Na co dybie w wielorybie?
Zanim zaczęła mnie bawić książka Agnieszki Taborskiej - Wieloryb, czyli przypadek obiektywny (wyd. Czarne), ubawiłam się szczerze ilością wstępów i blurbów, jakie w niej zamieszczono. O zarekomendowanie książki poproszone zostały cztery osoby o nazwiskach zacnych (Natasza Goerke, Jan Gondowicz, Michał Paweł Markowski i Marek Zaleski), przy czym teksty dwu z nich przecięto i podzielono, zaleceń jest więc w sumie sześć. Ich lektura uwalnia czytelnika od żmudnej konieczności samodzielnej interpretacji tego zbioru króciutkich opowiastek, anegdot, zapisków na marginesie, bo kto by się nie zorientował, ten ma czterokrotne potwierdzenie, że należy je potraktować jako dowód wyczulenia autorki na surrealną stronę realności. I że są świetne, co przyznaje nawet wyjątkowo niechętny do chwalenia czegokolwiek, co podane zostało w mowie ojczystej, prof. Markowski (możemy jednak założyć, że w tych okolicznościach mu nie wypadało ?)
Pisarze często powtarzają, iż książka powinna bronić się sama, co świadczy , z jednej strony o idealizmie (że niby nagle cofniemy się do czasów przedpromocyjnych, bo nie można stawiać książek w jednym rzędzie z proszkami i piwem), z drugiej strony, o naiwnej wierze, że książki mają zdolność samodzielnego wygrzebywania się z półek księgarnianych czy rozpychania łokciami, z trzeciej uznać to trzeba za kokieterię, bo stwierdzenie to pada najczęściej w wywiadzie, który sam się przecież nie przeprowadził albo w ściśle prywatnej rozmowie przy stoliku, gdzie siedzi trzech pisarzy i dwójka krytyków. Tak, ale w tym przypadku to chyba wydawca uznał, że potrzebne jest gremialne wsparcie oraz mocne zaznaczenie, że autorka, która na rzeczywistość patrzy tak a nie inaczej, to wybitna znawczyni surrealizmu ( tu odsyłam do w istocie wybornych „Spiskowców wyobraźni”).
Pytanie, czy polski odbiorca nie jest przygotowany na odbiór dziwnych zbiegów okoliczności, sytuacji podszytych groteską albo snów na jawie, niech pozostanie retoryczne. A „Wieloryb…” broni się aż miło, sympatycznie nastraja na ponury dzień oraz inspiruje do przypominania sobie tego, co dziwnego nam się przytrafiło. Pokazuje też, jak opisać osobliwe zdarzenie, tak by czytelnik miał wrażenie, że faktycznie nic do niego nie można już dodać ani nic od niego ująć.
A moim ulubionym przypadkiem z tej książki jest historia o otwieraniu zatrzaśniętych drzwi samochodu przy pomocy „packi na muchy i blaszanej zabawki choinkowej w kształcie Pinokia”
Comments
Leave a Reply