Historie cmentarne

Duża wieś, gdzie od lat spędzam urlop, liczy w tej chwili ok. 1700 mieszkańców.  Znajdują się w niej dwa cmentarze.

 Jeden stary i od dawna… martwy. Tubylcy twierdzą, że to nekropolia żydowska,  ale napisy na niszczejących nagrobkach są po niemiecku nie po hebrajsku, a nielicznych symboli, jakie zachowały się na płytach, też raczej nie przypominają tych, które można znaleźć na kirkutach. Wydaje mi się więc, że Peter, Hilde czy Hermann byli przodkami  dawnych miejscowych, czyli Niemców. Lepiej od nagrobków zachowały się ich domy, przejęte przez przesiedleńców. Oczywiście wyremontowano je, ale  nie usunięto dat rytych na frontach: 1924, 1929, 1931. Być może rzekoma żydowskość cmentarza to taki eufemizm, mający na celu zatarcie śladu po, było nie było, wysiedlonych. Nie zakonserwowano też śladów po osadnictwie słowiańskim, lecz w opisie dziejów miejscowości, dumnie podkreśla się, w którym miejscu stał spalony później gród.

Piszę „też nie zakonserwowano”, bo stare miejsce pochówku zostało już prawie pożarte przez wzgórze, a historie  tamtych Hild i Peterów wessał w siebie las.

Na nowym cmentarzu jest kilkaset grobów. Sporo rodzinnych, więc pewno przy dokładnym policzeniu wyszłoby na to, że liczba zmarłych mieszkańców zbliża się do liczby żywych. Najwcześniejsze groby pochodzą z lat. 40, spoczywają w nich ci, którzy zginęli w czasie wojny. Groby, także te symboliczne, upamiętniające ofiary zsyłki na Syberię, są zadbane, czyli opiekują się nimi krewni. Nazwiska tych krewnych po części znam z szyldów sklepów czy pensjonatów, z rozmów z moimi stałymi gospodarzami i ich sąsiadami. Stąd też wiem, co było przyczyną wielu przedwczesnych śmierci.

Na kilku nagrobkach widnieje napis „zginął tragicznie”. Co oznacza, że zabrało go  —to głównie młodzi mężczyźni — jezioro. Jedno z najczystszych w Polsce, bo najgłębszych. Ale za największą tragedię, której ofiarami zostali dwaj bracia, jedenasto i dwunastolatek, woda nie odpowiada. Sygnalizuje to data ich śmierci: 7 listopada. Chłopcy się zaczadzili, dowiedziałam się, bo zapytałam. Przy okazji usłyszałam, że ich siostra, nieco młodsza, przez ten tragiczny wypadek stała się inna. „Inaczej się zachowywała, inaczej ubierała, tak jest do dziś”. Tak czy siak, nie oszalała, pracuje w miejscowym urzędzie gminy, wyróżnia się tylko introwertyzmem, co bywa wystarczającym powodem do alienacji w niewielkiej społeczności. Gdzie była feralnego 7 listopada 29 lat temu? Nie wiadomo. I gdzie był dziadek chłopców ? Jego grób znalazłam 30 metrów dalej. Zmarł 3 grudnia tego samego roku.

Nie, nie spędziłam na tym cmentarzu dwóch tygodni, tylko w sumie jakieś trzy godziny. Tyle wystarczy, by natrafić na historię, która ma być może wymiar antyczny. W każdym razie nabiera go w wyobraźni niezbyt normalnej letniczki.

Comments

Leave a Reply