślałam: Cholera, jestem jedzeniem.    Jestem jedzeniem, jestem czymś, co się je. Stanowię element, do którego należy bierne poddanie się spożyciu. Moje ciało wraz z kośćmi zostanie dokładnie obejrzane i rozpatrzone. Powiększone za pomocą lupy albo mikroskopu. Czyjeś oczy zauważą najmniejszą niedoskonałość i z obrzydzeniem odłożą na bok to, co niesmaczne. Poddam się bez opamiętania. Przecież jestem jadalna. Mięso się je i kości się je. Krew się pije i wodę się pije.
Co dziś na obiad? A może to już kolacja? 18. dawno minęła? Więc co dziś na kolację?

Tego roku stałam się drewnem. Za chwilę zetną mnie blisko ziemi i upadnę z głuchym trzaskiem nikogo nie przygniatając. Potną na kawałki piłą mechaniczną. Porąbią siekierą. Wysuszą. Będą nosili do kominka i palili moje poszczególne kliny. Nie poskarżę się, ponieważ stanowię drzewo.

Tego roku byłam wodą. Przelewałam się między dłońmi, aż powoli dzień po dniu temperatura raczyła mnie swoją niechęcią i zamrażała iskierka za iskierką.  Czyjeś odbicie przejrzało się w moim wnętrzu, wdarło bez zaproszenia i gapiło się na ryby pływające wewnątrz.
Ustalmy jedno.
Spacja dawno minęła.
A tego roku byłam rzeczą, ludzie brali mnie w dłonie, żeby obejrzeć, pooglądać, dotknąć, rzucić w kąt, podnieść i położyć na półkę. Dotykało mnie milion rąk. Jedne niecierpliwe, inne delikatne i poszukujące w nieskończoność nie tego, co chciałyby znaleźć. Odgadujące moje kształty za pomocą wielkich okularów. Zastanawiające się z marsową miną nad pożytecznością przedmiotu, który przyszło im trzymać w dłoniach. Miałam dość miętoszenia. Jestem przedmiotem, ale nie dla każdego. Uszanujcie moje istnienie jako rzeczy. Patrzcie, rzecz nie może nic czuć. Jest absolutnie bezosobowa. Nawet jeśli przypisać jej rodzaj żeński lub męski.
Zima tego roku zawaliła miasta śniegiem.
Tego roku zamieniłam się w ogień. Tak dobrze jest ogrzać zmarzniętych, dać im nieco ciepła. Ale oni pragnęli więcej i więcej. Bo temperatura wciąż spadała, a ja jak słaby ogienek, nie potrafiłam rozpalić się w piecu do należytego stopnia. Przeklinali mnie, że nie umiem się palić.
 Spaliłam się od środka.
 Postawny spację. Wezmę sobie chwilkę wytchnienia. Przecież należy mi się chwila odpoczynku! Zostawcie mnie, nie ważcie się do mnie odzywać, nie zadawajcie pytań i nie żądajcie odpowiedzi! Nie pukajcie do moich drzwi i odłóżcie te nieznośne słuchawki telefonów. Nie patrzcie na mnie i ja nie będę patrzyła na was. Nie milczcie ze mną i nie oczekujcie czegokolwiek z mojej strony. Nie dotykajcie mnie, nie podawajcie ręki na dzień dobry i na do widzenia.  
Nie ważcie się przechodzić blisko mnie i zauważać.
Mam spację.
Zobaczcie. Dobrze zobaczcie.
Spacja to taki stan… taki stan w którym nic się nie znajduje. Całkowita idealna próżnia.
Teraz jestem Namibią, tą z języka Buszmenów. Ponieważ nic nie ma zamiast mnie.
Spójrzcie!!! Mnie tu nie ma! Jestem Namibią. Nazwijcie mnie Namibią! Nadałam sobie nowe imię.
 Kilka sekund temu spacja minęła. Kiedyś musiała. Domagałam się kolejnej i następnej, aż nieistnienie urosło do niewyobrażalnych granic.
Kim jest człowiek?
Kim jest człowiek?
Powiedzcie mi, kim jest człowiek.

 Czy to ten który zgadza się na ból i krzyk? Tonie zamrażany jak mała, nic nie znacząca rybka? Tli się na kaganku woskowej świeczki, niezdolny do wołania o pomoc… Pozwala zadawać sobie ciosy, oceniać, krzywdzić… Nie umie powiedzieć dość. Dni przeciekają mu między palcami? Czy to ten, który chce dokądś biec, po ratunek…, a może na ratunek, dając z siebie wszystko. Albo to ten, który pozwala zabierać sobie życie?? Czy to ten, który nie umie zawołać NIE, a zamiast tego, wije się i zachłystuje, próbując dać spragnionym ustom łyk wody? Nie nauczono go jak istnieć, aby nie stać się tylko i wyłącznie tłumem.
Spacja?
 Teraz siedzi i zadaje sobie pytanie, jaka była zima.
 I nie potrafi napisać jakiejkolwiek litery, ułożyć wyrazu albo zdania, żadnego prócz spacji.
 Tego roku zima go poniżyła. Jesteś taki mały, szepnęła, z łatwością cię zdepczę. Jeden palec już ci obmarzł. Myślisz, że to stan przejściowy? Mylisz się. Jestem skuteczna. Zmrożę cię tak bardzo, jak uczyniłam to z innymi.
Jesteś słaby. Wierzysz we wszystko co słyszysz i powtarzasz wszystko co ci powiedzą. Uczynisz to, co pozostali, nie przeciwstawiając się im.

 Tego roku zima była nieludzka.

 A ja… ciągle jeszcze pozwalam sobie wegetować jako Namibia.

                                               ***
wyjaśnienie:
Namibia – słowo pochodzące od pustyni Namib. Namib w języku Buszmenów oznacza : “miejsce gdzie nic nie ma”.

Comments

One Response to “Bogumiła Hyla: Miejsce, gdzie nic nie ma”

  1. eli on lipiec 22nd, 2010 15:14

    piekne!

Leave a Reply