Maciej Gierszewski: Pomocnik biurowy
O 11:25 wchodzę do firmy, a oni mówią, że odjechał. Mówią. Mówią. Mówią, że odjechał pomocnik biurowy. Odjechał definitywnie jak amen w pacierzu. Mówią, że bezapelacyjnie wrócił do rodzinnego miasteczka, ponieważ „odziedziczył” co nieco. I ta nasza fucha już go nie kręciła, skoro mógł iść na swoje. Skoro będzie mógł robić swoje. Wyjechał. Wrócił do swego prowincjonalnego miasteczka, w którym się wychował i wyrósł, w którym ganiał dziki na polanie pod lasem – tak nam opowiadał. Teraz wrócił do swego podmiejskiego domu. Wrócił do domu ten, którego uważałem za część swego domu. Skoro mówią, że odjechał pomocnik biurowy. Dziś odjechał. A wszystko co było nasze, stało się naszą przeszłością. Dziś odjechała część mnie. Już nie jestem taki sam, ponieważ pomocnik biurowy wyjechał na zawsze. Wszystko dzieje się w nas, wszystko dzieje się wewnątrz. I z ciężkim sercem zasiadłem do dalszej pracy. Inny już. Inny, bo pozbawiony części siebie. Starszy? (Czy to ta geriatryczna kokieteria, którą mi co rusz wypominał?) Zwykle nie mieliśmy tego samego zdania, często się spieraliśmy, często kuliliśmy ogony po sobie, często jeżyła nam się sierść. Ale teraz liczy się tylko to, że go nie ma, że pomocnik biurowy odjechał. Odjechał raz i na zawsze. Obiecał odwiedziny. Nie, niech nie odwiedza. Powrót do dawnego siebie, pewnie się nie uda. Zmienił numer telefonu. Nie wybiegłem za nim, zresztą nie wiedziałbym w jaką stronę biec (Tłumacz się, tłumacz, przed sobą, bo przed kim?). Tak, jutro czy kiedyś tam, i dla mnie się skończy. Zostanę powołany. Odesłany. Dostanę bilet w jedną stronę. Odjadę wtedy do rodzinnych stron? Wątpię. Dziś nie ma już pomocnika biurowego. A potem kogo z nas nie będzie? Można strzelać. Kto wygra, zgarnia pulę. Zostawił dla mnie kartkę: „Nie ufaj szefowi, który nie pali papierosów”. To wszystko. Mój Boże, on odjechał na amen. Pamięć go przechowa dla mnie. Tylko jak długo? Pamięć go pochowa.
[z Bernarda Soaresa]
Pogrzeb w Exin
Przyjechałem na twój pogrzeb trzy godziny za wcześnie. Nie żebym chciał, nie żebym tak to sobie zaplanował. Byłem bezsilny planując podróż, nie było innych połączeń z twym miastem. Najchętniej przyjechałbym tylko na sam moment złożenia do grobu, by potem od razu wyjść z cmentarza, wsiąść do samochodu i wrócić do swego miasta. Jednak nie mam samochodu, nie mam nawet prawa jazdy, dlatego musiałem przyjechać trzy godziny za wcześnie. I teraz nie wiem, co zrobić z darowanym czasem.
Wysiadłem na przystanku na przedmieściach, jako jedyny, na rynku pewnie nikt nie wysiadł. Chciałem się przespacerować. Dojść do centrum, dojść do siebie. Nie było daleko, droga zajęła mi maksymalnie pięć minut. Byłem zły na siebie, że w ogóle przyjechałem. Wiem, jak to zabrzmiało, przepraszam cię. Wybacz mi proszę, ale postaraj się mnie zrozumieć. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Byłem ubrany odświętnie, jak przystało na pogrzeb – czarny garnitur, czarna koszula, czarny krawat i czarne buty, skarpetki i majtki. Zresztą sama widziałaś. Kołnierzyk koszuli ocierał mi szyję, buty mnie uwierały, majtki wcinały mi się w dupę. Na dokładkę świeciło słońce, a ja skupiałem na sobie jego promienie. I do tego jeszcze wszyscy się na mnie gapili. Było mi gorąco od tych spojrzeń i żaru. Na rynku odwiedziłem dwa kościoły, nic ciekawego. Nie warto było wchodzić, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Wiem, że nie byłaś w żadnym z nich ani razu, zresztą teraz również z żadnego nie będą cię wyprowadzać.
Spacerowałem po mieście, próbowałem sobie wyobrazić, jakie było dla ciebie, co w nim robiłaś, gdzie chodziłaś, z kim rozmawiałaś, gdzie robiłaś zakupy. Poszedłem pod twój stary dom, teraz mieszka tam młode małżeństwo z małym dzieckiem. Wiem, że nigdy nie lubiłaś dzieci, drażniły cię. Pamiętam, jak dostawałaś wnuki do przypilnowania, to zostawiałaś je same sobie. Co w jednym przypadku źle się skończyło, Marysia do dziś ma blizny na całym ciele. Po tym wypadku przestano ci podrzucać dzieci, z czego się bardzo cieszyłaś. Potem poszedłem pod dom, w którym spędziłaś ostatnie pięć miesięcy. Daleka rodzina twojej córki cię przygarnęła, gdy nie mogłaś już chodzić. W zamian zabierali ci całą emeryturę. Wyobrażam sobie jak musiało cię to denerwować. Zresztą napisałaś mi o tym w jedynym liście jaki od ciebie w życiu dostałem: „Chciałabym już w końcu umrzeć. Męczy mnie dalsze życie. Mógłbyś coś dla mnie zrobić?”. Nie wiedziałem co ci odpisać, dlatego udałem, że list do mnie nie trafił. Teraz mogę ci się do tego przyznać.
Nie chciałem wchodzić do domu dalekiej rodziny, nie lubię ich, wiesz o tym. Zresztą oni mnie też nie lubią. Wróciłem na rynek. W księgarni, raczej w sklepie papierniczym z książkami, kupiłem „Pierwszą miłość” Iwaszkiewicza i regionalny tygodnik. Tak przygotowany wszedłem do cukierni, kupiłem pączka i ciastko z czekoladą (pyszne!), zamówiłem czarną kawę z kapką koniaku (ja tak nie piję kawy, ale ty rano zawsze tak pijesz).
Siedziałem długo, prawie dwie godziny, czyli tyle ile zostało do czasu twego wyniesienia na cmentarz. Nie chciałem iść do domu pogrzebowego, bo przecież i tak byś się nie obudziła, nawet jeśli bardzo bym prosił.
Comments
One Response to “Maciej Gierszewski: Pomocnik biurowy”
Leave a Reply
Uważam, że cytując z Soaresa, dobrze byłoby podać nazwisko tłumacza, po pierwsze dlatego, że to ważne w ogóle (tłumaczy pomija się w najróżniejszych kontekstach), po drugie poniewaz tłumacz świetny i za to lubimy Pessoę.
Serwus
j